08.09.2024, 22:18 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.09.2024, 22:18 przez Millie Moody.)
kocham cię kochanie moje
to oczy twoje we mnie wpatrzone
to oczy twoje we mnie wpatrzone
Jak patrzeć, gdy powieki zamknięte? Jak oddychać inaczej niż bezwolnym miarowym andante, nie czując, nie widząc, nie słysząc.
Stan stabilny, ale jakże na niebiosa przechujowy. Alastor znalazł ją po trzech dniach szukania. W lesie. Pożartą przez ogień ognisk piekła rozpalonego rękami diabłów. A teraz jeden z nich zasiadał obok łóżka w malutkiej klitce, tyle dobrego, że przyjaciele zrzucili się na to, by leżała sama. Białe kafle na ścianach, białe kafle na podłodze i irytująca, wżerająca się woń jaśminu - środek czyszczący.
Chciał, żeby zrzuciła mundur, oto proszę, wątłe ciało pokrywała biała płócienna koszula nocna. Szpitalna, dostosowana do tego, by łatwo można było przebrać, umyć, zrobić masaż, który zapobiegnie odleżynom. Biel... biel...
Szukała bieli, błąkając się po świecie pełnym szarości, po świecie umęczonych dusz, wyszarzałych ostateczną sprawiedliwością śmierci, która dotykała wszystkich. Każde odstępstwo, każdy kolor, odrobina światła. Jej sen nie był spokojny, był przerażający, a każde niepowodzenie sprawiało, że czerń zdawała się coraz bardziej kusząca. W czerni była jednością z czernią. W czerni była chciana. W czerni nie było już nic.
kocham cię, a kochanie moje
to tęsknota nieskończona
to tęsknota nieskończona
Prawda była taka, że Millie miała w dupie Louviana. O jak ona nie znosiła tego typa, to głowa mała. Pieprzone tatuaże, głupawy uśmiech, komentarze z rynsztoka. No dobra, to ostatnie może najmniej ją wkurwiało, ale dalej - Lou był bardzo typowym typem "chłopaka", którego się rucha głównie po to, żeby wkurwić brata. I kuzynkę. Taki był plan na początku, tak sobie mówiła. A jednak ich "randki" czy może bardziej powinna nazwać je "sesjami", dawały jej dużo więcej niż przyznałaby na torturach. Kochanek ofiarowywał jej poczucie kontroli, którego tak dramatycznie potrzebowała w życiu. Poczucia kontroli, które było uzależniające.
Pierdolony detox odbierał jej wszystko, odzierał ją ze wszystkiego. Pierdolony detox odciął duszę od ciała, sprawiając, że nie miała kontroli nad absolutnie niczym. A on przyszedł do niej i gdyby tylko wiedziała, gdyby tylko poczuła jego smród, może udałoby się unieść rękę, sięgnąć do głowy i zacisnąć palce na obrzydliwie wymodelowanej fryzurce tego playboya. Przypomnieć mu jak nisko upadł leżąc pod butem dziewczyny znikąd.
kocham cię a kochanie moje
to rozstania i powroty
to rozstania i powroty
Był ostatnią osobą, której ktokolwiek mógł się tu spodziewać. Miał szczęście - dziś nikt nie zapowiedział się, dziś nikt nie powinien im przeszkodzić. Dziś był sam z tą, która mundur zamieniła na biały, szpitalny uniform.
– No chyba Cię pojebało, żebyś mi mówił jak mam kurwa żyć! – echa ich ostatniej sprzeczki, ostra reakcja na którąś z rzędu, ignorowaną wcześniej sugestię. Teraz jej twarz wyrażała dojmującą obojętność, dłoń miała chłodną choć nie tak jak Ci, którzy powrócili tamtej pamiętnej nocy z limba. Zdawało się, że nie ważyła wcale. Zdawało się, że jeśli zgniecie ją mocniej, to pokruszy kości, pozostawiając bezkształtny skórzany worek.
Nie było jej w ciele.
Cały czas go szukała.
Biel. Ona musiała gdzieś być...