07.09.2024, 13:07 ✶
– Lubię Oriona – powiedziała Brenna, choć gdyby nie okoliczności, to byłaby pewnie rozbawiona tym tonem i stwierdzeniem, którym je wygłoszono: jakby ta normalność starszego z braci Bulstrode była największą zbrodnią. A ona właściwie lubiła go za tę rozwagę, obowiązkowość i pewnego rodzaju wewnętrzny spokój, nawet jeżeli niektórym mogłyby wydawać się nudne. Ciekawe, co Atreus powiedziałaby, gdyby się dowiedział, że Orion dokonał nie jednego, a aż dwóch włamań, w imię wprawdzie sprawiedliwości i znalezienia zaginionego, ale… wciąż wbrew prawu.
Słuchała go tak z trochę dziwną miną, a w końcu ostatecznie pokręciła głową, z odrobiną rezygnacji. Czy powinno ją to dziwić? Chyba nie. Wyglądało na to, że właściwie każdy ród czystej krwi miał jakieś swoje… dziwaczne upodobania i zachowania, przekazywane z pokolenia na pokolenie, a Bulstrodowie od lat byli powiązani z Departamentem Tajemnic… Oni trzymali w piwnicach jakieś dziwne tory przeszkód z zagadkami, a Longbottomowie mieli zaklęty loch, z którego nie dało się ot tak wyjść. Norma u czystokrwistych. Nic dziwnego, że w końcu „wyhodowano” coś takiego jak Voldemort.
– Czyli twoja rodzina tworzy tradycyjnie takie zagadki i zamyka z nimi ludzi w piwnicach. Szkoda, że moi krewni to tradycyjnie na widok takiej zagadki próbowali roznieść ją mieczem, jestem marnym materiałem do ich rozwiązywania – przyznała, przesuwając spojrzeniem po literach, próbując ułożyć z nich jakieś słowa, ale co nie przychodziłoby jej do głowy, dzieliło je zbyt duże przerwy. Jasne, lubiła analizować, ale do licha, nie bez powodów trafiła do Gryffindoru, nie do Ravenclawu. Zagadek tego typu to ani trochę nie lubiła. Przydałby się tutaj wuj Morpheus: och, on to byłby zachwycony. – A ja dziś nie spakowałam tego miecza do torebki, cholera. Nic mi nie pasuje. Autor, budowniczy, architekt, przecież nie murarz, wszystko za daleko. Ale w sumie, skoro rąk jednak nie urwie, ja i tak chyba będę musiała iść dziś do klątwołamacza, żadna mi różnica…
To skoro i tak się do takiego wybierała, mogła iść od razu z dwiema klątwami. Jedną ciśniętą nie wiadomo przez kogo, a drugą nałożoną na nią przez ciotkę Atreusa – to dopiero było osiągnięcie, właściwie to poza Orionem nie zdążyła wpaść na nikogo z jego rodziny, a już będzie obrywała od nich klątwami.
– A, chwalenie się i wielkie ego. Jak nic jesteś totalnym wyrodkiem w rodzinie, co? – spytała, nie mogąc sobie darować tym razem, bo te jego żale naprawdę zdołały ją ostatecznie rozbawić, w świetle tego, że on to akurat chwalić się chyba całkiem lubił… ale rozbawienie rozpłynęło się chwilę później jak ręką odjął. Odruchowo zacisnęła palce mocniej na jego dłoni, odrywając spojrzenie od mechanizmów, skupiając wzrok po drugiej stronie sali. – Słyszałeś to? – spytała, gdy wciąż nie dostrzegała żadnej bestii, niczego, co mogłoby takie dźwięki wydawać. Czy jednak faktycznie było tu… coś więcej, czy cioteczka Lavinia zadbała o dodatkowe atrakcje, żeby postraszyć kogoś, kto zbyt długo zastanawiać się nad pozostawionymi przez nią w piwnicach zagadkami?
Słuchała go tak z trochę dziwną miną, a w końcu ostatecznie pokręciła głową, z odrobiną rezygnacji. Czy powinno ją to dziwić? Chyba nie. Wyglądało na to, że właściwie każdy ród czystej krwi miał jakieś swoje… dziwaczne upodobania i zachowania, przekazywane z pokolenia na pokolenie, a Bulstrodowie od lat byli powiązani z Departamentem Tajemnic… Oni trzymali w piwnicach jakieś dziwne tory przeszkód z zagadkami, a Longbottomowie mieli zaklęty loch, z którego nie dało się ot tak wyjść. Norma u czystokrwistych. Nic dziwnego, że w końcu „wyhodowano” coś takiego jak Voldemort.
– Czyli twoja rodzina tworzy tradycyjnie takie zagadki i zamyka z nimi ludzi w piwnicach. Szkoda, że moi krewni to tradycyjnie na widok takiej zagadki próbowali roznieść ją mieczem, jestem marnym materiałem do ich rozwiązywania – przyznała, przesuwając spojrzeniem po literach, próbując ułożyć z nich jakieś słowa, ale co nie przychodziłoby jej do głowy, dzieliło je zbyt duże przerwy. Jasne, lubiła analizować, ale do licha, nie bez powodów trafiła do Gryffindoru, nie do Ravenclawu. Zagadek tego typu to ani trochę nie lubiła. Przydałby się tutaj wuj Morpheus: och, on to byłby zachwycony. – A ja dziś nie spakowałam tego miecza do torebki, cholera. Nic mi nie pasuje. Autor, budowniczy, architekt, przecież nie murarz, wszystko za daleko. Ale w sumie, skoro rąk jednak nie urwie, ja i tak chyba będę musiała iść dziś do klątwołamacza, żadna mi różnica…
To skoro i tak się do takiego wybierała, mogła iść od razu z dwiema klątwami. Jedną ciśniętą nie wiadomo przez kogo, a drugą nałożoną na nią przez ciotkę Atreusa – to dopiero było osiągnięcie, właściwie to poza Orionem nie zdążyła wpaść na nikogo z jego rodziny, a już będzie obrywała od nich klątwami.
– A, chwalenie się i wielkie ego. Jak nic jesteś totalnym wyrodkiem w rodzinie, co? – spytała, nie mogąc sobie darować tym razem, bo te jego żale naprawdę zdołały ją ostatecznie rozbawić, w świetle tego, że on to akurat chwalić się chyba całkiem lubił… ale rozbawienie rozpłynęło się chwilę później jak ręką odjął. Odruchowo zacisnęła palce mocniej na jego dłoni, odrywając spojrzenie od mechanizmów, skupiając wzrok po drugiej stronie sali. – Słyszałeś to? – spytała, gdy wciąż nie dostrzegała żadnej bestii, niczego, co mogłoby takie dźwięki wydawać. Czy jednak faktycznie było tu… coś więcej, czy cioteczka Lavinia zadbała o dodatkowe atrakcje, żeby postraszyć kogoś, kto zbyt długo zastanawiać się nad pozostawionymi przez nią w piwnicach zagadkami?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.