09.09.2024, 14:19 ✶
Chybotliwa poręcz klatki schodowej drżała niepewnie pod dłonią Severine, a stare deski uginały się pod jej krokami z jękiem, kiedy pośpiesznie zmierzała do swojego mieszkania. Minęła bez słowa schodzącą z piętra wyżej sąsiadkę; być może w innych okolicznościach zamieniłaby z nią kilka zdań, może z udawaną grzecznością zapytałaby nawet, dlaczego wychodzi w taką pogodę, ale nie dziś - dziś bowiem pragnęła tylko zapaść się w miękkości kanapy i wychylić kieliszek skrzętnie ukrytego przed światem laudanum. Przełknęła ślinę na myśl o doskonale znanej jej goryczy rozlewającej się po podniebieniu i ekstatycznej niemocy ogarniającej jej ciało, cal po calu, aż w końcu błękit oczu ginął za kurtyną powiek, a sama odpływała w błogi, pozbawiony marzeń sen.
Woda ociekająca ze złożonego parasola tworzyła na podłodze obok jej butów kałużę, kiedy rozedrgane dłonie szukały w torebce kluczy. Na próżno, jak się okazało; drzwi do mieszkania okazały się być otwarte. Cienka bruzda wykwitła pomiędzy jej brwiami; był to raczej grymas irytacji, aniżeli zmartwienia. Mimo to sięgnęła po różdżkę i ostrożnie nacisnęła klamkę, gotowa zmierzyć się z intruzem, który niewątpliwie czekał na nią w środku. Złodziej? Wszystkie swoje pieniądze trzymała na koncie w banku. Czy ktoś połasił się na te kilka błyskotek, które trzymała w szkatułce na komodzie? Może chodziło o inkrustowany stół, ręcznie tkany turecki dywan, czy zastawę, która miała być częścią jej posagu, ale została jej podarowana, kiedy rodzice całkiem stracili nadzieję na jej zamążpójście? A co jeśli przybył po dokumenty starannie posegregowane w teczkach w jej domowym gabinecie? Poczuła, jak drobne włoski na jej karku stanęły dęba - to rzeczywiście mogło generować pewne kłopoty.
Ukryta w półmroku holu poruszała się naprzód, noga za nogą, jakby chciała maksymalnie odłożyć w czasie spotkanie z owym nieznanym, które nawiedziło jej mieszkanie. Wreszcie jej oczom ukazał się salon i żałośnie efemeryczna postać brata odcinająca się bladością na tle ciemnej kanapy. Odetchnęła z ulgą, chowając różdżkę do kieszeni i cofnęła się, by zostawić parasol, ściskany do tej pory przez nią jak tarcza, w ociekaczu obok szafki na buty.
— Jest zabezpieczone — odpowiedział mu matowy, pozornie pozbawiony emocji głos, lecz gdyby tylko Oleander wsłuchał się w subtelne wibrato wybrzmiewające pomiędzy uderzeniami kropli o szybę, pojąłby, że to tylko gra, nieudolna próba maskowania swoich własnych uczuć. A tych z kolei przelewała się przez nią cała fala; wzburzona, bezkształtna, trudna do nazwania i jeszcze trudniejsza do okiełznania — Ale nie przed tobą.
Być może kiedyś zaklęcie powstrzymałoby Oleandra przed przekroczeniem progu jej mieszkania, zwróciłoby go w połowie drogi lub rozlała się w jego ciele wątpliwą pieszczotą przekleństwa - kary, za to, że ośmielił się naruszyć jej przestrzeń. Kiedyś go nienawidziła - tych jego po dziecięcemu jeszcze pyzatych policzków i loków opadających miękko na skronie, którymi tak zachwycała się ich matka i sunących po klawiaturze pianina palców, którym z dumą przyglądał się ojciec. Nie potrafiła jasno określić momentu, w którym zdała sobie sprawę z tego, że to nie brat jest antagonistą w tej historii, lecz rodzice tak okrutnie zapatrzeni w syna, którego tak bardzo pragnęli. Oboje zostali przez nich skrzywdzeni, choć na różnych sposób. Severine nigdy przy nich nie rozwinęła skrzydeł; Oleander z kolei nie nauczył się jak lądować. A przecież życie nie było jedynie beztroskim lotem nad rodzinnym gniazdem; czasem było tarzaniem się w błocie. Bardzo bała się jego pierwszego upadku; tego, jak trudno go zniesie…
…choć sądząc po obrazie, jaki sobą prezentował, chyba właśnie do niego doszło. Nie potrzebował stroju, aby wzbudzić w niej współczucie, choć to z pewnością wzmacniało cały efekt.
— Wyglądasz, jakbyś potrzebował kieliszka wina — zawyrokowała, zrzucając z ramion cienki płaszcz.
Woda ociekająca ze złożonego parasola tworzyła na podłodze obok jej butów kałużę, kiedy rozedrgane dłonie szukały w torebce kluczy. Na próżno, jak się okazało; drzwi do mieszkania okazały się być otwarte. Cienka bruzda wykwitła pomiędzy jej brwiami; był to raczej grymas irytacji, aniżeli zmartwienia. Mimo to sięgnęła po różdżkę i ostrożnie nacisnęła klamkę, gotowa zmierzyć się z intruzem, który niewątpliwie czekał na nią w środku. Złodziej? Wszystkie swoje pieniądze trzymała na koncie w banku. Czy ktoś połasił się na te kilka błyskotek, które trzymała w szkatułce na komodzie? Może chodziło o inkrustowany stół, ręcznie tkany turecki dywan, czy zastawę, która miała być częścią jej posagu, ale została jej podarowana, kiedy rodzice całkiem stracili nadzieję na jej zamążpójście? A co jeśli przybył po dokumenty starannie posegregowane w teczkach w jej domowym gabinecie? Poczuła, jak drobne włoski na jej karku stanęły dęba - to rzeczywiście mogło generować pewne kłopoty.
Ukryta w półmroku holu poruszała się naprzód, noga za nogą, jakby chciała maksymalnie odłożyć w czasie spotkanie z owym nieznanym, które nawiedziło jej mieszkanie. Wreszcie jej oczom ukazał się salon i żałośnie efemeryczna postać brata odcinająca się bladością na tle ciemnej kanapy. Odetchnęła z ulgą, chowając różdżkę do kieszeni i cofnęła się, by zostawić parasol, ściskany do tej pory przez nią jak tarcza, w ociekaczu obok szafki na buty.
— Jest zabezpieczone — odpowiedział mu matowy, pozornie pozbawiony emocji głos, lecz gdyby tylko Oleander wsłuchał się w subtelne wibrato wybrzmiewające pomiędzy uderzeniami kropli o szybę, pojąłby, że to tylko gra, nieudolna próba maskowania swoich własnych uczuć. A tych z kolei przelewała się przez nią cała fala; wzburzona, bezkształtna, trudna do nazwania i jeszcze trudniejsza do okiełznania — Ale nie przed tobą.
Być może kiedyś zaklęcie powstrzymałoby Oleandra przed przekroczeniem progu jej mieszkania, zwróciłoby go w połowie drogi lub rozlała się w jego ciele wątpliwą pieszczotą przekleństwa - kary, za to, że ośmielił się naruszyć jej przestrzeń. Kiedyś go nienawidziła - tych jego po dziecięcemu jeszcze pyzatych policzków i loków opadających miękko na skronie, którymi tak zachwycała się ich matka i sunących po klawiaturze pianina palców, którym z dumą przyglądał się ojciec. Nie potrafiła jasno określić momentu, w którym zdała sobie sprawę z tego, że to nie brat jest antagonistą w tej historii, lecz rodzice tak okrutnie zapatrzeni w syna, którego tak bardzo pragnęli. Oboje zostali przez nich skrzywdzeni, choć na różnych sposób. Severine nigdy przy nich nie rozwinęła skrzydeł; Oleander z kolei nie nauczył się jak lądować. A przecież życie nie było jedynie beztroskim lotem nad rodzinnym gniazdem; czasem było tarzaniem się w błocie. Bardzo bała się jego pierwszego upadku; tego, jak trudno go zniesie…
…choć sądząc po obrazie, jaki sobą prezentował, chyba właśnie do niego doszło. Nie potrzebował stroju, aby wzbudzić w niej współczucie, choć to z pewnością wzmacniało cały efekt.
— Wyglądasz, jakbyś potrzebował kieliszka wina — zawyrokowała, zrzucając z ramion cienki płaszcz.