07.09.2024, 11:27 ✶
Zakładanie, że Moody jest mistrzynią empatii było tak zabawne jak zakładanie, że hipogryfowi na start znajomości dobrze zrobi przyjacielskie klepnięcie w zad. Wewnętrzne wzburzenie Eden, całe kłębowisko, czy może - przez wzgląd na stan włosów - kołtunisko nie znajdowało odbicia w trójkątnej twarzy. Brakło tam zarówno poczucia winy, ale też brakło sadystycznego upojenia się tym stanem. Ciężko upajać się czymś, czego się nie widziało. Czego się nie rozumiało.
Po pierwszym oskarżeniu Millie jednak na moment przybrała ludzką twarz, zasmuconą, przejętą. Jej dłoń powędrowała na własne serce, czy może miejsce gdzie być może kiedyś było, i głosem absolutnie najsłodszym w drżeniu i niedowierzaniu pokręciła głową w zaprzeczeniu:
– Porwałam? – jęknęła – Potknęłyśmy się podczas sprzeczki o miejsce i omal nie zginęłyśmy z czaszkami roztrzaskanymi o dach. Całe szczęście, że zdążyłam chwycić miotłę, bo byłaby z nas... byłaby taka krwawa miazga. – wzdrygnęła się, jakby ta wizja cokolwiek jej robiła, a potem odetchnęła z ulgą i rozwaliła się na trawie patrząc w niebo, a rzeczywistość ponownie odkształciła się i wróciła na swoje miejsce.
– Ja w sumie nie znam, nie wiem czy istnieje coś przyjemniejszego poza takim slalomem i może... może... – czas spędzony z bratem zamajaczył jej przed oczami. Nudne ryby. Nudne posiadówki ze starszymi chłopakami, jego kumplami. Nudne karty. Ale był tam Alastor i nie było tam ich ojca. To był najlepszy czas jaki ofiarował jej los. A teraz tylko jedno z tych założeń było spelnione. W Hogwarcie nie mógł nawet pojawić się stary auror, więc chociaż tyle dobrego.
– Chciałam posiedzieć na wieży i patrzeć się w niebo. Myśleć o tym, czy nasza przyszłość rzeczywiście jest zapisana w gwiazdach i czy chciałabym zedrzeć z siebie ostatni grosz, żeby ktoś mi ją mógł przeczytać. Karty, w sensie tarot, nie wiem... symbole, omeny, które są dookoła nas pomagają ale na krótkim dystansie. Ale przyszłość... Życiowe wybory... To wszystko kotłuje się i jest za daleko, a te kurwie dziwki, w sensie moje karty, no one to Ci powiedzą mmm może być tak i srak, musisz to przemyśleć. – Nagle zamrugała oczami i przekręciła głowę na przeczołganą doświadczeniem Malfoyównę. – Ty... nie wiesz kim jestem? To może lepiej, nie będziesz miała jak na mnie nasłać prawników – zaśmiała się po tym szczerze i otwarcie. W sumie nie boła się jej pogróżek nie dlatego, że nie były zasadne, ale dlatego, że miała znacząco upośledzone banie się czegokolwiek. Było tylko kilka rzeczy, był tylko jeden człowiek którego się bała i z pewnością nie była to Eden.
Po pierwszym oskarżeniu Millie jednak na moment przybrała ludzką twarz, zasmuconą, przejętą. Jej dłoń powędrowała na własne serce, czy może miejsce gdzie być może kiedyś było, i głosem absolutnie najsłodszym w drżeniu i niedowierzaniu pokręciła głową w zaprzeczeniu:
– Porwałam? – jęknęła – Potknęłyśmy się podczas sprzeczki o miejsce i omal nie zginęłyśmy z czaszkami roztrzaskanymi o dach. Całe szczęście, że zdążyłam chwycić miotłę, bo byłaby z nas... byłaby taka krwawa miazga. – wzdrygnęła się, jakby ta wizja cokolwiek jej robiła, a potem odetchnęła z ulgą i rozwaliła się na trawie patrząc w niebo, a rzeczywistość ponownie odkształciła się i wróciła na swoje miejsce.
– Ja w sumie nie znam, nie wiem czy istnieje coś przyjemniejszego poza takim slalomem i może... może... – czas spędzony z bratem zamajaczył jej przed oczami. Nudne ryby. Nudne posiadówki ze starszymi chłopakami, jego kumplami. Nudne karty. Ale był tam Alastor i nie było tam ich ojca. To był najlepszy czas jaki ofiarował jej los. A teraz tylko jedno z tych założeń było spelnione. W Hogwarcie nie mógł nawet pojawić się stary auror, więc chociaż tyle dobrego.
– Chciałam posiedzieć na wieży i patrzeć się w niebo. Myśleć o tym, czy nasza przyszłość rzeczywiście jest zapisana w gwiazdach i czy chciałabym zedrzeć z siebie ostatni grosz, żeby ktoś mi ją mógł przeczytać. Karty, w sensie tarot, nie wiem... symbole, omeny, które są dookoła nas pomagają ale na krótkim dystansie. Ale przyszłość... Życiowe wybory... To wszystko kotłuje się i jest za daleko, a te kurwie dziwki, w sensie moje karty, no one to Ci powiedzą mmm może być tak i srak, musisz to przemyśleć. – Nagle zamrugała oczami i przekręciła głowę na przeczołganą doświadczeniem Malfoyównę. – Ty... nie wiesz kim jestem? To może lepiej, nie będziesz miała jak na mnie nasłać prawników – zaśmiała się po tym szczerze i otwarcie. W sumie nie boła się jej pogróżek nie dlatego, że nie były zasadne, ale dlatego, że miała znacząco upośledzone banie się czegokolwiek. Było tylko kilka rzeczy, był tylko jeden człowiek którego się bała i z pewnością nie była to Eden.