09.09.2024, 21:58 ✶
– Pechowo Wielka Rada Wiewiór spotyka się tylko w piątki, a dziś mamy dopiero poniedziałek. Poproszę zamiast tego Ducha Kniei, żeby cię porządnie nastraszył w moim imieniu – odparła. Niezbyt przejęta, że być może rozmawia z mugolem bo, w gruncie rzeczy, Duch Kniei nie istniał, a przynajmniej nie taki, o jakim mówiła Brenna, bo ten to był jednym z jej wymyślonych przyjaciół z dzieciństwa, o którym chętnie kiedyś opowiadała bajki. Ewentualnie kimś, kto kiedyś tu żył, a ona widywała go w wizjach widmowidza – sama nie była pewna, kiedy była dzieciakiem to wszystko do pewnego stopnia zlewało się ze sobą, a wspomnienia bywały zwodnicze. – Skąd wiesz, że ja nie mam? – spytała, przekrzywiając głowę na bok, takim ruchem, który mógł wyglądać nieco nienaturalnie u człowieka, a który zaszczepił się u niej po paru przemianach animagicznych. W ten sposób głowę czasem przekrzywiały psy, gdy zdawały się czymś zainteresowane… i najwyraźniej zdarzało się to też czasem wilkom.
Nie była Greengrassówną. Nie wiedziała, o czym szepcą drzewa i nie uniosłyby gałęzi w jej obronie. Ambroise mógł znać ich imiona, a te były według legend jego strażnikami. A jednak w Kniei Brenna czuła się pewnie jak chyba nigdzie – urodziła się w Dolinie Godryka, ganiała po tym lesie od małego, poznawała dalekie ścieżki u boku Sama, który w niej żył, zwiedzała puszczę w wilczym ciele, doświadczając jej wilczymi zmysłami. Nie znała może nazw i zastosowań tutejszych roślin, ale poznała ich zapachy, kolory i miejsca, w których rosły, znała drogi, jakimi biegały zwierzęta, wiedziała, pod którym mostem kryły się boginy.
Może też mogłaby porównać Ambroisa do księżniczki Disneya, bo odkąd Thomas Hardwick zaraził ją miłością do Tolkiena porywała mugolskie książki, bajki, a wreszcie nawet zdarzyło się jej z zachwytem obejrzeć Śpiącą Królewnę. Chociaż była niezmiernie rozczarowana, że zgodnie z tytułem to ta królewna głównie tam spała. Ale na razie nie wykonał ani jednego numeru tanecznego z sarnami, ptaki nie pojawiły się, by robić mu za chórek, gdyby zechciał trochę pośpiewać i drzewa wcale nie próbowały go ukoronować, więc Brenna nie dostrzegała jeszcze żadnych podobieństw. Zresztą, nie wydawał się chyba zbyt chętny do śpiewania, a przecież te księżniczki Disneya to bardzo lubiły chodzić i świergotać…
– Nie wydaje się biedne, a poza tym ja przynajmniej nie drążę w nim żadnych dziupl – stwierdziła, wzruszając ramionami. Po drzewach uwielbiała chodzić od małego i wybierać się starała takie, które mogły utrzymać jej ciężar. Oczywiście popełniła w życiu parę pomyłek, które często kończyły się bolesnymi upadkami i siniakami, ale z czasem Brenna nabyła w tych wyborach pewnej wprawy. A jakaś złamana gałązka? Cóż, jak pęknie pod lekkim dotykiem, to jej zdaniem pękłaby i tak przy najbliższej wichurze…
Wydawało się, że zaraz z tej gałęzi zleci z głośnym hukiem, bo kiedy wspomniał o kiju, wychyliła się jeszcze mocniej, żeby ją sobie obejrzeć.
– Słabo nadawałaby się do bicia – oceniła, nieodrodna córka rodu Longbottomów, w której to rodzinie okładanie się nawzajem mieczami, pięściami i kijami można było uznać za formę deklaracji miłości. Krew Gryffindora chyba trochę mieszała im w głowach. [b] – Jak mocniej uderzysz, to pęknie na pół, jestem w sumie pewna.
Nie była Greengrassówną. Nie wiedziała, o czym szepcą drzewa i nie uniosłyby gałęzi w jej obronie. Ambroise mógł znać ich imiona, a te były według legend jego strażnikami. A jednak w Kniei Brenna czuła się pewnie jak chyba nigdzie – urodziła się w Dolinie Godryka, ganiała po tym lesie od małego, poznawała dalekie ścieżki u boku Sama, który w niej żył, zwiedzała puszczę w wilczym ciele, doświadczając jej wilczymi zmysłami. Nie znała może nazw i zastosowań tutejszych roślin, ale poznała ich zapachy, kolory i miejsca, w których rosły, znała drogi, jakimi biegały zwierzęta, wiedziała, pod którym mostem kryły się boginy.
Może też mogłaby porównać Ambroisa do księżniczki Disneya, bo odkąd Thomas Hardwick zaraził ją miłością do Tolkiena porywała mugolskie książki, bajki, a wreszcie nawet zdarzyło się jej z zachwytem obejrzeć Śpiącą Królewnę. Chociaż była niezmiernie rozczarowana, że zgodnie z tytułem to ta królewna głównie tam spała. Ale na razie nie wykonał ani jednego numeru tanecznego z sarnami, ptaki nie pojawiły się, by robić mu za chórek, gdyby zechciał trochę pośpiewać i drzewa wcale nie próbowały go ukoronować, więc Brenna nie dostrzegała jeszcze żadnych podobieństw. Zresztą, nie wydawał się chyba zbyt chętny do śpiewania, a przecież te księżniczki Disneya to bardzo lubiły chodzić i świergotać…
– Nie wydaje się biedne, a poza tym ja przynajmniej nie drążę w nim żadnych dziupl – stwierdziła, wzruszając ramionami. Po drzewach uwielbiała chodzić od małego i wybierać się starała takie, które mogły utrzymać jej ciężar. Oczywiście popełniła w życiu parę pomyłek, które często kończyły się bolesnymi upadkami i siniakami, ale z czasem Brenna nabyła w tych wyborach pewnej wprawy. A jakaś złamana gałązka? Cóż, jak pęknie pod lekkim dotykiem, to jej zdaniem pękłaby i tak przy najbliższej wichurze…
Wydawało się, że zaraz z tej gałęzi zleci z głośnym hukiem, bo kiedy wspomniał o kiju, wychyliła się jeszcze mocniej, żeby ją sobie obejrzeć.
– Słabo nadawałaby się do bicia – oceniła, nieodrodna córka rodu Longbottomów, w której to rodzinie okładanie się nawzajem mieczami, pięściami i kijami można było uznać za formę deklaracji miłości. Krew Gryffindora chyba trochę mieszała im w głowach. [b] – Jak mocniej uderzysz, to pęknie na pół, jestem w sumie pewna.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.