10.09.2024, 15:39 ✶
– Masz absolutnie nieaktualne informacje. To opakowanie gum, przeklętych w dodatku, przecież podarował jej właśnie narzeczony, w okrutnym planie sprawienia, że się zakrztusi i umrze, a poza tym była na niego zła za zdrady, a nie za to, że ją zabił. To teraz chodzi po lesie i szuka go, by go przekląć, ale że on od dawna nie żyje, to przeklina przypadkowych mężczyzn, którzy jej go przypominają – odparła Brenna bez choćby sekundy zawahania, wyrzucając z siebie kolejne słowa tak szybko, że prawie się ze sobą zlewały: jakby jej usta ledwo nadążały za myślami. Albo jakby właściwie w ogóle gadała jeszcze, zanim pomyśli, u niej to było bardzo prawdopodobne. Absurdalne rozmowy? Lubiła absurdalne rozmowy. Ich kontynuowanie przychodziło jej naturalnie, niektórzy mieli talent do eliksirów, inni do uwodzenia ludzi, a ona do plecenia totalnych bzdur. Pewne zrównoważenie i rozsądek dopiero zaczynały powoli wbijać się do jej głowy, ale teraz, w szacownym wieku lat dziewiętnastu, jeszcze się nie do końca ucywilizowała… no dobrze. Tak do końca to chyba nigdy nie miała się ucywilizować.
Nie podała swojego nazwiska. Może nie wyłapała tego ruchu i pytającego spojrzenia, może nie zinterpretowała ich poprawnie, może zrobiła to absolutnie celowo.
– W takim razie ja łamię te kruche gałązki, żeby drzewo nie traciło sił na utrzymywanie ich przy życiu, jak może skupić się na tych silniejszych – odparowała, plotąc rzecz jasna bzdury, a raczej nie mając pojęcia, czy plecie bzdury, czy przypadkiem trafiła. Bo tak jak znała się na wykorzystywaniu broni, owszem, i na łażeniu po drzewach, tak absolutnie nie znała się na roślinach i nie miała pojęcia, jak właściwie działa to całe wzmacnianie się trawy ani drzew. Kochała las, ale ta miłość nie objawiała się chęcią sięgania po atlasy przyrodnicze ani usunięcia z niego samej siebie, żeby przypadkiem nie zaszkodzić roślinności. – To pająki nie zżerają tych wszystkich owadów, co szkodzą drzewom? – spytała, i wyglądało to pewnie tak, jakby wchodziła w dyskusję, ale nawet jeżeli może trochę miała takie intencje, to tak naprawdę nie – miała – pojęcia. Wiedziała, że zjadały muchy. Nie wiedziała, czy zjadały jeszcze jakiejś inne, w rodzaju korników, chociaż jak o tym pomyślała (a zastanowiła się nad tym pierwszy raz w życiu) to może i miało to trochę sensu.
– Postaram się zapamiętać – obiecała z powagą i przykucnęła, aby podnieść jedno z jabłek i wytrzeć je z ziemi o bluzę. Obiło się trochę, ale cóż, dalej powinno być jadalne. – A potem znowu na nią wejdę, żeby zobaczyć, czy mi przypadną do gustu – dodała jeszcze. Z przekory…? Nie w tym wypadku: n a p r a w d ę uznała, że chce sprawdzić, czy miał rację, i czy okażą się niby dla niej za gorzkie, chociaż przy tym, ile Brenna jadła i jak w tym była mało wybredna, istniała spora szansa, że faktycznie nie będzie narzekać.
– Mężczyźni potrząsający pniami też nie są naturalni. I jak złamałam jakąś gałąź, to też poleciałaby przy najbliższej, zupełnie naturalnej wichurze. Znaczy się naturalnej, jeżeli nie wywołałaby jej jakaś bardzo wściekła Macmillanówna, nakarmiona morderczymi gumami do żucia – oświadczyła Brenna i ugryzła jabłko, które chwilę temu obracała w dłoni. Przypatrywała się mu jeszcze przez moment uważnie, ale utwierdziła się w myśli, że nie, nie zna go: kojarzyła paru Greengrassów, najwyraźniej jednak z zupełnie innej „gałęzi” tego drzewa.
Nie podała swojego nazwiska. Może nie wyłapała tego ruchu i pytającego spojrzenia, może nie zinterpretowała ich poprawnie, może zrobiła to absolutnie celowo.
– W takim razie ja łamię te kruche gałązki, żeby drzewo nie traciło sił na utrzymywanie ich przy życiu, jak może skupić się na tych silniejszych – odparowała, plotąc rzecz jasna bzdury, a raczej nie mając pojęcia, czy plecie bzdury, czy przypadkiem trafiła. Bo tak jak znała się na wykorzystywaniu broni, owszem, i na łażeniu po drzewach, tak absolutnie nie znała się na roślinach i nie miała pojęcia, jak właściwie działa to całe wzmacnianie się trawy ani drzew. Kochała las, ale ta miłość nie objawiała się chęcią sięgania po atlasy przyrodnicze ani usunięcia z niego samej siebie, żeby przypadkiem nie zaszkodzić roślinności. – To pająki nie zżerają tych wszystkich owadów, co szkodzą drzewom? – spytała, i wyglądało to pewnie tak, jakby wchodziła w dyskusję, ale nawet jeżeli może trochę miała takie intencje, to tak naprawdę nie – miała – pojęcia. Wiedziała, że zjadały muchy. Nie wiedziała, czy zjadały jeszcze jakiejś inne, w rodzaju korników, chociaż jak o tym pomyślała (a zastanowiła się nad tym pierwszy raz w życiu) to może i miało to trochę sensu.
– Postaram się zapamiętać – obiecała z powagą i przykucnęła, aby podnieść jedno z jabłek i wytrzeć je z ziemi o bluzę. Obiło się trochę, ale cóż, dalej powinno być jadalne. – A potem znowu na nią wejdę, żeby zobaczyć, czy mi przypadną do gustu – dodała jeszcze. Z przekory…? Nie w tym wypadku: n a p r a w d ę uznała, że chce sprawdzić, czy miał rację, i czy okażą się niby dla niej za gorzkie, chociaż przy tym, ile Brenna jadła i jak w tym była mało wybredna, istniała spora szansa, że faktycznie nie będzie narzekać.
– Mężczyźni potrząsający pniami też nie są naturalni. I jak złamałam jakąś gałąź, to też poleciałaby przy najbliższej, zupełnie naturalnej wichurze. Znaczy się naturalnej, jeżeli nie wywołałaby jej jakaś bardzo wściekła Macmillanówna, nakarmiona morderczymi gumami do żucia – oświadczyła Brenna i ugryzła jabłko, które chwilę temu obracała w dłoni. Przypatrywała się mu jeszcze przez moment uważnie, ale utwierdziła się w myśli, że nie, nie zna go: kojarzyła paru Greengrassów, najwyraźniej jednak z zupełnie innej „gałęzi” tego drzewa.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.