07.09.2024, 02:21 ✶
Dobrze, że było ich dwoje to ona mogła się zastanawiać co mogło pójść źle, a on mógł robić dokładnie to, co robił najlepiej czyli robić rzeczy bez zastanowienia. Nawet mu przez myśl nie przeszło, ze ten zwój mógł być jakiś felerny, ale coś było w tym że czuł się tutaj niezwykle pewnie bo znał ten dom. Znał osobę, która wcześniej go zamieszkiwała. Jadł tutaj obiady, i to razem z Florence, praktycznie od dzieciaka. Nawet jeśli coś chyba wpuścili do tego domu, to akurat zagadki których lepiej nie spieprzyć wydawały się najmniejszym zmartwieniem.
- Ma to po babci i nie rozmawiamy o tym przy niedzielnych obiadach - rzucił w odpowiedzi na temat Oriona, bo to była taka czarna owca jego zdaniem. Nawet ich ojciec, który wydawał się poważnym mężczyzną musiał być trochę szalony, biorąc pod uwagę jaką miał żonę i jakiego brata.
- Wiesz... w sumie to nie wiem. Cokolwiek to jest... - machnął ręką w kierunku planszy z jakąś taką niechęcią, bo nawet nie wiedział jak ma to określić. - Nigdy wcześniej nie miałem z czymś takim styczności. I wiesz, ja w sumie nie żartowałem z tym bieganiem do klątwołamacza po utknięciu w zagadkach naszego szanownego szefa Departamentu Tajemnic - był poważny, ale w sumie to już była taka sytuacja kiedy nie wiedział czy śmiać się czy płakać. Chociaż w jego wydaniu to bardziej śmiać się czy coś rozjebać. - Ale nie sądzę, że coś na nas wyskoczy, żeby nam coś poucinać. Znaczy wszystkie ręce i nogi powinny zostać na swoim miejscu. - dobrze powiedziane, powinny. - Zawsze odnosiłem wrażenie, że porażka sama w sobie też miała być formą zagadki. Wiesz, miała czegoś nauczyć ale w taki wyższy sposób niż po prostu żeby znowu nie wtykać palucha tam gdzie się nie powinno - wzruszył ramionami, bo on akurat niekoniecznie uczył się na błędach. Ale teraz, stojąc w tej krainie zagadek, trochę tego żałował.
- Myślę, że raczej nie. To wygląda tak, jakby mechanizm miał się uruchomić po zadziałaniu na platformę? Powiedziałbym stanięciu, ale czy bym chciał sprawdzać czy mam rację? No niekoniecznie bez hasła. W każdym razie nie krępuj się, to chyba nie powinno działać głosowo - bo powtórzenie sztuczki z poprzedniego pokoju byłoby pójściem na łatwiznę, a jak się spodziewał nikt tutaj nie chciał iść nikomu na rękę. - Bulstrode - mruknął, spojrzeniem przeskakując od pola do pola. Plansza była skonstruowana tak, by normalna osoba mogła przeskoczyć co najwyżej o dwa pola, ale nie dalej. Chociaż i te dwie kratki wydawały się trochę naciągane dla kogoś, kto nie był tak sprawny jak on czy ona. - Chwila moment, czemu G? - zmarszczył brwi, ale zaraz dotarła do niego reszta jej głów i że nie chodzi o Gobliny, a o Gauntów. - Imię mojej ciotki to Lavinia. Kto wybudował to nie jestem aż taki pewien, ale gdybym miał strzelać to powiedziałbym, że no moja rodzina. Zarówno ten obrzydliwy loch, jak i sam domek. A przynajmniej brzmi, jakby ktoś chciał się tym pochwalić albo poczuć się bezpiecznie ze swoim WIELKIM EGO - podniósł głos, wygrażając w sumie ścianą, bo niestety ale pani Bulstrode w domu nie było, bo zamiast tego pławiła się w słońcu innego kontynentu.
W odpowiedzi na jego żale, usłyszeli znowu to samo; okropny, przyprawiający o ból zębów zgrzyt, jakby coś ostrzyło pazury albo szurało nimi o kamień. Ale teraz doszło też powarkiwanie. Ciche, bo dobiegające z drugiej strony pokoju, zza drzwi, ale jednocześnie było czymś nowym co zostało dodane do repertuaru dotychczasowych dźwięków.
- Ma to po babci i nie rozmawiamy o tym przy niedzielnych obiadach - rzucił w odpowiedzi na temat Oriona, bo to była taka czarna owca jego zdaniem. Nawet ich ojciec, który wydawał się poważnym mężczyzną musiał być trochę szalony, biorąc pod uwagę jaką miał żonę i jakiego brata.
- Wiesz... w sumie to nie wiem. Cokolwiek to jest... - machnął ręką w kierunku planszy z jakąś taką niechęcią, bo nawet nie wiedział jak ma to określić. - Nigdy wcześniej nie miałem z czymś takim styczności. I wiesz, ja w sumie nie żartowałem z tym bieganiem do klątwołamacza po utknięciu w zagadkach naszego szanownego szefa Departamentu Tajemnic - był poważny, ale w sumie to już była taka sytuacja kiedy nie wiedział czy śmiać się czy płakać. Chociaż w jego wydaniu to bardziej śmiać się czy coś rozjebać. - Ale nie sądzę, że coś na nas wyskoczy, żeby nam coś poucinać. Znaczy wszystkie ręce i nogi powinny zostać na swoim miejscu. - dobrze powiedziane, powinny. - Zawsze odnosiłem wrażenie, że porażka sama w sobie też miała być formą zagadki. Wiesz, miała czegoś nauczyć ale w taki wyższy sposób niż po prostu żeby znowu nie wtykać palucha tam gdzie się nie powinno - wzruszył ramionami, bo on akurat niekoniecznie uczył się na błędach. Ale teraz, stojąc w tej krainie zagadek, trochę tego żałował.
- Myślę, że raczej nie. To wygląda tak, jakby mechanizm miał się uruchomić po zadziałaniu na platformę? Powiedziałbym stanięciu, ale czy bym chciał sprawdzać czy mam rację? No niekoniecznie bez hasła. W każdym razie nie krępuj się, to chyba nie powinno działać głosowo - bo powtórzenie sztuczki z poprzedniego pokoju byłoby pójściem na łatwiznę, a jak się spodziewał nikt tutaj nie chciał iść nikomu na rękę. - Bulstrode - mruknął, spojrzeniem przeskakując od pola do pola. Plansza była skonstruowana tak, by normalna osoba mogła przeskoczyć co najwyżej o dwa pola, ale nie dalej. Chociaż i te dwie kratki wydawały się trochę naciągane dla kogoś, kto nie był tak sprawny jak on czy ona. - Chwila moment, czemu G? - zmarszczył brwi, ale zaraz dotarła do niego reszta jej głów i że nie chodzi o Gobliny, a o Gauntów. - Imię mojej ciotki to Lavinia. Kto wybudował to nie jestem aż taki pewien, ale gdybym miał strzelać to powiedziałbym, że no moja rodzina. Zarówno ten obrzydliwy loch, jak i sam domek. A przynajmniej brzmi, jakby ktoś chciał się tym pochwalić albo poczuć się bezpiecznie ze swoim WIELKIM EGO - podniósł głos, wygrażając w sumie ścianą, bo niestety ale pani Bulstrode w domu nie było, bo zamiast tego pławiła się w słońcu innego kontynentu.
W odpowiedzi na jego żale, usłyszeli znowu to samo; okropny, przyprawiający o ból zębów zgrzyt, jakby coś ostrzyło pazury albo szurało nimi o kamień. Ale teraz doszło też powarkiwanie. Ciche, bo dobiegające z drugiej strony pokoju, zza drzwi, ale jednocześnie było czymś nowym co zostało dodane do repertuaru dotychczasowych dźwięków.