08.09.2024, 11:53 ✶
Nie od razu zwróciła uwagę na huczenie w uszach, na brzęk pojawiający się, gdy atakowali, i po którym następowała zmiana – równie dobrze mogła to być przecież adrenalina, chyba jedyne, co jeszcze chroniło Brennę przed atakiem paniki, pochodzącym z dwóch źródeł, bo ta przedziwna zagadka trafiła na najlepszy możliwy moment, by ją pognębić, była ta adrenalina właśnie i rodzący się w niej gniew.
To nie było prawdziwe.
Ale strach był prawdziwy i miał wielkie oczy. Nie dało się po prostu przestać bać, a już na pewno nie z pyłem samotniczek gdzieś w płucach: można było tylko spróbować wypalić ten strach gniewem.
Miała ochotę roznieść tę istotę na kawałki, rozszarpać gołymi rękami za żerowanie na tych lękach, nawet jeżeli jakaś jej część zaczynała wyłapywać, że tarzanie się z nią po ziemi, kolejne uderzenia niewielki przynoszą efekt. Cichy głosik podpowiadał, że przecież nie ma niczego, czego nie dałoby się zabić, a stworzenie miało fizyczną formę, skoro czuła siłę uderzenia, kiedy trafiła je w twarz, skoro zdołało obalić Atreusa. Ale drugi, równie natarczywy szeptał, że jeżeli nie jest to bogin ani żadna istota, że jeśli przybiera twarz lęków, sami mogli być jego źródłem. Że jeśli tylko sięgała po kolejne strachy i zmieniała się, ilekroć została zaatakowana, tak agresywne podejście niewiele pomoże.
– A chrzań się – syknęła, próbując tym razem zaklęciem wytwarzającym niewielki wybuch posłać stworzenie na przeciwną ścianę. Trochę może w nadziei, że magia zadziała lepiej niż pięści, ale chyba bardziej po to, by odsunąć je od nich i zyskać na czasie.
Kto będzie czekał w ogniu? Nie, tym istota nie mogła jej przestraszyć: Brenna bała się śmierci, owszem, ale zwiastując im ją obojgu stwór bez kształtu nie mówił niczego, czego by nie wiedziała, niczego, o czym by już jej nie ostrzegano, niczego, czego nie zobaczyłaby w płomieniach Beltane, wykradających wspomnienia.
Patrzyła na wspomnienie wizji Morpheusa, utkanej z ognia i dymu, a jej sny od dzieciństwa pełne były twarzy i głosów umarłych.
Czy się powiodło, czy nie – spróbowała cofnąć się, nie tyleż w ucieczce, co chcąc zerknąć, co takiego wcześniej mignęło jej nad kolejnymi drzwiami, a co w tym całym swoim dzisiejszym zamroczeniu zignorowała, spojrzeć jak teraz wygląda powierzchnia zaklętego lustra. Musiał być sposób na pozbycie się tego stworzenia, jeśli nie bezpośrednia walka, i jeżeli nie było tu innych wskazówek, to być może zniszczenie lustra, z którego się wyłoniło. Usiłowała zmusić się, by myśleć jasno, ale to wcale nie było łatwe. Czy napis nad lustrem miał być wskazówką? Ale co, gdyby do sali weszła tylko jedna osoba? Wtedy przecież żadne dzielenie nie byłoby możliwe.
Przyznała Atreusowi, że za bardzo to dziś nie myśli, bo głowę miała przecież pełną tych czarnych rzeczy. A teraz, gdy komnata wyciągała najgorsze lęki, przypominała, że może i Brenna w tej chwili wcale nie była sama na świecie, to mogło szybko się zmienić, już chyba tylko złość, na to zaklęcie, na Lavinię Bulstrode, i na siebie chroniła ją przed rozpadnięciem się.
Przeklęte Little Hangleton.
Jednak mieszkali tutaj sami wariaci.
kształtowanie
To nie było prawdziwe.
Ale strach był prawdziwy i miał wielkie oczy. Nie dało się po prostu przestać bać, a już na pewno nie z pyłem samotniczek gdzieś w płucach: można było tylko spróbować wypalić ten strach gniewem.
Miała ochotę roznieść tę istotę na kawałki, rozszarpać gołymi rękami za żerowanie na tych lękach, nawet jeżeli jakaś jej część zaczynała wyłapywać, że tarzanie się z nią po ziemi, kolejne uderzenia niewielki przynoszą efekt. Cichy głosik podpowiadał, że przecież nie ma niczego, czego nie dałoby się zabić, a stworzenie miało fizyczną formę, skoro czuła siłę uderzenia, kiedy trafiła je w twarz, skoro zdołało obalić Atreusa. Ale drugi, równie natarczywy szeptał, że jeżeli nie jest to bogin ani żadna istota, że jeśli przybiera twarz lęków, sami mogli być jego źródłem. Że jeśli tylko sięgała po kolejne strachy i zmieniała się, ilekroć została zaatakowana, tak agresywne podejście niewiele pomoże.
– A chrzań się – syknęła, próbując tym razem zaklęciem wytwarzającym niewielki wybuch posłać stworzenie na przeciwną ścianę. Trochę może w nadziei, że magia zadziała lepiej niż pięści, ale chyba bardziej po to, by odsunąć je od nich i zyskać na czasie.
Kto będzie czekał w ogniu? Nie, tym istota nie mogła jej przestraszyć: Brenna bała się śmierci, owszem, ale zwiastując im ją obojgu stwór bez kształtu nie mówił niczego, czego by nie wiedziała, niczego, o czym by już jej nie ostrzegano, niczego, czego nie zobaczyłaby w płomieniach Beltane, wykradających wspomnienia.
Patrzyła na wspomnienie wizji Morpheusa, utkanej z ognia i dymu, a jej sny od dzieciństwa pełne były twarzy i głosów umarłych.
Czy się powiodło, czy nie – spróbowała cofnąć się, nie tyleż w ucieczce, co chcąc zerknąć, co takiego wcześniej mignęło jej nad kolejnymi drzwiami, a co w tym całym swoim dzisiejszym zamroczeniu zignorowała, spojrzeć jak teraz wygląda powierzchnia zaklętego lustra. Musiał być sposób na pozbycie się tego stworzenia, jeśli nie bezpośrednia walka, i jeżeli nie było tu innych wskazówek, to być może zniszczenie lustra, z którego się wyłoniło. Usiłowała zmusić się, by myśleć jasno, ale to wcale nie było łatwe. Czy napis nad lustrem miał być wskazówką? Ale co, gdyby do sali weszła tylko jedna osoba? Wtedy przecież żadne dzielenie nie byłoby możliwe.
Przyznała Atreusowi, że za bardzo to dziś nie myśli, bo głowę miała przecież pełną tych czarnych rzeczy. A teraz, gdy komnata wyciągała najgorsze lęki, przypominała, że może i Brenna w tej chwili wcale nie była sama na świecie, to mogło szybko się zmienić, już chyba tylko złość, na to zaklęcie, na Lavinię Bulstrode, i na siebie chroniła ją przed rozpadnięciem się.
Przeklęte Little Hangleton.
Jednak mieszkali tutaj sami wariaci.
kształtowanie
Rzut W 1d100 - 15
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut W 1d100 - 64
Sukces!
Sukces!
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.