07.09.2024, 20:46 ✶
– Mam wrażenie, że jednak jak idziesz z trzema innymi osobami tworzyć taki wielki projekt, mieszkać w jednym miejscu, a twój kapelusz jeszcze tysiąc lat później śpiewa, jak bardzo byliście sobie bliscy, to chyba trochę musieliście się lubić… to znaczy… no potem Slytherin ponoć zostawił im w szkole jakiegoś potwora, ale to też mu odbiło na stare lata – powiedziała, ale z pewnym roztargnieniem, bardziej skupiona na wyszukiwaniu tych właściwych potencjalnie liter niż dawnej opowieści o założycielach Hogwartu. Brenna zawsze ją lubiła, każdy jej aspekt – i już w Hogwarcie miała wrażenie, że czasem w tej całej domowej rywalizacji niektórzy zapominali o tym najważniejszym elemencie.
Na samym początku cała czwórka przeszła wspólnie drogę, która przywiodła ich do zamku Hogwart.
Uśmiechnęła się, wprawdzie ledwo zauważalnie, ale jednak, gdy trącił ją ramieniem i spytał o ten miecz, a potem oderwała wzrok od mechanizmu, by na moment na niego spojrzeć.
– Nie mówię „tak”, nie mówię „nie”, do pewnych rzeczy nie należy się przyznawać aurorom.
Nie skomentowała już jego kolejnych słów, chwilowo skupiona na tym powarkiwaniu. Nasłuchiwała kolejnych dźwięków w ciemnościach: nic już jednak nie stukało, nie pukało, nie warczało, może dlatego, że minęło już parę chwil, odkąd pili herbatę, a żadne z nich nie zdążyło tej dokończyć, ale Brenna przecież nie miała pojęcia, co znajdowało się w mieszance. Niechętnie puściła jego dłoń, gdy zdecydował, że spróbują z DULRO – brzmiało to bardzo naciąganie, i wstrzymywała aż oddech, pewna, że zaraz walnie ich jakaś klątwa… ale nie mogli tutaj stać dalej i, o dziwo, nic nie zionęło w nich ogniem, nie pojawiły się żadne plamy czerni, w ogóle nie stało się nic poza tym, że otworzyły się przed nimi kolejne drzwi.
I w środku nie było żadnego potwora. Tylko lustro. Brenna najpierw pomyślała o Gabinecie Luster Bletchleyów, potem zastanowiła się, czy to faktycznie więc było „Bulstrode”, czy może do tego miejsca mieliby trafić za złą odpowiedź – i czekała ich owa „nauczka”, mająca czegoś nauczyć po tym, jak rozwiązało się zagadkę błędnie.
– Hm… twoja ciocia… naprawdę ma wyobraźnię – powiedziała powoli, wodząc spojrzeniem po lustrze, ramach, kamiennych, wyciągniętych ku nim rękach: scena, która mogłaby spokojnie znaleźć się w powieści albo filmie grozy. Przez moment miała ochotę dotknąć ramy zwierciadła, ale zmitygowała się: cholera wie, czy te runy nie wypaliłyby jej na przykład śladów na palcach albo coś takiego. – Złowróżbne. I łatwe. Ze łatwe. Sądzisz, że jak odpowiemy, to nie wiem, te nimfy spróbują nas udusić albo coś?
Brenna wpatrywała się w napis, kolejną zagadkę: odpowiedź naprawdę zdawała się jej oczywista, może dlatego, że jej własny stan psychiczny był dziś jakoś kruchy, i że nawet w ponurych podziemiach, gdzie coś na nią warczało i musiała rozwiązywać dziwaczne zagadki, czuła się lepiej niż na tamtych schodach, ponieważ tam była sama. Zastanawiała się jednak, czy więc prawdziwa zagadka – albo jakaś próba – nie będzie ich czekała dopiero, kiedy tej odpowiedzi na pytanie udzielą.
Ale stać tu przecież nie będą, kontemplując własne odbicia… i tak słabo widoczne, że równie dobrze mogłyby należeć do kogoś innego.
– Ale chyba nie ma wyjścia, co? Odpowiedź to strach – rzuciła, nieco podnosząc głos.
Na samym początku cała czwórka przeszła wspólnie drogę, która przywiodła ich do zamku Hogwart.
Uśmiechnęła się, wprawdzie ledwo zauważalnie, ale jednak, gdy trącił ją ramieniem i spytał o ten miecz, a potem oderwała wzrok od mechanizmu, by na moment na niego spojrzeć.
– Nie mówię „tak”, nie mówię „nie”, do pewnych rzeczy nie należy się przyznawać aurorom.
Nie skomentowała już jego kolejnych słów, chwilowo skupiona na tym powarkiwaniu. Nasłuchiwała kolejnych dźwięków w ciemnościach: nic już jednak nie stukało, nie pukało, nie warczało, może dlatego, że minęło już parę chwil, odkąd pili herbatę, a żadne z nich nie zdążyło tej dokończyć, ale Brenna przecież nie miała pojęcia, co znajdowało się w mieszance. Niechętnie puściła jego dłoń, gdy zdecydował, że spróbują z DULRO – brzmiało to bardzo naciąganie, i wstrzymywała aż oddech, pewna, że zaraz walnie ich jakaś klątwa… ale nie mogli tutaj stać dalej i, o dziwo, nic nie zionęło w nich ogniem, nie pojawiły się żadne plamy czerni, w ogóle nie stało się nic poza tym, że otworzyły się przed nimi kolejne drzwi.
I w środku nie było żadnego potwora. Tylko lustro. Brenna najpierw pomyślała o Gabinecie Luster Bletchleyów, potem zastanowiła się, czy to faktycznie więc było „Bulstrode”, czy może do tego miejsca mieliby trafić za złą odpowiedź – i czekała ich owa „nauczka”, mająca czegoś nauczyć po tym, jak rozwiązało się zagadkę błędnie.
– Hm… twoja ciocia… naprawdę ma wyobraźnię – powiedziała powoli, wodząc spojrzeniem po lustrze, ramach, kamiennych, wyciągniętych ku nim rękach: scena, która mogłaby spokojnie znaleźć się w powieści albo filmie grozy. Przez moment miała ochotę dotknąć ramy zwierciadła, ale zmitygowała się: cholera wie, czy te runy nie wypaliłyby jej na przykład śladów na palcach albo coś takiego. – Złowróżbne. I łatwe. Ze łatwe. Sądzisz, że jak odpowiemy, to nie wiem, te nimfy spróbują nas udusić albo coś?
Brenna wpatrywała się w napis, kolejną zagadkę: odpowiedź naprawdę zdawała się jej oczywista, może dlatego, że jej własny stan psychiczny był dziś jakoś kruchy, i że nawet w ponurych podziemiach, gdzie coś na nią warczało i musiała rozwiązywać dziwaczne zagadki, czuła się lepiej niż na tamtych schodach, ponieważ tam była sama. Zastanawiała się jednak, czy więc prawdziwa zagadka – albo jakaś próba – nie będzie ich czekała dopiero, kiedy tej odpowiedzi na pytanie udzielą.
Ale stać tu przecież nie będą, kontemplując własne odbicia… i tak słabo widoczne, że równie dobrze mogłyby należeć do kogoś innego.
– Ale chyba nie ma wyjścia, co? Odpowiedź to strach – rzuciła, nieco podnosząc głos.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.