Laurent kochał zwierzęta i to w pewnym momencie swojego życia bardziej, niż ludzi. To magiczne istoty nauczyły go delikatności, to miękka grzywa jednorożca nauczyła go pokory, to pióra hipogryfa wpoiły mu do głowy szacunek i wdzięczność. Jedyna istota, która słyszała od niego zupełnie wszystko, był Michael - do czasu pojawienia się Victorii, albo raczej do czasu zacieśnienia ich relacji, był właściwie jego najbliższym przyjacielem. To wszystko składało się na oczywisty obraz i nie potrzebowało dowodu, że kochał zwierzęta. Kochał wszystkie żywe stworzenia. I mógł je kochać najbardziej, ale nie było takiej rzeczywistości, w której poświęciłby życie człowieka dla zwierzęcia czy magicznej istoty. Takiej, w której wybrałby życie chociażby Michaela ponad życiem ludzkim, nawet jeśli abraksany Prewettów były właściwie jak ludzie. Jasne, zezwierzęcone - nadal to nie był człowiek per se, ale jednak. Stawianie porównań wampirów do człowieka jedzącego zwierzę nie było czymś, co przyszłoby Laurentowi do głowy, bo w jego głowie było to raczej absurdalne. Mógł być wampir, który zabijał. Tak jak mógł być człowiek, który zabijał. Na tej płaszczyźnie były między nimi podobieństwa i różnice.
Właśnie, nie pozwoliłaby zrobić sobie krzywdy. Znał ją, ale nie znał jej w takich sytuacjach. Miłość, zauroczenia, romantyzm - nie, ta strona jej nie była mu obca zupełnie, bo przecież nigdy by nie powiedział, że zauroczenia między nimi nie było. Było, jasne i żywe, ale temu bardzo daleko do miłości - sam to wiedział najlepiej. Niektórzy bardzo łatwo mylili zauroczenie z zakochaniem, a pierwsze fascynacje - z wielką miłością. Laurent sobie na to nie pozwalał, tak jak nie pozwalał sobie na zakochiwanie się - i żyło mu się z tym bardzo dobrze. Dwa razy sobie na to pozwolił i oba razy sprowadziły go na dno. Teraz nie wiodły go kroki na Głębokie Ścieżki, ale Dante ściągnął go na dno bardzo dosłowne. Z miłości ludzie więc robią rzeczy głupie, irracjonalne i takie, które wydają im się "poza ich charakterem". Victoria potrafiła sobie radzić, ale nie będąc nigdy zakochaną wcale to nie było oczywiste, że krzywdy sobie zrobić nie da. Jego zdaniem - już dawała. W tych dziwnych szarpaninach, w tym, jak bardzo ustępowała pola - ale to było w jej naturze. To oddawanie pola. Sama je przygotowywała, sama je sprawdzała i wyznaczała granice, zdrowe dla siebie [zazwyczaj]. Tak czuła się bezpiecznie, kiedy mogła kontrolować to, co się dzieje i nie musiała kontrolować innych, tak też nikt nie musiał kontrolować jej. Albo wręcz: nie mógł. Oklumentka, co? Szkoda tylko, że świat starał się jej udowodnić, że nawet oklumencja jej nie ochroni, kiedy przyjdzie się jej zmierzyć z potężniejszymi siłami.
- To czyli co? - Czuł się... właściwie to nie bardzo się czuł. Radość, smutek, żale, załamania - nie. Nic. Czuł, że ona jest przy nim i że gdzieś może pojawić się punkt pęknięcia, ale na razie go nie było. Czuł też przyjemne ciepło wina, ale jeszcze nie jego skutek - wino lubiło tak działać. Miękły ci nogi, kiedy wstawałeś i dopiero wtedy zdawałeś sobie sprawę z tego, że wypiłeś za dużo. Na szczęście Prewett znał swoje limity. - Jeśli pytasz o moją... przeszłość na Nokturnie to nie była ona długa. Trwało to z rok. - Kiedy to wypowiedział to zweryfikował w swojej głowie brzmienie słowa "niedługo". Bo jakoś nie wydawało się dobrze pasować i odnosić do tej sytuacji. - Do tej samej... - Powtórzył za nią. Do tej samej rzeki. Chciałby się w niej zanurzyć. Miał te chwile, w których chciał zupełnie odpłynąć i nie przejmować się niczym i już chwilami zresztą dokładnie to robił. Rzucał w swoim umyśle wszystko. - Próbowaliśmy razem wyrwać się z tamtego świata i się udało. Ja skończyłem na kopcach złota, a on w zdezelowanej budzie, połamany na kawałki. Chcę mu pomóc. Dać mu szansę na wyprostowanie nóg - skoro ma talent do architektury to może na tym dobrze zarobić i zająć się pracą... rozumiesz, do czego dążę? - Nie chodziło tutaj o to, że zamierzał wywracać swoje życie do góry nogami, bo rozumiał wyraźnie postawioną granicę i nie zamierzał wcale pakować się w kolejne toksyczne bagno, gdzie ten będzie... no cóż, spójrzmy prawdzie w oczy, bo dobrze zostało to ujęte: używać go, kiedy najdzie go akurat ochota. - A to wszystko zaczęło się przez narkotyki. - Albo może przez zaufanie niewłaściwej osobie? To też. Oba były tu nieodłączne. - Miałem dość Keswick, ogłosili Pandorę dziedzicem, trafiłem na nieodpowiedniego mężczyznę w nieodpowiednim czasie. Albo to on trafił na mnie. - Może wcale nieprzypadkowo. A może to tylko zwykły pech. - Najpierw to była tylko zabawa, a zanim się zorientowałem to już musiałem brać. Niektórych rzeczy nawet nie pamiętam. Inne są narkotycznym mirażem.