15.01.2023, 22:25 ✶
To był bardzo, bardzo dobry pomysł.
Mackenzie, poza trzema najzimniejszymi miesiącami roku, latała na miotle jeśli nie codziennie, to najmniej co drugi dzień. Zwykle jednak te loty związane były z treningami albo meczami quidditcha. Teraz, na początku sezonu i jednych, i drugich miała bardzo wiele: właściwie niemal cały marzec spędziła na boisku, trenując unikanie tłuczków, podania albo grając w pierwszych, ligowych rozgrywkach tego roku.
W kwietniu, po krótkiej i mało przyjemnej wizycie u matki, a potem nieprzyjemnej rozmowie w Londynie, poczuła, że musi uciec. A czy taka ucieczka nie będzie najlepsza na miotle właśnie? Co mogłoby się z nią równać? Ubrała się ciepło, bo na dużej wysokości mogłaby zmarznąć. Wyszeptała przed lustrem najpierw czar mający chronić podczas lotu oczy, a potem zaklęcie kameleona. Kiedy upewniła się, że jej sylwetka przyjmuje kolory tego, co znajdowało się za nią, przywołała miotłę. Oczywiście, to nie tak, że była całkowicie niemożliwa do zauważenia, z bliska każdy by ją dostrzegł, ale nie planowała lecieć nisko. Zresztą z Londynu wystartowała tuż przed świtem, gdy niebo było jeszcze ciemne, okolicę spowijał mrok, a nieliczni przechodnie chodząc pośród mgły nie dostrzegliby jednego punkciku ponad głowami.
Odbiła się z balkonu swojego londyńskiego mieszkania, i wzniosła wysoko ponad budynkami. Świat z tej odległości zawsze zdawał się taki daleki, podobnie jak wszystkie problemy. Mackenzie wydawało się, że zostawia je na ziemi: że tu, w powietrzu, liczy się tylko wiatr, unoszący ze sobą niechciane myśli, pęd powietrza, i nie ma żadnych granic. Green pochyliła się, zmuszając miotłę do szybszego lotu, mknąc nad miastem, tak szybko, że nawet bez zaklęcia kameleona stałaby się tylko rozmazaną plamą. Świszczało jej w uszach, a wiatr szarpał jasny kucyk, i wreszcie znów czuła się wolna. Kochała mecze, ale takie włóczęgi na miotle nie mogły z niczym się równać.
Wyleciała poza Londyn, coraz dalej i dalej. Chłód szczypał policzki i nawet gruba warstwa ubrań nie chroniła Mackenzie w pełni przed przemarznięciem – bo leciała tak wysoko, że chmury miała tuż nad głową, białe opary, a gdyby spojrzała w dół, ludzie byliby tylko małymi istotami, nie większymi od ptaków. Sama dla nich, nawet bez czaru, pewnie mogłaby też uchodzić za takiego ptaka. Tak wysokie loty były szaleństwem, ale Green w powietrzu była szalona, w przeciwieństwie do Mackenzie twardo stąpającej po ziemi.
Ranek zastał ją nie tak daleko od Doliny Godryka. Zwolniła wreszcie, zniżyła też lot, przypatrując się przesuwającej pod nią Kniei. Trochę zakłuło ją serce i pożałowała, że tu przyleciała.
Wykonała gwałtownie zwrot, mając zamiar gdzieś wylądować i się ogrzać – gdzieś z daleka od tego przeklętego lasu, pełnego duchów jej przodków. Ale wtedy jej uszu dobiegł… krzyk…?
Znów zakręciła w powietrzu, i dość szybko wypatrzyła kobietę. Sprawne oko graczki quidditcha wychwyciło szybko, że ta chyba nie czuje się zbyt pewnie na miotle.
W dodatku ta leciała ku mugolskiej wiosce, którą Mackenzie niedawno minęła.
Green wahała się tylko przez chwilę, nim wystartowała w jej stronę.
- Potrzeba pomocy?! – zawołała po chwili, lecąc jakieś trzy metry nad Mavelle. Była widoczna, chociaż przez wzgląd na zaklęcie, raczej słabo: niebiesko – biała, podobnie jak niebo nad nimi, ale w ruchu dało się dostrzec sylwetkę.
Mackenzie, poza trzema najzimniejszymi miesiącami roku, latała na miotle jeśli nie codziennie, to najmniej co drugi dzień. Zwykle jednak te loty związane były z treningami albo meczami quidditcha. Teraz, na początku sezonu i jednych, i drugich miała bardzo wiele: właściwie niemal cały marzec spędziła na boisku, trenując unikanie tłuczków, podania albo grając w pierwszych, ligowych rozgrywkach tego roku.
W kwietniu, po krótkiej i mało przyjemnej wizycie u matki, a potem nieprzyjemnej rozmowie w Londynie, poczuła, że musi uciec. A czy taka ucieczka nie będzie najlepsza na miotle właśnie? Co mogłoby się z nią równać? Ubrała się ciepło, bo na dużej wysokości mogłaby zmarznąć. Wyszeptała przed lustrem najpierw czar mający chronić podczas lotu oczy, a potem zaklęcie kameleona. Kiedy upewniła się, że jej sylwetka przyjmuje kolory tego, co znajdowało się za nią, przywołała miotłę. Oczywiście, to nie tak, że była całkowicie niemożliwa do zauważenia, z bliska każdy by ją dostrzegł, ale nie planowała lecieć nisko. Zresztą z Londynu wystartowała tuż przed świtem, gdy niebo było jeszcze ciemne, okolicę spowijał mrok, a nieliczni przechodnie chodząc pośród mgły nie dostrzegliby jednego punkciku ponad głowami.
Odbiła się z balkonu swojego londyńskiego mieszkania, i wzniosła wysoko ponad budynkami. Świat z tej odległości zawsze zdawał się taki daleki, podobnie jak wszystkie problemy. Mackenzie wydawało się, że zostawia je na ziemi: że tu, w powietrzu, liczy się tylko wiatr, unoszący ze sobą niechciane myśli, pęd powietrza, i nie ma żadnych granic. Green pochyliła się, zmuszając miotłę do szybszego lotu, mknąc nad miastem, tak szybko, że nawet bez zaklęcia kameleona stałaby się tylko rozmazaną plamą. Świszczało jej w uszach, a wiatr szarpał jasny kucyk, i wreszcie znów czuła się wolna. Kochała mecze, ale takie włóczęgi na miotle nie mogły z niczym się równać.
Wyleciała poza Londyn, coraz dalej i dalej. Chłód szczypał policzki i nawet gruba warstwa ubrań nie chroniła Mackenzie w pełni przed przemarznięciem – bo leciała tak wysoko, że chmury miała tuż nad głową, białe opary, a gdyby spojrzała w dół, ludzie byliby tylko małymi istotami, nie większymi od ptaków. Sama dla nich, nawet bez czaru, pewnie mogłaby też uchodzić za takiego ptaka. Tak wysokie loty były szaleństwem, ale Green w powietrzu była szalona, w przeciwieństwie do Mackenzie twardo stąpającej po ziemi.
Ranek zastał ją nie tak daleko od Doliny Godryka. Zwolniła wreszcie, zniżyła też lot, przypatrując się przesuwającej pod nią Kniei. Trochę zakłuło ją serce i pożałowała, że tu przyleciała.
Wykonała gwałtownie zwrot, mając zamiar gdzieś wylądować i się ogrzać – gdzieś z daleka od tego przeklętego lasu, pełnego duchów jej przodków. Ale wtedy jej uszu dobiegł… krzyk…?
Znów zakręciła w powietrzu, i dość szybko wypatrzyła kobietę. Sprawne oko graczki quidditcha wychwyciło szybko, że ta chyba nie czuje się zbyt pewnie na miotle.
W dodatku ta leciała ku mugolskiej wiosce, którą Mackenzie niedawno minęła.
Green wahała się tylko przez chwilę, nim wystartowała w jej stronę.
- Potrzeba pomocy?! – zawołała po chwili, lecąc jakieś trzy metry nad Mavelle. Była widoczna, chociaż przez wzgląd na zaklęcie, raczej słabo: niebiesko – biała, podobnie jak niebo nad nimi, ale w ruchu dało się dostrzec sylwetkę.