10.09.2024, 13:58 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.09.2024, 14:04 przez Brenna Longbottom.)
– No drzwi dalej byłyby przeklęte, ale nikt by w nie nie pukał przed południem – wyjaśniła Brenna swoją logikę, dalej pałaszując naleśnika. Że to nie zdjęłoby klątwy to mogła odgadnąć, ale jakby umieścić drzwi gdzieś, gdzie w nie nikt nie zapuka aż do dwunastej… – Nie odwracaj kota ogonem – powiedziała i dźgnęła go lekko palcem w ramię. – Wiem, że jesteś bardzo dobrym klątwołamaczem.
Ale był na drugim końcu globu, no i moc piątków trzynastego wiodła ją gdzieś indziej. Poza tym Thomas był raczej nastawiony właśnie na zdejmowanie przekleństw z drzwi czy z przedmiotów znalezionych w amazońskiej dżungli, natomiast ona czasem potrzebowała uzdrowiciela – bo niestety w parze z klątwami nieraz szły także różne obrażenia i inne nieprzyjemne skutki zaklęć, do których już trzeba by uzdrowiciela… Ale tak ogółem, to Brenna uważała, że ma sporo szczęścia, bo uzdrowicielkę i – już – wkrótce – klątwołamaczkę miała pod jednym dachem (i nie miała pojęcia, że zmieni się to już w kolejnym roku), przyjaźniła się z Thomasem, a i w te piątki zawsze napataczał się Basilius.
– Hej, wcale nie. To znaczy, najpierw nie wpadłam na to, że to klątwa, a naprawdę nic mi się nie stało, uniknęłam tego drzewa, studni, nie dźgnął mnie tym nożem i tak dalej… ale jak nam dyżurny uzdrowiciel powiedział, że klątwa i że do Munga, to się nie kłóciłam. Czasem zachowuję się, jakbym miała więcej niż siedem lat, słowo – parsknęła Brenna, przewracając przy tym oczyma. Bywała rozgadana, bywało, że opowiadała naprawdę straszliwe głupoty, i że w ogóle pajacowała, i pewnie mając gorączkę zapewniałaby, że tutaj jest tylko tak ciepło (na szczęście rzadko chorowała), ale jednak jak klątwa mogła ją zabić albo skrzywdzić kogoś obok, to grzecznie szła do klątwołamacza.
Po prostu nie chciała brać L4 na kolejny dzień, bo skoro ją już zdjęto, to niby po co, tak?
– Swoją drogą, oberwałam nią w Little Hangleton. Czasem mam wrażenie, że całe to miasteczko jest przeklęte, jakąś taką wymyślną klątwą, że nawet żaden klątwołamacz nie może za bardzo jej złamać czy diagnozować – dodała, i zamilkła, przeżuwając resztę naleśnika. – Cieszę się, że Basilius nie oberwał rykoszetem. Ale omal nie spadła na mnie lampa, jak zdejmował klątwę. A jeden jego eliksir zaczął nagle kipieć.
Brenna od tamtej pory nabrała zwyczaju sprawdzania w piątki trzynastego, czy lampy się nie urwą, a krzesło, na którym planuje usiąść, nie zapadnie.
Zamarła na moment, omal nie zakrztusiła się ostatnim kawałkiem naleśnika, kiedy Thomas wspomniał o tych butach i wbiła w niego bardzo uważne spojrzenie ciemnych oczu. Wiedziała niby, że nie wszystkie klątwy są śmiertelne, ale to… to brzmiało jak genialne, straszne i zarazem absolutnie niemożliwe.
– Poważnie? – spytała, tak trochę podejrzliwie. – Nie wkręcasz mnie z tym?
Odruchowo opuściła wzrok na jego buty, chociaż wątpiła, aby to były te same, na które zaczaiły się koty, przywabione klątwą Bastet.
– O, twoja siostra umie robić takie ciastka. To znaczy nie zamieniające w kota, ale sprawiające, że przez jakiś czas stoisz i miauczysz – powiedziała Brenna, uśmiechając się do niego. – Może zainspirowała się do nich starożytnymi klątwami kapłanek Bast. A o Tutetchamonie to nawet ja słyszałam, podobno wybiła wszystkich, którzy tam weszli, czytałam o tym w jakiejś mugolskiej książce…
Chciała chyba powiedzieć coś jeszcze, ale… kobieta z sępem wstała nagle od sąsiedniego stolika, i ruszyła w ich stronę. Znowu. Brenna uniosła oczy ku sufitowi, westchnęła, a potem opuściła wzrok najpierw na swój talerz, a potem Thomasa. Zdążyli praktycznie zjeść, a chociaż chętnie posiedziałaby sobie jeszcze tutaj przy filiżance ciepłej herbaty, to uznała, że woli jednak spacer na mrozie niż ponowne wykłady na temat tego, że ludzie powinni być równi.
Powinni.
Ale nigdy nie będą.
Brenna nie była aż taką idealistką, by tego nie wiedzieć: wolała się więc skupiać w tej chwili na tym, aby zadbać o to, by nikt z powodu statusu krwi czarodzieja nie mordował. A jeżeli Pani Księżyca da, i uda się z tym uporać, to zacząć się starać bardziej o równe szanse dla uboższych dzieciaków i dla mugolskich pracowników. Gadanina tutaj jednak nic w tym na pewno nie pomoże.
– Co ty na to, żeby się przejść po parku? – zaproponowała Brenna, wyciągając z kieszeni portfel i rzucając zapłatę na stół. – Tam nie ma żadnych sępów – dodała, wstając i pociągnęła go do wyjścia.
Ale był na drugim końcu globu, no i moc piątków trzynastego wiodła ją gdzieś indziej. Poza tym Thomas był raczej nastawiony właśnie na zdejmowanie przekleństw z drzwi czy z przedmiotów znalezionych w amazońskiej dżungli, natomiast ona czasem potrzebowała uzdrowiciela – bo niestety w parze z klątwami nieraz szły także różne obrażenia i inne nieprzyjemne skutki zaklęć, do których już trzeba by uzdrowiciela… Ale tak ogółem, to Brenna uważała, że ma sporo szczęścia, bo uzdrowicielkę i – już – wkrótce – klątwołamaczkę miała pod jednym dachem (i nie miała pojęcia, że zmieni się to już w kolejnym roku), przyjaźniła się z Thomasem, a i w te piątki zawsze napataczał się Basilius.
– Hej, wcale nie. To znaczy, najpierw nie wpadłam na to, że to klątwa, a naprawdę nic mi się nie stało, uniknęłam tego drzewa, studni, nie dźgnął mnie tym nożem i tak dalej… ale jak nam dyżurny uzdrowiciel powiedział, że klątwa i że do Munga, to się nie kłóciłam. Czasem zachowuję się, jakbym miała więcej niż siedem lat, słowo – parsknęła Brenna, przewracając przy tym oczyma. Bywała rozgadana, bywało, że opowiadała naprawdę straszliwe głupoty, i że w ogóle pajacowała, i pewnie mając gorączkę zapewniałaby, że tutaj jest tylko tak ciepło (na szczęście rzadko chorowała), ale jednak jak klątwa mogła ją zabić albo skrzywdzić kogoś obok, to grzecznie szła do klątwołamacza.
Po prostu nie chciała brać L4 na kolejny dzień, bo skoro ją już zdjęto, to niby po co, tak?
– Swoją drogą, oberwałam nią w Little Hangleton. Czasem mam wrażenie, że całe to miasteczko jest przeklęte, jakąś taką wymyślną klątwą, że nawet żaden klątwołamacz nie może za bardzo jej złamać czy diagnozować – dodała, i zamilkła, przeżuwając resztę naleśnika. – Cieszę się, że Basilius nie oberwał rykoszetem. Ale omal nie spadła na mnie lampa, jak zdejmował klątwę. A jeden jego eliksir zaczął nagle kipieć.
Brenna od tamtej pory nabrała zwyczaju sprawdzania w piątki trzynastego, czy lampy się nie urwą, a krzesło, na którym planuje usiąść, nie zapadnie.
Zamarła na moment, omal nie zakrztusiła się ostatnim kawałkiem naleśnika, kiedy Thomas wspomniał o tych butach i wbiła w niego bardzo uważne spojrzenie ciemnych oczu. Wiedziała niby, że nie wszystkie klątwy są śmiertelne, ale to… to brzmiało jak genialne, straszne i zarazem absolutnie niemożliwe.
– Poważnie? – spytała, tak trochę podejrzliwie. – Nie wkręcasz mnie z tym?
Odruchowo opuściła wzrok na jego buty, chociaż wątpiła, aby to były te same, na które zaczaiły się koty, przywabione klątwą Bastet.
– O, twoja siostra umie robić takie ciastka. To znaczy nie zamieniające w kota, ale sprawiające, że przez jakiś czas stoisz i miauczysz – powiedziała Brenna, uśmiechając się do niego. – Może zainspirowała się do nich starożytnymi klątwami kapłanek Bast. A o Tutetchamonie to nawet ja słyszałam, podobno wybiła wszystkich, którzy tam weszli, czytałam o tym w jakiejś mugolskiej książce…
Chciała chyba powiedzieć coś jeszcze, ale… kobieta z sępem wstała nagle od sąsiedniego stolika, i ruszyła w ich stronę. Znowu. Brenna uniosła oczy ku sufitowi, westchnęła, a potem opuściła wzrok najpierw na swój talerz, a potem Thomasa. Zdążyli praktycznie zjeść, a chociaż chętnie posiedziałaby sobie jeszcze tutaj przy filiżance ciepłej herbaty, to uznała, że woli jednak spacer na mrozie niż ponowne wykłady na temat tego, że ludzie powinni być równi.
Powinni.
Ale nigdy nie będą.
Brenna nie była aż taką idealistką, by tego nie wiedzieć: wolała się więc skupiać w tej chwili na tym, aby zadbać o to, by nikt z powodu statusu krwi czarodzieja nie mordował. A jeżeli Pani Księżyca da, i uda się z tym uporać, to zacząć się starać bardziej o równe szanse dla uboższych dzieciaków i dla mugolskich pracowników. Gadanina tutaj jednak nic w tym na pewno nie pomoże.
– Co ty na to, żeby się przejść po parku? – zaproponowała Brenna, wyciągając z kieszeni portfel i rzucając zapłatę na stół. – Tam nie ma żadnych sępów – dodała, wstając i pociągnęła go do wyjścia.
Koniec sesji
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.