Za dużo mówienia to za dużo mówienia, bez względu na to, czego to akurat dotyczy. Mógłby więc mówić mniej, ale niewiele mógł na to poradzić - Laurent mówić lubił. Na szczęście w czasach dzisiejszych (gdzie czasy "wcześniejsze" liczone są jako Hogwart) niewiele osób zarzucało mu wymądrzanie się, chociaż nie brakowało ewentualnych dziwnych albo krzywych spojrzeń. Nikt nie musiał słuchać w końcu o tym, dlaczego warto zmienić otoczenie i wybrać się na kawę. Nie, wystarczyło samo zaproszenie. Na pewno wystarczyłoby Basiliusowi, ale ten mężczyzna, określany jako "kuzyn", a traktowany prawie jak wujek, należał do grona osób, przy których otwieranie się i pozwalanie sobie na więcej nie było problematyczne. Co najwyżej mógł się martwić tym, że nie chciał go zanudzić, a nie tym, że Basilius mu powie "skończ pierdolić". Skończyłby, jeszcze jak! Z drugiej strony czy na długo..? Raczej skutek był przewidziany - rzadko kiedy człowiek chce spędzać czas z drugą osobą, która traktuje cię w ten sposób.
Spoglądając teraz na Basiliusa miał ochotę złapać jego dłonie w swoje, ale się przed tym powstrzymywał, tak jak i przed paroma innymi rzeczami. To, co pomyślą sobie ludzie dookoła, było zazwyczaj bardziej istotne, niż człowiek chciał przyjmować do świadomości. Bardziej problematyczne, niż chciało się przyjmować. Opinia społeczna potrafiła wynieść cię na tacach, potraktować widłami, a mamona chroniła tylko po części. Łatwo może jej zabraknąć, kiedy nie będzie nikogo, kto zechce ją z tobą wykorzystać, przemielić, rozmnożyć. Kawa - tak, kawa. Skoro nie mógł ogrzać dłoni Basiliusa swoimi to mogła to zrobić kawa.
- Nie mogę potwierdzić. - Uśmiechnął się półgębkiem, z wdzięcznością przyjmując możliwość zostawienia tego miejsca za plecami. I małym ukłuciem wyrzutów sumienia, że salwowali się ucieczką, bo czy na pewno nie mogli pomóc? - Tylko dlatego potwierdzić nie mogę, że słowo "niedawno" nie wpisuje się w poprawną odpowiedź. - Laurent zawsze miał skłonności do malowania słowem pejzaży, Florence nie raz mu pisała, że mógłby pisać. Tak jak i mówiła, że mógłby śpiewać. Czy było coś, w czym ta kobieta go nie wspierała? Tylko w sprawie głupot, w które potrafił się pakować. To wszystko. - Ostatnio jakoś brakuje mi czasu na wiele rzeczy. Nie miałem chyba okazji wspomnieć wcześniej, ale postanowiłem wybudować nowy dom. - Ponieważ ten, w którym mieszkał, chyba w każdej części został zroszony krwią. A Laurent bardzo źle znosił widok krwi. Obejrzał się ostatni raz przez ramię, właściwie podążając za ruchem ciemnowłosego, tak dla upewnienia się, że zamieszanie się uspokaja, a nie rozprzestrzenia mocniej, nim znów skierował wzrok na Basiliusa. Tak, chwile, w których kuzyn zwalniał były często chwilami, w których zastanawiał się, czy na pewno jest w porządku. Czy on się dobrze czuje i czy nie potrzebuje pomocy.
- Podpadłeś sobie? Florence? - Zdziwienie było autentyczne, bo chociaż nie miał wątpliwości, że jej podpaść się da, to nie było to takie proste. Szczególnie, kiedy wliczałeś się do jej rodziny. - Niemożliwe. Florence cię uwielbia. - Nawet jeśli czasem nie mówiła tego wprost, to nie miała wątpliwości, że kocha Basiliusa prawie jak własne dziecię. Albo jak brata. Druga porcja tego zaskoczenia przyszła wraz z poruszeniem tematu Notta. Trochę zrzedła mu mina, bo... czy wszyscy już o tym wiedzą? A jeśli wiedzą - to CO wiedzą dokładnie? - Wiem, co się wydarzyło... a co ty właściwie usłyszałeś? I jaki to ma związek z podpadaniem Florence?