08.09.2024, 22:58 ✶
– No jasne, że byś wolał pierdolony furasie czy jak się na Was mówi, fani kurwa ryb. Na liście Twoich fetyszów jest też podduszanie, bo z wodą w płucach doszedłbyś trzy razy zanim by Ci wyżarła flaki debilu! – Odkrzyknęła mu od razu, nabuzowana i wściekła, choć sama do końca nie wiedziała o co. O tak, Alastor teraz ma cudną randkę, a ona... a ona jest sama, mokra, zziębnięta z jakimś kretynem, przez którego złamała miotłę i który jej jeszcze mówi, że niepotrzebnie bo był samobójczą spierdoliną.
– No to kurwa winszuje i zazdroszczę, też bym chciała żeby mój stary gryzł piach – tym razem oburącz pchnęła go, mocno zasadzając się na barki. Była drobna. Była mała. Była wściekła i niebezpieczna, ale też doskonale wiedziała jak walczyć z większym przeciwnikiem. Zasadniczo - niezwykle rzadko walczyła z kimkolwiek, kto był mniejszym przeciwnikiem.
– I wariatkowo W TYM KRAJU nazywa się LECZNICA DUSZ młotku – dodała, całkiem sprawnie szufladkując go jako przyjezdnego gogusia przez wzgląd na kolor skóry. Zapewne, gdyby była czystej krwi, możliwe że walczyłaby po drugiej stronie konfliktu. Gdyby jej brat był Śmierciożercą... na pewno nosiłaby okazyjnie maski. Brzmiało jak jeden z koszmarów, przez które nie mogła spać.
Dopiero gdy Prewett rozłożył na boki w bezradności ręce... dopiero wtedy zahamowała marszcząc brwi. To nie było zabawne dla kota, gdy mysz leżała z wywalonym ozorem i udawała martwą. No a ostatecznie nie była harpią. Nie zamierzała go jeść.
– Pojebało Cię do reszty? Chciałam się kurwa wyżyć, chciałam nie myśleć, ale jakiś debil postanowił przelizać się z rybą. Spójrz na siebie i ogarnij dupę, masz różdżkę? Możesz się wysuszyć czy coś i skoczyć w bezpieczne miejsce? Umiesz w ogóle się translokować? – upewniała się. Ona sama nie wysuszyła sobie ciuchów, ale ona była przecież wariatką. Dłoń świerzbiła, żeby wyrównać z drugiej strony. Co by buźka była piękna symetrycznie.
– No to kurwa winszuje i zazdroszczę, też bym chciała żeby mój stary gryzł piach – tym razem oburącz pchnęła go, mocno zasadzając się na barki. Była drobna. Była mała. Była wściekła i niebezpieczna, ale też doskonale wiedziała jak walczyć z większym przeciwnikiem. Zasadniczo - niezwykle rzadko walczyła z kimkolwiek, kto był mniejszym przeciwnikiem.
– I wariatkowo W TYM KRAJU nazywa się LECZNICA DUSZ młotku – dodała, całkiem sprawnie szufladkując go jako przyjezdnego gogusia przez wzgląd na kolor skóry. Zapewne, gdyby była czystej krwi, możliwe że walczyłaby po drugiej stronie konfliktu. Gdyby jej brat był Śmierciożercą... na pewno nosiłaby okazyjnie maski. Brzmiało jak jeden z koszmarów, przez które nie mogła spać.
Dopiero gdy Prewett rozłożył na boki w bezradności ręce... dopiero wtedy zahamowała marszcząc brwi. To nie było zabawne dla kota, gdy mysz leżała z wywalonym ozorem i udawała martwą. No a ostatecznie nie była harpią. Nie zamierzała go jeść.
– Pojebało Cię do reszty? Chciałam się kurwa wyżyć, chciałam nie myśleć, ale jakiś debil postanowił przelizać się z rybą. Spójrz na siebie i ogarnij dupę, masz różdżkę? Możesz się wysuszyć czy coś i skoczyć w bezpieczne miejsce? Umiesz w ogóle się translokować? – upewniała się. Ona sama nie wysuszyła sobie ciuchów, ale ona była przecież wariatką. Dłoń świerzbiła, żeby wyrównać z drugiej strony. Co by buźka była piękna symetrycznie.