10.09.2024, 10:14 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.09.2024, 10:15 przez Brenna Longbottom.)
– Nie sądzę. Nie lubi mężczyzn, odkąd obraziła się na swojego narzeczonego za to, że notorycznie ją zdradzał – uparła się Brenna, może wygadując jakieś głupoty, a może mówiąc o jakimś prawdziwym duchu, a może coś jeszcze innego, ale skąd Ambroise mógłby to wiedzieć? – Greengrass? – spytała, przy okazji zdradzając, że owszem, nie jest mugolką. A jeśli on był… to nazwisko i tak będzie dla niego tylko nazwiskiem „tych dziwaków, co mają wielki ogród”, i w żaden sposób nie zdradzi niczego, co nie powinno.
Chociaż Brenna nie uważała Kniei za własność Greengrassów. Nie sądziła, by ten las należał do kogokolwiek poza samym sobą, nawet jeśli być może gdzieś tam w jakichś zapiskach stało, że te i te części puszczy należały do Greengrassów, a nawet do Ambroisa osobiście.
– Depczesz trawę. Masz na spodniach gałązkę jeżyn, musiałeś ją przypadkiem wyrwać, i chyba widzę pajęczynę na włosach, zniszczyłeś domek pająka. I jestem pewna, że zdeptałeś po drodze jakąś mrówkę – oświadczyła bezczelnie. Och, Brenna zawsze była dzieciakiem trochę pod pewnymi względami bezczelnym, a podrośnięcie wcale tego nie zmieniło. Nie zmienił tego i pierwszy rok w Brygadzie, nawet jeśli na początku byłeś żółtodziobem, którego wszyscy traktowali z góry – Brennie nie przeszkadzało, że ludzie patrzą na nią z wyższością, i nie naruszało to ani jej pogody ducha, ani tej pewnej, prawdopodobnie irytującej bezczelności. – Tak patrząc, to samo istnienie robi szkodników z nas obojga, co? Ale obiecuję, że nie będę nazywać tego drzewa mirabelką, skoro to miałoby zranić jego uczucia – przyrzekła, chociaż rzecz jasna nie miała pojęcia, czym jest do licha ałycza i czym się różni od mirabeli, a poza tym to Brenna po prostu lubiła jabłka. – Walka dwoma kijami jest dużo trudniejsza niż jednym, łatwiej zrobić sobie krzywdę niż komuś, jeśli nie wie się bardzo dobrze, jak uderzać, zwłaszcza jak są źle ułamane – pouczyła go, tak samo jak on ją chwilę temu, bo tak jak jego oburzało porównywanie ałyczy do mirabelki, tak ona wzdychała w duchu, że no hej, środek ciężkości, a poza tym co do zasady nie walczyło się dwiema długimi broniami w obu rękach, to był, czy raczej miał być w przyszłości wymysł mugolskich RPGów…
Zachwiała się, kiedy potrzasnął drzewem, a potem po prostu, by złapać równowagę przy tym niespodziewanym potrząśnięciu, zawisła na gałęzi na nogach, przytrzymała dłońmi i przekręciła w tył, by zeskoczyć w dół. Opadła na przyklęk, a potem wstała, otrzepując spodnie.
Niestety, przy okazji kolejne trzy jabłka, nienaruszone, opadły także na trawę i z chusteczki wysypały się jeżyny.
– No patrz, a te liście powinny zostać na drzewie jeszcze najmniej miesiąc, nie? – spytała, spoglądając na te obsypane przez to potrzaśnięcie listki i posłała mu uśmiech.
Chociaż Brenna nie uważała Kniei za własność Greengrassów. Nie sądziła, by ten las należał do kogokolwiek poza samym sobą, nawet jeśli być może gdzieś tam w jakichś zapiskach stało, że te i te części puszczy należały do Greengrassów, a nawet do Ambroisa osobiście.
– Depczesz trawę. Masz na spodniach gałązkę jeżyn, musiałeś ją przypadkiem wyrwać, i chyba widzę pajęczynę na włosach, zniszczyłeś domek pająka. I jestem pewna, że zdeptałeś po drodze jakąś mrówkę – oświadczyła bezczelnie. Och, Brenna zawsze była dzieciakiem trochę pod pewnymi względami bezczelnym, a podrośnięcie wcale tego nie zmieniło. Nie zmienił tego i pierwszy rok w Brygadzie, nawet jeśli na początku byłeś żółtodziobem, którego wszyscy traktowali z góry – Brennie nie przeszkadzało, że ludzie patrzą na nią z wyższością, i nie naruszało to ani jej pogody ducha, ani tej pewnej, prawdopodobnie irytującej bezczelności. – Tak patrząc, to samo istnienie robi szkodników z nas obojga, co? Ale obiecuję, że nie będę nazywać tego drzewa mirabelką, skoro to miałoby zranić jego uczucia – przyrzekła, chociaż rzecz jasna nie miała pojęcia, czym jest do licha ałycza i czym się różni od mirabeli, a poza tym to Brenna po prostu lubiła jabłka. – Walka dwoma kijami jest dużo trudniejsza niż jednym, łatwiej zrobić sobie krzywdę niż komuś, jeśli nie wie się bardzo dobrze, jak uderzać, zwłaszcza jak są źle ułamane – pouczyła go, tak samo jak on ją chwilę temu, bo tak jak jego oburzało porównywanie ałyczy do mirabelki, tak ona wzdychała w duchu, że no hej, środek ciężkości, a poza tym co do zasady nie walczyło się dwiema długimi broniami w obu rękach, to był, czy raczej miał być w przyszłości wymysł mugolskich RPGów…
Zachwiała się, kiedy potrzasnął drzewem, a potem po prostu, by złapać równowagę przy tym niespodziewanym potrząśnięciu, zawisła na gałęzi na nogach, przytrzymała dłońmi i przekręciła w tył, by zeskoczyć w dół. Opadła na przyklęk, a potem wstała, otrzepując spodnie.
Niestety, przy okazji kolejne trzy jabłka, nienaruszone, opadły także na trawę i z chusteczki wysypały się jeżyny.
– No patrz, a te liście powinny zostać na drzewie jeszcze najmniej miesiąc, nie? – spytała, spoglądając na te obsypane przez to potrzaśnięcie listki i posłała mu uśmiech.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.