08.09.2024, 14:33 ✶
– To dobrze, bo w listopadzie kolejny piątek trzynastego – powiedziała Brenna. Może nie powinna, ale strzeliła to tak, odruchowo. Kiedy wreszcie uwierzyła w tę całą klątwę, oznaczyła w kalendarzu wszystkie piątki trzynastego i nauczyła się ich na pamięć – by przypadkiem nie umówić się wtedy na przykład z Mabel czy Norą. Nie chciałaby, aby ten los, który tak plątał ścieżki jej i Basiliusa sprawił, że ktoś, kto nie powinien, oberwie rykoszetem.
Zaczęła się zastanawiać, czy może powinna sprawdzić też kalendarz na rok 1970 pod kątem wszystkich piątków siedemnastego.
– Tak, trzeba przyznać, że też nie spodziewałam się, że zostaniemy skleje… – zaczęła i urwała, kiedy wchodząc do środka – co wymagało puszczenia go przodem, wciąż trzymając rzecz jasna Basiliusa za rękę – Prewett się potknął. Odruchowo wyciągnęła drugą rękę, chcąc go podtrzymać, najwyraźniej jednak mimo choroby Basilius potrafił wykazać się zdumiewającą aktywnością fizyczną. Tutaj zdołał odzyskać równowagę na bardzo śliskiej podłodze, kiedyś wykonał piękną gwiazdę… – Osobiście bardzo lubię jabłkową i wiśniową – podjęła, jak gdyby nigdy nic, ostrożnie przestępując po wilgotnej posadce i ciągnąc go do jednego ze stolików w rogu. – Mają też fajną mieszankę, Godzina przy kominku, taka rozgrzewająca, z imbirem, pomarańczą, malinami… Czekaj…
Wymagało to odrobiny inwencji twórczej, bo do dyspozycji miała tylko jedną rękę, a drugą była wciąż przyklejona do Basiliusa, ale ignorując zdziwione spojrzenie Prewetta oraz dziewczyn siedzących po drugiej stronie lokalu, i tak sprawdziła najpierw kanapę, a potem stolik, czy na pewno się nie chyboczą, i nie wyglądają, jakby miały zaraz się zawalić.
– Jak sądzisz, w skali od jeden do dziesięciu, jaka jest szansa, że kelnerka wyleje na nas herbatę? – szepnęła, pochylając się ku niemu lekko, kiedy już udało się im zająć miejsca. W głosie Brenny pobrzmiewało rozbawienie, być może odrobinę niestosowne wobec pecha, z jakim się zmagali, ale skoro już i tak nie mogli nic na to poradzić, postanowiła podejść do całej sytuacji z humorem. Sięgnęła po menu, powycierane i trochę przybrudzone, i otworzyła je, dość sprawnie jak na to, że musiała zrobić to jedną ręką. – Och, Biszkopt Królowej Wiktorii. To jedno z tych ciast, co do których nie rozumiem, czemu nie serwują ich czar… znaczy u nas. Pewnie dlatego, że to nie nasza królowa.
Zaczęła się zastanawiać, czy może powinna sprawdzić też kalendarz na rok 1970 pod kątem wszystkich piątków siedemnastego.
– Tak, trzeba przyznać, że też nie spodziewałam się, że zostaniemy skleje… – zaczęła i urwała, kiedy wchodząc do środka – co wymagało puszczenia go przodem, wciąż trzymając rzecz jasna Basiliusa za rękę – Prewett się potknął. Odruchowo wyciągnęła drugą rękę, chcąc go podtrzymać, najwyraźniej jednak mimo choroby Basilius potrafił wykazać się zdumiewającą aktywnością fizyczną. Tutaj zdołał odzyskać równowagę na bardzo śliskiej podłodze, kiedyś wykonał piękną gwiazdę… – Osobiście bardzo lubię jabłkową i wiśniową – podjęła, jak gdyby nigdy nic, ostrożnie przestępując po wilgotnej posadce i ciągnąc go do jednego ze stolików w rogu. – Mają też fajną mieszankę, Godzina przy kominku, taka rozgrzewająca, z imbirem, pomarańczą, malinami… Czekaj…
Wymagało to odrobiny inwencji twórczej, bo do dyspozycji miała tylko jedną rękę, a drugą była wciąż przyklejona do Basiliusa, ale ignorując zdziwione spojrzenie Prewetta oraz dziewczyn siedzących po drugiej stronie lokalu, i tak sprawdziła najpierw kanapę, a potem stolik, czy na pewno się nie chyboczą, i nie wyglądają, jakby miały zaraz się zawalić.
– Jak sądzisz, w skali od jeden do dziesięciu, jaka jest szansa, że kelnerka wyleje na nas herbatę? – szepnęła, pochylając się ku niemu lekko, kiedy już udało się im zająć miejsca. W głosie Brenny pobrzmiewało rozbawienie, być może odrobinę niestosowne wobec pecha, z jakim się zmagali, ale skoro już i tak nie mogli nic na to poradzić, postanowiła podejść do całej sytuacji z humorem. Sięgnęła po menu, powycierane i trochę przybrudzone, i otworzyła je, dość sprawnie jak na to, że musiała zrobić to jedną ręką. – Och, Biszkopt Królowej Wiktorii. To jedno z tych ciast, co do których nie rozumiem, czemu nie serwują ich czar… znaczy u nas. Pewnie dlatego, że to nie nasza królowa.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.