10.09.2024, 08:03 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.09.2024, 09:30 przez Brenna Longbottom.)
Rany zadane nożem i obrażenia po stoczeniu się ze schodów goiły się dobrze: doba w Mungu i bardzo dużo eliksirów wystarczyło, aby po nich pozostała tylko jedna, niewielka już rana na barku. Ten wciąż pokrywał opatrunek, ale wedle zapowiedzi lekarza wieczorna dawka eliksirów powinna załatwić sprawę w ciągu nocy i rani będzie się go można pozbyć.
Trochę gorzej było z tą na boku, bo rany od czarnej magii goiły się gorzej. Ale i z nią nie było już tak źle: mikstury i czary zrobiły swoje. Mimo to Brenna grzecznie leżała w łóżku, z Mesjaszem Diuny w dłoniach. Lubiła czytać. Lubiła Herberta, nawet jeśli nie wszystko w tych książkach rozumiała. Cieszyła się, że jest z powrotem w domu, nie w Klinice.
A jednak nerwy i tak ją roznosiły. Wciąż nie mieli nic o mordercy ze snów, poza tym, że mimo tych otwartych okien, nie dostawał się do domu ofiary w sposób fizyczny. Wczorajsza rozmowa w szpitalu momentami odbijała się echem w jej głowie, i w tych chwilach Brenna miała ochotę schować rzeczoną głowę pod poduszkę. W odruchu absolutnie niegodnym kogoś dorosłego, i jakby to miało pomóc uciec przed własną głupotą. A poza tym spała po tych wszystkich eliksirach chyba więcej niż przez ostatni miesiąc, spędziła w łóżku dwa dni i była pewna, że przy trzecim oszaleje - głównie dlatego zgodziła się odwiedzić Avelinę. Była na tyle rozsądna, że nie nalegała na powrót do pracy już jutro, póki nie upewni się, że rana na boku zniknie, ale co mogło stać się na mugolskiej wsi?
Uniosła głowę, gdy drzwi się uchyliły. Spodziewała się brata, matki albo Mav, ale posłała Charliemu uśmiech. Tak na pierwszy rzut oka nie wyglądała źle: ot bledsza niż zwykle, chyba wciąż zaspana i dało się zauważyć część opatrunku na barku, ale te widoczne obrażenia zostały wyleczone.
- Cześć, Jules - rzuciła. Tutaj, pośród ścian Warowni, w teorii mogłaby używać jego imienia. Ale nie chciała. Za łatwo byłoby potem wypowiedzieć je przy jakimś gościu. Za łatwo któryś z domowników mógłby zadawać więcej pytań, a niekoniecznie chciała od razu zwoływać zebranie z przedstawianiem całej biografii Rookwooda. Wiedzieli, że miał kłopoty, i tak naprawdę nie był żadnym dalekim krewnym, ale zakładała, że niekoniecznie powinni opowiadać wszystkim o szczegółach. Musiała przywyknąć do jego nowego imienia: on musiał do niego przywyknąć. - Zrobili wszystko, co mogli, a wlewać w siebie te wstrętne eliksiry równie dobrze mogę tutaj. Nie wierz tej propagandzie rekruterów BUM, że mamy zaklepane takie fajne łóżka w Mungu, nasze są wygodniejsze.
Zamilkła, czekając na wyjaśnienia, jej wzrok zsunął się z jego twarzy na papier, który trzymał w ręce. To nie tak, że zapomniała o samej wiadomości - nie myślała o niej po prostu, pochłonięta innymi, drobnymi sprawami. I wcale nie była rozczarowana, że do nich nie przyszedł. Chyba wolałaby, żeby tego nie zrobił, tak jak wolałaby, żeby nie pracował w mugolskim Londynie, bo przecież cały jej majątek był majątkiem Zakonu i jego podopiecznych. Może nie wystarczył na kupienie połowy Londynu, ale już na załatwianie takich spraw jak najbardziej. Charlie zdawał się jej młody, za młody i zbyt zraniony na taką walkę, i zarazem trochę zbyt narwany, typowo po Gryfońsku.
Ale nie mogli trzymać go w zamknięciu, miał prawo nie chcieć przyjmować pieniędzy na drobne zachcianki, a ona tak naprawdę wcale nie była dużo starsza od niego. Pięć lat, tak wiele i tak mało. Działała w Zakonie od dwóch. Czy za dwa, trzy lata, Charles nagle stanie się doroślejszy niż teraz, skoro był dość dorosły, by być na Beltane?
Nie czekała na moment, w którym przyjdzie w tej sprawie, nie uważała, że nie miał prawa do odmowy czy przemyślenia tego pierwszego impulsu, zrodzonego z chęci zemsty, ale chyba spodziewała się, że ten prędzej czy później nastąpi.
Poza tym prawda była taka, że zawsze jest za młody, by umrzeć na wojnie, a potrzebowali ludzi.
- W tej sprawie chyba można mówić o za wcześnie niż za późno. Jesteś pewny?
Trochę gorzej było z tą na boku, bo rany od czarnej magii goiły się gorzej. Ale i z nią nie było już tak źle: mikstury i czary zrobiły swoje. Mimo to Brenna grzecznie leżała w łóżku, z Mesjaszem Diuny w dłoniach. Lubiła czytać. Lubiła Herberta, nawet jeśli nie wszystko w tych książkach rozumiała. Cieszyła się, że jest z powrotem w domu, nie w Klinice.
A jednak nerwy i tak ją roznosiły. Wciąż nie mieli nic o mordercy ze snów, poza tym, że mimo tych otwartych okien, nie dostawał się do domu ofiary w sposób fizyczny. Wczorajsza rozmowa w szpitalu momentami odbijała się echem w jej głowie, i w tych chwilach Brenna miała ochotę schować rzeczoną głowę pod poduszkę. W odruchu absolutnie niegodnym kogoś dorosłego, i jakby to miało pomóc uciec przed własną głupotą. A poza tym spała po tych wszystkich eliksirach chyba więcej niż przez ostatni miesiąc, spędziła w łóżku dwa dni i była pewna, że przy trzecim oszaleje - głównie dlatego zgodziła się odwiedzić Avelinę. Była na tyle rozsądna, że nie nalegała na powrót do pracy już jutro, póki nie upewni się, że rana na boku zniknie, ale co mogło stać się na mugolskiej wsi?
Uniosła głowę, gdy drzwi się uchyliły. Spodziewała się brata, matki albo Mav, ale posłała Charliemu uśmiech. Tak na pierwszy rzut oka nie wyglądała źle: ot bledsza niż zwykle, chyba wciąż zaspana i dało się zauważyć część opatrunku na barku, ale te widoczne obrażenia zostały wyleczone.
- Cześć, Jules - rzuciła. Tutaj, pośród ścian Warowni, w teorii mogłaby używać jego imienia. Ale nie chciała. Za łatwo byłoby potem wypowiedzieć je przy jakimś gościu. Za łatwo któryś z domowników mógłby zadawać więcej pytań, a niekoniecznie chciała od razu zwoływać zebranie z przedstawianiem całej biografii Rookwooda. Wiedzieli, że miał kłopoty, i tak naprawdę nie był żadnym dalekim krewnym, ale zakładała, że niekoniecznie powinni opowiadać wszystkim o szczegółach. Musiała przywyknąć do jego nowego imienia: on musiał do niego przywyknąć. - Zrobili wszystko, co mogli, a wlewać w siebie te wstrętne eliksiry równie dobrze mogę tutaj. Nie wierz tej propagandzie rekruterów BUM, że mamy zaklepane takie fajne łóżka w Mungu, nasze są wygodniejsze.
Zamilkła, czekając na wyjaśnienia, jej wzrok zsunął się z jego twarzy na papier, który trzymał w ręce. To nie tak, że zapomniała o samej wiadomości - nie myślała o niej po prostu, pochłonięta innymi, drobnymi sprawami. I wcale nie była rozczarowana, że do nich nie przyszedł. Chyba wolałaby, żeby tego nie zrobił, tak jak wolałaby, żeby nie pracował w mugolskim Londynie, bo przecież cały jej majątek był majątkiem Zakonu i jego podopiecznych. Może nie wystarczył na kupienie połowy Londynu, ale już na załatwianie takich spraw jak najbardziej. Charlie zdawał się jej młody, za młody i zbyt zraniony na taką walkę, i zarazem trochę zbyt narwany, typowo po Gryfońsku.
Ale nie mogli trzymać go w zamknięciu, miał prawo nie chcieć przyjmować pieniędzy na drobne zachcianki, a ona tak naprawdę wcale nie była dużo starsza od niego. Pięć lat, tak wiele i tak mało. Działała w Zakonie od dwóch. Czy za dwa, trzy lata, Charles nagle stanie się doroślejszy niż teraz, skoro był dość dorosły, by być na Beltane?
Nie czekała na moment, w którym przyjdzie w tej sprawie, nie uważała, że nie miał prawa do odmowy czy przemyślenia tego pierwszego impulsu, zrodzonego z chęci zemsty, ale chyba spodziewała się, że ten prędzej czy później nastąpi.
Poza tym prawda była taka, że zawsze jest za młody, by umrzeć na wojnie, a potrzebowali ludzi.
- W tej sprawie chyba można mówić o za wcześnie niż za późno. Jesteś pewny?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.