10.09.2024, 09:25 ✶
- Nic mi nie będzie - zapewniła Brenna krótko, pochylając się nad chłopakiem, próbując sprawdzić, czy oddychał. I zmięła w ustach przekleństwo, bo w pierwszej chwili zdało się jej, że nie… na szczęście ułamek sekundy później, mogłaby przysiąc, dostrzegła lekkie drgnienie klatki piersiowej.
Roy jednak, choć ewidentnie wciąż przerażony, usiadł powoli, rozglądając się. Jęczał coś o potworach, ale Brenna nie zwracała na to uwagi, podobnie jak na łkania, wciąż rozbrzmiewające w jej uszach, teraz dobiegający jakby z jednej z bocznych alejek. Łatwo było poskładać te podstawowe fakty: gówniarz coś warzył, wybuchło, albo oberwał, albo pod wpływem halucynacji zaczął rzucać zaklęcia, ktoś to zauważył i zgłosił lub... co bardziej prawdopodobne, bo Brenna nie sądziła, żeby jakiś czarodziej stał pod tym domem przypadkiem... ktoś był tutaj z nim, ale zdołał się teleportować, gdy zaczęło się zamieszanie. I anonimowo zgłosił "że coś się dzieje", zamiast przekazać pełne informacje, którymi mógłby sobie zaszkodzić.
Roya i Rogera dopadły opary.
A potem dopadły ją i Heather, tyle że już w na tyle małym natężeniu, że nie straciły przez nie przytomności… czy też zorientowały się dostatecznie szybko, aby się przed tym ochronić.
Głupi, głupi dzieciak, pomyślała Brenna, starając się udrożnić drogi oddechowe. Wyglądał, jakby był jeszcze uczniem, a jeśli nawet nie, to musiał niedawno ukończyć Hogwart. Oddychał może, ale słabo, blady był śmiertelnie, jego skóra była równie chłodna, jak Zimnych, puls praktycznie niewyczuwalny, i wcale nie była pewna, czy go z tego uda się odratować. Na razie ściągnęła płaszcz i narzuciła na niego, bo zdawał się wymarznięty.
I pod londyńskim niebem, na którym nie widać było gwiazd, słuchając bełkotania o potworach i płaczu z bocznej uliczki, pijackiego śpiewu dobiegającego gdzieś z dala, zanikającego czasem w huku samochodowych silników, pilnowała dwóch nieprzytomnych mężczyzn, czekając na pojawienie się wsparcia.
Szczęśliwego Lammas.
Roy jednak, choć ewidentnie wciąż przerażony, usiadł powoli, rozglądając się. Jęczał coś o potworach, ale Brenna nie zwracała na to uwagi, podobnie jak na łkania, wciąż rozbrzmiewające w jej uszach, teraz dobiegający jakby z jednej z bocznych alejek. Łatwo było poskładać te podstawowe fakty: gówniarz coś warzył, wybuchło, albo oberwał, albo pod wpływem halucynacji zaczął rzucać zaklęcia, ktoś to zauważył i zgłosił lub... co bardziej prawdopodobne, bo Brenna nie sądziła, żeby jakiś czarodziej stał pod tym domem przypadkiem... ktoś był tutaj z nim, ale zdołał się teleportować, gdy zaczęło się zamieszanie. I anonimowo zgłosił "że coś się dzieje", zamiast przekazać pełne informacje, którymi mógłby sobie zaszkodzić.
Roya i Rogera dopadły opary.
A potem dopadły ją i Heather, tyle że już w na tyle małym natężeniu, że nie straciły przez nie przytomności… czy też zorientowały się dostatecznie szybko, aby się przed tym ochronić.
Głupi, głupi dzieciak, pomyślała Brenna, starając się udrożnić drogi oddechowe. Wyglądał, jakby był jeszcze uczniem, a jeśli nawet nie, to musiał niedawno ukończyć Hogwart. Oddychał może, ale słabo, blady był śmiertelnie, jego skóra była równie chłodna, jak Zimnych, puls praktycznie niewyczuwalny, i wcale nie była pewna, czy go z tego uda się odratować. Na razie ściągnęła płaszcz i narzuciła na niego, bo zdawał się wymarznięty.
I pod londyńskim niebem, na którym nie widać było gwiazd, słuchając bełkotania o potworach i płaczu z bocznej uliczki, pijackiego śpiewu dobiegającego gdzieś z dala, zanikającego czasem w huku samochodowych silników, pilnowała dwóch nieprzytomnych mężczyzn, czekając na pojawienie się wsparcia.
Szczęśliwego Lammas.
Koniec sesji
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.