09.09.2024, 21:36 ✶
Charles nie miał pojęcia o polityce Wielkiej Brytanii. Czystokrwiści panowali, reszta mogła się co najwyżej podporządkować, zaś mugolaków czekała zagłada. To czarodzieje byli tymi, którzy powinni władać, zaś mugole powinni się kryć, nie odwrotnie. Jeśli wypracowanie takiego sposobu podziału władzy oznaczałoby wojnę... Charlie chętnie złapałby za różdżkę. Dla dobra ogółu.
- Eugenia Jenkins. - Powtórzył po Rodolphie, ale nazwisko nie powiedziało mu nic. Zacisnął na chwilę usta, zastanawiając się, jednak głowa pozostała pusta.
Spragniony czerpania z życia całymi garściami młody Mulciber nie zastanawiał się nawet, czy ojciec pochwalałby zawiązywanie nowych znajomości w barze przy kieliszku, czy zgodziłby się, by Charlie przyjął mieszkanie od przypadkowego Lestrange'a, by słuchał słów, które sączył Rolph. Richarda jednak nie było, a ciekawość, jak i naiwność Charliego pchała go w ramiona Rolpha, kazała słuchać każdego rzucanego słowa. Charles był jak łatwo dająca się formować glina, na której każda kolejna osoba mogła dobić swoje piętno.
Mulciber nie panował nad sobą. Alkohol może i przestał lać się strumieniem, ale to, co Charles zdążył wcześniej wypić, nie wyparowało z jego głowy, a wręcz przeciwnie, dopiero do niej uderzało przyjemnym rozluźnieniem, które wróżyło zapadnięcie w sen. Ale czy to, co się działo, nie było snem? Z tego, Charlie nie chciał się budzić.
Od jutra miał nie zawodzić. Tej nicy mógł jeszcze rozczarowywać świat.
Jego ciałem wstrząsnął dreszcz, gdy poczuł pocałunek na swoim policzku. Jego dłoń od razu uniosła się, by złapać Rolpha za koszulę na piersi i choć początkowo zacisnął palce, to szybko je rozluźnił, rozprostował, oparł otwartą dłoń niemal czule na materiale ubrania towarzysza. Odsunął się na te parę centymetrów, by móc spojrzeć Rolphowi w twarz. Słowa nie chciały płynąć. Zamknął usta, zaraz jednak na nowo je rozchylił, językiem zwilżając wargi. Wiedział, że nie może dojść do niczego więcej, ale rozum nie współpracował z ciałem. Czekał. Pragnął, lecz mógł tylko nachylić się bliżej, wierząc, że Rodolphus poprowadzi go przez ten sen.
- Eugenia Jenkins. - Powtórzył po Rodolphie, ale nazwisko nie powiedziało mu nic. Zacisnął na chwilę usta, zastanawiając się, jednak głowa pozostała pusta.
Spragniony czerpania z życia całymi garściami młody Mulciber nie zastanawiał się nawet, czy ojciec pochwalałby zawiązywanie nowych znajomości w barze przy kieliszku, czy zgodziłby się, by Charlie przyjął mieszkanie od przypadkowego Lestrange'a, by słuchał słów, które sączył Rolph. Richarda jednak nie było, a ciekawość, jak i naiwność Charliego pchała go w ramiona Rolpha, kazała słuchać każdego rzucanego słowa. Charles był jak łatwo dająca się formować glina, na której każda kolejna osoba mogła dobić swoje piętno.
Mulciber nie panował nad sobą. Alkohol może i przestał lać się strumieniem, ale to, co Charles zdążył wcześniej wypić, nie wyparowało z jego głowy, a wręcz przeciwnie, dopiero do niej uderzało przyjemnym rozluźnieniem, które wróżyło zapadnięcie w sen. Ale czy to, co się działo, nie było snem? Z tego, Charlie nie chciał się budzić.
Od jutra miał nie zawodzić. Tej nicy mógł jeszcze rozczarowywać świat.
Jego ciałem wstrząsnął dreszcz, gdy poczuł pocałunek na swoim policzku. Jego dłoń od razu uniosła się, by złapać Rolpha za koszulę na piersi i choć początkowo zacisnął palce, to szybko je rozluźnił, rozprostował, oparł otwartą dłoń niemal czule na materiale ubrania towarzysza. Odsunął się na te parę centymetrów, by móc spojrzeć Rolphowi w twarz. Słowa nie chciały płynąć. Zamknął usta, zaraz jednak na nowo je rozchylił, językiem zwilżając wargi. Wiedział, że nie może dojść do niczego więcej, ale rozum nie współpracował z ciałem. Czekał. Pragnął, lecz mógł tylko nachylić się bliżej, wierząc, że Rodolphus poprowadzi go przez ten sen.