08.09.2024, 23:29 ✶
Wiele z ich dotychczasowych doświadczeń wskazywało na to, że to kwestie intymne były niegdyś motorom napędowym ich relacji i stanowiły jej podstawę. Czy powinno to dziwić któregokolwiek z nich? Bądź co bądź, to właśnie w takim układzie narodziła się więź, która łączyła ich po dziś dzień. Co więcej, jakby na to nie spojrzeć, każda para miała swój unikatowy język miłości pozwalający im wyrażać uczucia, jakimi się darzyła w najczystszej możliwej formie. Czasem objawiało się to pod postacią przekazywanych sobie słów wsparcia, pomocy w codziennych obowiązkach lub obdarowywaniu się małymi prezentami.
Wprawdzie wiele wskazywało na to, że oboje byliby gotowi na zaangażowanie się we wszystkie powyższe akty uczuć, tak być może mimowolnie sięgali ku temu, co oryginalnie rozpaliło ich uczucie. Wracali do tego, co wydawało się wygodne. Bezpieczne. Pierwotne. Jakby każde zbliżenie, każdy dotyk skóry, splecenie rak czy zderzonych ze sobą ust mogło przywołać wspomniane tych pierwszych wspólnych chwil, gdy otworzyli się na siebie nawzajem. Czy było w tym coś złego? Cóż, może niektórzy uznaliby, że to oznaka tego, że łączy ich coś zbyt powierzchownego. Ale czy nie walczyli obecnie o to, aby było w tym coś więcej?
— Mhmm, czapka kapitańska... Nie wystarczy ci, że przyszedłem dziś w mundurze? — spytał niskim głosem, zerkając na poły swojego służbowego uniformu. — Wprawdzie nie wziąłem magicznej taśmy i innego sprzętu, ale chyba nie ma tu nikogo, kto chciałby zostać aresztowany, prawda?
Wywrócił wymownie oczami. Przecież nie mógł rozpowiadać na prawo i lewo, jak łatwo można było go obłaskawić przez podarowanie mu kosza pełnego słodyczy. Wystarczy, że rodzina, Nora i najbliżsi współpracownicy z pracy byli aż nader świadomi tego, że miał ogromną słabość do słodyczy. A wiedział, że gdyby informacja ta wbiłaby się do głowy Antoiniusza, to wykorzystałby ją w naprawdę niecnych celach!
— Były tam rzeczy, które mi się nie podobały — przyznał ze spokojem Erik. — Pogoda była paskudna, ledwo dało się opuścić lokum w trakcie dnia i miałem wrażenie, że przez wysokie temperatury jedzenie tam czegokolwiek nie było zbyt bezpieczne z powodów sanitarnych. — Wprawdzie można było tutaj powiedzieć, że mógł sam sobie gotować, skoro mu się nie podobało, ale chyba nie chcieli, żeby Ministerstwo Magii musiało płacić za gruntowny remont kuchni, bo pewnemu Longbottomowi zachciało się zjeść coś ''po swojemu''. — Ale to nie znaczy, że wszystko było okropne. Niektóre noce pamiętam bardzo dokładnie.
Uśmiechnął się pod nosem, zajadając się ciastem. Dobry Merlinie, jak tęsknił za tym smakiem. Do niedawna wystarczały mu lokalne przekąski i cudeńka wypiekane przez Norę Figg w klubokawiarni, jednak najwidoczniej nawet on miał słabość do egzotycznych łakoci. Szkoda tylko, że Shafiq trzymał buzię na kłódkę co do nazwy tego cudownego ciasta. Trzeba będzie ją z niego wyciągnąć, pomyślał sprytnie, wykrzywiając usta w coraz szerszym uśmiechu. W gruncie rzeczy miał całkiem spore pole do popisu...
Wprawdzie wiele wskazywało na to, że oboje byliby gotowi na zaangażowanie się we wszystkie powyższe akty uczuć, tak być może mimowolnie sięgali ku temu, co oryginalnie rozpaliło ich uczucie. Wracali do tego, co wydawało się wygodne. Bezpieczne. Pierwotne. Jakby każde zbliżenie, każdy dotyk skóry, splecenie rak czy zderzonych ze sobą ust mogło przywołać wspomniane tych pierwszych wspólnych chwil, gdy otworzyli się na siebie nawzajem. Czy było w tym coś złego? Cóż, może niektórzy uznaliby, że to oznaka tego, że łączy ich coś zbyt powierzchownego. Ale czy nie walczyli obecnie o to, aby było w tym coś więcej?
— Mhmm, czapka kapitańska... Nie wystarczy ci, że przyszedłem dziś w mundurze? — spytał niskim głosem, zerkając na poły swojego służbowego uniformu. — Wprawdzie nie wziąłem magicznej taśmy i innego sprzętu, ale chyba nie ma tu nikogo, kto chciałby zostać aresztowany, prawda?
Wywrócił wymownie oczami. Przecież nie mógł rozpowiadać na prawo i lewo, jak łatwo można było go obłaskawić przez podarowanie mu kosza pełnego słodyczy. Wystarczy, że rodzina, Nora i najbliżsi współpracownicy z pracy byli aż nader świadomi tego, że miał ogromną słabość do słodyczy. A wiedział, że gdyby informacja ta wbiłaby się do głowy Antoiniusza, to wykorzystałby ją w naprawdę niecnych celach!
— Były tam rzeczy, które mi się nie podobały — przyznał ze spokojem Erik. — Pogoda była paskudna, ledwo dało się opuścić lokum w trakcie dnia i miałem wrażenie, że przez wysokie temperatury jedzenie tam czegokolwiek nie było zbyt bezpieczne z powodów sanitarnych. — Wprawdzie można było tutaj powiedzieć, że mógł sam sobie gotować, skoro mu się nie podobało, ale chyba nie chcieli, żeby Ministerstwo Magii musiało płacić za gruntowny remont kuchni, bo pewnemu Longbottomowi zachciało się zjeść coś ''po swojemu''. — Ale to nie znaczy, że wszystko było okropne. Niektóre noce pamiętam bardzo dokładnie.
Uśmiechnął się pod nosem, zajadając się ciastem. Dobry Merlinie, jak tęsknił za tym smakiem. Do niedawna wystarczały mu lokalne przekąski i cudeńka wypiekane przez Norę Figg w klubokawiarni, jednak najwidoczniej nawet on miał słabość do egzotycznych łakoci. Szkoda tylko, że Shafiq trzymał buzię na kłódkę co do nazwy tego cudownego ciasta. Trzeba będzie ją z niego wyciągnąć, pomyślał sprytnie, wykrzywiając usta w coraz szerszym uśmiechu. W gruncie rzeczy miał całkiem spore pole do popisu...
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞