07.09.2024, 18:07 ✶
To było mgnienie, ale dla Millie był to długi miesiąc myślenia o tym wszystkim. Miesiąc uciekania z Londynu, miesiąc uciekania z rezydencji Bertiego. Miesiąc bardzo trudny, bo pełen oczekiwań, które choć zostały spełnione, to nie tak jakby sobie tego życzyła dziewczyna. Bardzo. Długi. Miesiąc.
Zgoda Brenny była tylko przypieczętowaniem nowej drogi.
– Ej, nic dziwnego, że nie możesz być Głupcem, teraz to moja nowa fucha! Nawet jeśli Twój słodki braciszek Ericzek mówi co innego. – no dobrze, może nie mówi, ale dał jej portret w roli arcykapłanki, co Millie bardzo, ale to bardzo doceniała, bo nigdy nie widziała siebie w tej fuszce. Rozjebana wieża. Chudziasta kostucha. Ewentualnie - zgodnie z imieniem - babeczka miziająca Lwa. Tymczasem na urodziny widziała siebie na tronie, a pod jej małą stopą księżyc. Pani Snów i Podświadomości. Kto by przypuszczał. Powątpiewała, czy tak dużo empatii i zdolności czytania przemawiało za tym darem, ale doceniała go. Nie był prztyczkiem w nos, nie był patrzeniem z politowaniem i dopytywaniem kiedy zostanie chociaż detektywem. Był komplementem, który potrafiła przyjąć.
Prychnęła na ten szantaż i cisnęła karty na stół jak obrażone dziecko.
– Nie negocjuję z terrorytami, wal się Brenka, nie będziesz mnie zmuszać do jedzenia tym bardziej jeśli nie mogę zapytać o Twój nie-jesteśmy-razem układ. – nadąsała się chociaż wiadomo, nie zamierzała Brenny zmuszać, ale tu wymagała bezwzględnej wzajemności. A nie chciała jeść, bo jej żołądek był zawiązany na supełek odkąd Eden uśmiechnęła się przy niej pierwszy raz... tylko że nie do niej, a do jej pierdolonego brata.
Tak po prawdzie Millie i Brenna stosowały podobne zasłony dymne, może dlatego tak łatwo się czytały, gdy coś było nie tak. Wyznaczały nieco inną skalę rozsądku i brawury gdy były razem, ale potrafiły się dostroić i uzupełniać. Przystopować jedna drugą gdy było trzeba, albo z podwójnym uderzeniem huraganu wbić się komuś na chatę i zrobić porządek. Potrafiły też widzieć gdy druga ściemniała. Millie lubiła to i nienawidziła jednocześnie. Obecnie raczej to drugie.
Zmarszczyła nos, zezując na rękę Brenny. Longbottomowie, tak to z nimi było. Nic tylko macaliby czyjeś czoła sprawdzając czy nie ma gorączki. Czy nie tak właśnie Morpheus ją usadził w Windermere. Swoją drogą... ciekawe czy gdzieś był w okolicy. Jesli ktoś miałby trzymać miecz, to chyba wolałaby żeby to był Papcio Morifna, jeśli by się tak nad tym zastanowić, a wspominał ostatnio, że ma z nią kilka rzeczy do omówienia.
– Ja też. I mój psychiatra też. I kurwa kto nie chce wiedzieć? Co gryzie Mildred Moody? Książki o mnie można by pisać! – zaśmiała się z wymuszoną wesołością i ostentacyjnie dolała sobie kawy.
Zgoda Brenny była tylko przypieczętowaniem nowej drogi.
– Ej, nic dziwnego, że nie możesz być Głupcem, teraz to moja nowa fucha! Nawet jeśli Twój słodki braciszek Ericzek mówi co innego. – no dobrze, może nie mówi, ale dał jej portret w roli arcykapłanki, co Millie bardzo, ale to bardzo doceniała, bo nigdy nie widziała siebie w tej fuszce. Rozjebana wieża. Chudziasta kostucha. Ewentualnie - zgodnie z imieniem - babeczka miziająca Lwa. Tymczasem na urodziny widziała siebie na tronie, a pod jej małą stopą księżyc. Pani Snów i Podświadomości. Kto by przypuszczał. Powątpiewała, czy tak dużo empatii i zdolności czytania przemawiało za tym darem, ale doceniała go. Nie był prztyczkiem w nos, nie był patrzeniem z politowaniem i dopytywaniem kiedy zostanie chociaż detektywem. Był komplementem, który potrafiła przyjąć.
Prychnęła na ten szantaż i cisnęła karty na stół jak obrażone dziecko.
– Nie negocjuję z terrorytami, wal się Brenka, nie będziesz mnie zmuszać do jedzenia tym bardziej jeśli nie mogę zapytać o Twój nie-jesteśmy-razem układ. – nadąsała się chociaż wiadomo, nie zamierzała Brenny zmuszać, ale tu wymagała bezwzględnej wzajemności. A nie chciała jeść, bo jej żołądek był zawiązany na supełek odkąd Eden uśmiechnęła się przy niej pierwszy raz... tylko że nie do niej, a do jej pierdolonego brata.
Tak po prawdzie Millie i Brenna stosowały podobne zasłony dymne, może dlatego tak łatwo się czytały, gdy coś było nie tak. Wyznaczały nieco inną skalę rozsądku i brawury gdy były razem, ale potrafiły się dostroić i uzupełniać. Przystopować jedna drugą gdy było trzeba, albo z podwójnym uderzeniem huraganu wbić się komuś na chatę i zrobić porządek. Potrafiły też widzieć gdy druga ściemniała. Millie lubiła to i nienawidziła jednocześnie. Obecnie raczej to drugie.
Zmarszczyła nos, zezując na rękę Brenny. Longbottomowie, tak to z nimi było. Nic tylko macaliby czyjeś czoła sprawdzając czy nie ma gorączki. Czy nie tak właśnie Morpheus ją usadził w Windermere. Swoją drogą... ciekawe czy gdzieś był w okolicy. Jesli ktoś miałby trzymać miecz, to chyba wolałaby żeby to był Papcio Morifna, jeśli by się tak nad tym zastanowić, a wspominał ostatnio, że ma z nią kilka rzeczy do omówienia.
– Ja też. I mój psychiatra też. I kurwa kto nie chce wiedzieć? Co gryzie Mildred Moody? Książki o mnie można by pisać! – zaśmiała się z wymuszoną wesołością i ostentacyjnie dolała sobie kawy.