08.09.2024, 11:36 ✶
Naprawdę nie chciała, żeby powrót Thomasa wyglądał w ten sposób. Wpadał w sam środek wojny, która pukała do drzwi jego i jego rodziny. I nawet w cholernej knajpie nie mogli zjeść spokojnie, podczas pierwszego od dawna spotkania, bo wprawdzie tym razem fanatycy czystej krwi nie robili akurat problemów, za to ktoś ewidentnie wychylony w drugą stronę, nie chciał dać im spokoju.
Brenna była za mało zorientowana w historii mugolskiej, by słyszeć o komunizmie i tym, do czego ten doprowadził, ale najwyraźniej tutaj mieli zagorzałą komunistkę.
– Możecie uciekać przede mną, ale nie przed prawdą – oburzyła się kobieta z sępem i chwyciła jeszcze przy tym Brennę za rękę. Ta jednak wywinęła się z uścisku sprawnie, i nawet zwalczyła bardzo nieładną ochotę wywalenia zawartości przenoszonego talerza prosto na kapelusz nieznajomej. Powiedziała sobie w duchu, że jest Detektywem Brygady: nie może rzucać ludziom na głowy jedzenia. Nie mogła uciekać się do przemocy, póki tamta nie zaatakuje w bardziej oczywisty sposób. A poza tym to były naprawdę dobre naleśniki. Szkoda było ich marnować.
– Przepraszam? Czy skoro pani nie zamawia, nie znaczy to przypadkiem, że nie jest klientką lokalu? – rzuciła do obsługi, zanim usiadła na krześle. Nie chodziło nawet o nich, ale sądząc po minie kelnerki, kobieta przychodziła tutaj regularnie. – I nikt go za to tam nie aresztował? – zdziwiła się, wracając do rozmowy jak gdyby nigdy nic, ustawiając i talerz, i krzesło tak, by druga kobieta nie mogła się do nich dosiąść. – Przecież te kury… może ja sobie źle wyobrażam Liban, ale ktoś… mógł no, spróbować taką zjeść – powiedziała, wzdrygając się lekko. Sama w sobie klątwa była niby z gatunku tych niegroźnych i miała odstraszać przed budzeniem gospodarza, ale niegroźne żarty czasem kończyły się tragicznie. W Departamencie, w którym Brenna pracowała, naprawdę szybko się tego uczyła.
– Jakiś rok temu dostałam ciekawą klątwą, sprowadzającą pecha – podjęła, nie zwracając już uwagi na kobietę z sępem, która postąpiła za nimi, ale chyba zdała sobie sprawę z tego, że nie, dosiąść się nie dosiądzie. – Zwaliło się na mnie drzewo, prawie wpadłam do studni, rozsypała mi się pod ręką furtka, w Mungu pielęgniarka lewitująca pudła straciła nad nimi panowanie na schodach, ktoś źle rzucił zaklęcie i nad moją głową pojawiła się burzowa chmura… - opowiadała, ot drobna ciekawostka dla klątwołamacza. Rozkroiła naleśnika i wpakowała sobie kawałek do ust, zanim odezwała się znowu. – Zacznijmy od zabawnych. Lubię zabawne rzeczy.
Brenna była za mało zorientowana w historii mugolskiej, by słyszeć o komunizmie i tym, do czego ten doprowadził, ale najwyraźniej tutaj mieli zagorzałą komunistkę.
– Możecie uciekać przede mną, ale nie przed prawdą – oburzyła się kobieta z sępem i chwyciła jeszcze przy tym Brennę za rękę. Ta jednak wywinęła się z uścisku sprawnie, i nawet zwalczyła bardzo nieładną ochotę wywalenia zawartości przenoszonego talerza prosto na kapelusz nieznajomej. Powiedziała sobie w duchu, że jest Detektywem Brygady: nie może rzucać ludziom na głowy jedzenia. Nie mogła uciekać się do przemocy, póki tamta nie zaatakuje w bardziej oczywisty sposób. A poza tym to były naprawdę dobre naleśniki. Szkoda było ich marnować.
– Przepraszam? Czy skoro pani nie zamawia, nie znaczy to przypadkiem, że nie jest klientką lokalu? – rzuciła do obsługi, zanim usiadła na krześle. Nie chodziło nawet o nich, ale sądząc po minie kelnerki, kobieta przychodziła tutaj regularnie. – I nikt go za to tam nie aresztował? – zdziwiła się, wracając do rozmowy jak gdyby nigdy nic, ustawiając i talerz, i krzesło tak, by druga kobieta nie mogła się do nich dosiąść. – Przecież te kury… może ja sobie źle wyobrażam Liban, ale ktoś… mógł no, spróbować taką zjeść – powiedziała, wzdrygając się lekko. Sama w sobie klątwa była niby z gatunku tych niegroźnych i miała odstraszać przed budzeniem gospodarza, ale niegroźne żarty czasem kończyły się tragicznie. W Departamencie, w którym Brenna pracowała, naprawdę szybko się tego uczyła.
– Jakiś rok temu dostałam ciekawą klątwą, sprowadzającą pecha – podjęła, nie zwracając już uwagi na kobietę z sępem, która postąpiła za nimi, ale chyba zdała sobie sprawę z tego, że nie, dosiąść się nie dosiądzie. – Zwaliło się na mnie drzewo, prawie wpadłam do studni, rozsypała mi się pod ręką furtka, w Mungu pielęgniarka lewitująca pudła straciła nad nimi panowanie na schodach, ktoś źle rzucił zaklęcie i nad moją głową pojawiła się burzowa chmura… - opowiadała, ot drobna ciekawostka dla klątwołamacza. Rozkroiła naleśnika i wpakowała sobie kawałek do ust, zanim odezwała się znowu. – Zacznijmy od zabawnych. Lubię zabawne rzeczy.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.