Ma rację, przyznał z niechęcią. Jeśli krytyka, jaka wylała się przed paroma laty na Nobby'ego Leacha coś udowodniła, to zdecydowanie to, że pewne przekonania dalej były żywe w społeczeństwie czarodziejów. A już przede wszystkim wśród swojego rodzaju „elity”, która często piastowała kluczowe stanowiska, niezbędne do funkcjonowania Ministerstwa. Chęć zachowania pozycji, szybkiego wzbogacenia się, awansu społecznego... To były jedne z wielu motywacje, jakie mogły kierować tymi ludźmi. Jednak były wśród nich też inne, zdaniem Erika dużo bardziej niebezpieczne. Autentyczna wiara w idee głoszone przez Czarnego Pana i przekonanie, że powinny one zostać wyryte w kamieniu i przestrzegane za cenę życia.
— Zaufani ludzie? — Uniósł wysoko brwi na wieść o jakiejś nowej zbieraninie, która zaczęła się najwyraźniej organizować poza strukturami Ministerstwa Magii. — Brzmi... potajemnie. Jeśli wiesz, co mam na myśli. Nie żebym uważał, że to od razu oznacza nielegalną działalność. Po prostu nie wygląda to na straż sąsiedzką i wspólne patrole po Dolinie.
Od razu wzbudziło to jego zainteresowanie. Takie działania nie były bezpieczne, więc udział nieprzeszkolonych jednostek mógł się okazać tragiczny. Warto było wybadać, co się właściwie kroi... Jeśli była to po prostu grupa żądnych wrażeń domorosłych czarodziejów i czarownic, którzy pragnęli nieść ze sobą sztandar równości i braku podziału, to może warto by było nakierować ich na wsparcie BUMowców lub Biura Aurorów?
Powinien zamienić parę słów na ten temat z Brenną w najbliższych dniach. Nie, żeby nie ufał źródłom Nory. Wychodził z założenia, że skoro dzieliła się z nim taką informacją, to raczej nie pochodziła ona od zapijaczonego maga, który wlał w siebie za dużo ognistej whiskey któregoś wieczora. Mimo to wolał popytać. Może i był tym bardziej znanym z dwójki rodzeństwa, ale to jego siostra mogła się poszczycić bardziej rozległą bazą kontaktów przyjaciół i znajomych.
— Jestem — potwierdził ochoczo, kiwając powoli głową. — Jeśli okaże się, że to ktoś wiarygodny, to nie zaszkodzi zorientować się w sprawie. W najgorszym razie spróbuję przekonać tych chętnych, żeby odwiedzili biuro rekrutacyjne w Ministerstwie. Mówiłaś, że z kimś rozmawiałaś, tak? Jakie są Twoje wrażenia?
Nie wiedział czego się spodziewać, więc wolał od razu nie wygłaszać przysięgi dozgonnej lojalności. Gdyby w ramach pierwszego kontaktu spotkałby się z jakimś siedemnastolatkiem tuż po szkole, to chyba by parsknął śmiechem. Chociaż nie, to nie byłoby w jego stylu. Zamiast tego otaksowałby go spojrzeniem od góry do dołu, a potem zażądał podania danych personalnych, żeby odprowadzić delikwenta do rodziców. Jeszcze tego brakowało, żeby literalne dzieci tuż po ukończeniu Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie angażowały się w sprawy dorosłych.
A co jeśli to jednak nie to?, zamyślił się i zmarszczył czoło, wbijając nieco skonfundowany wzrok w przestrzeń. Perspektywa spotkania z kimś, kto faktycznie był w stanie działać sprawnie, ignorując łańcuch dowodzenia skonstruowany przez Ministerstwo Magii, a tym samym odsuwając na bok jego wady na poczet efektywnej pomocy.... Poczuł się nieco nieswojo, jednak nie mógł odmówić temu scenariuszowi, iż był przyciągający. Zdecydowanie będzie musiał poruszyć ten temat po którejś z rodzinnych kolacji.
Na podziękowania ze strony przyjaciółki, zareagował tylko leniwym uśmiechem, jakby nie do końca wyłapał sens słów, ale po tonie jej głosu poznał, że powiedziała coś miłego. Z transu wyrwało go dopiero wzmianka o warsztatach kuchennych, na co zareagował zszokowanym spojrzeniem. Nachylił się w stronę Nory i zamrugał, jak ktoś, kto po przebywaniu przez długie godziny w ciemnej piwnicy, nagle wyszedł na światło dzienne. Chyba nie mówiła poważnie? Uśmiechnął się przepraszająco, jeszcze zanim się odezwał.
— Doceniam ofertę, ale obawiam się, że jestem beznadziejnym przypadkiem. Chyba że masz dobre ubezpieczenie i nie żal Ci składników, ciasta i foremek. Wtedy to rozważę. Tak wstępnie. I poproszę, żebyś jeszcze raz przemyślała wszystkie za i przeciw. — stwierdził, drapiąc się bezwiednie po karku. Antytalent kulinarny zdecydowanie nie uchodził za coś, czym chciał się chwalić, ale wolał o tym uprzedzić, nim ktokolwiek zaproponował mu pracę w kuchni. — W takim razie odezwę się na dniach. Ewentualnie znowu wpadnę w odwiedziny.