- Tak się składa, że większość jest mi nieznana. - Jasne, potrafiła rozpoznać podstawowe gatunki, które rosły w lasach, wiedziała, co może ją poparzyć, czy skrzywdzić, ale tutaj było inaczej. Czuła się jakby była zamknięta w klatce, na zewnątrz zdecydowanie było łatwiej uciec od nieznanego. Mogło to być nawet uznane trochę za ignorancję, ale nie zamierzała sobie zaśmiecać głowy poznawaniem gatunków roślin, nie ponad to ile tej wiedzy potrzebowała.
Nie bała się dzikiej natury, a tego co mogło zostać stworzone przez człowieka, może w tym był pies pogrzebany.
- Myślę, że obeszłoby się i bez doświadczenia. - Dobicie nie wydawało się być czymś trudnym. Sama pewnie by to zrobiła, może nie w taki cywilizowany sposób jak Ambroise, pewnie po prostu wbiłaby mu sztylet w głowę, bo to działało na wszystkie istniejące stworzenia, nawet ludzi. W końcu też byli zwierzętami. Jeden odpowiedni ruch zapewne zakończyłby jego istnienie. Zastanawiała się nad tym, czy faktycznie byłaby w stanie wtedy sięgnąć po rękojeść i bez zawahania wbić mu ostrze tam, gdzie powinna. Pewnie tak, ale sporo by to ją kosztowało. Zresztą nawet teraz wydawało się, że odpowiedzialność była równa. Ona też miała krew na rękach, chociaż nie wbiła tego sztyletu. Podjęli wspólną decyzję, taką, a nie inną, mężczyzna nie żył. Nie było o czym dyskutować.
- Myślałam, że stać cię na więcej. - Powiedziała nieco rozczarowanym tonem. Próbowała trochę z nim pogrywać, wzbudzić w jego oczach tę iskrę, którą znała. Chciała zobaczyć, czy nie zgasła na zawsze przez to, co się wydarzyło. Najwyraźniej póki co, nie mogła spodziewać się cudów. Rana była dosyć świeża, pewnie kiedyś się zabliźni.
- Może nie są zbyt wysokie, ale wystarczające. - Nie miała szczególnie wielkich oczekiwań. Szczególnie teraz. Co innego jej pozostawało? Powiedziała, że będzie na uboczu, nie mogła zatracić się w tym, co kochała najbardziej, w przemocy, wybrała więc drugą opcję - alkohol. Zawsze mogło być gorzej, alkohol nie wydawał się jej być niebezpieczny dopóki piła w samotności, w swoim mieszkaniu. W innym przypadku mógł być wrogiem, a nie sprzymierzeńcem, bo rozplątywał język, zachęcał do destrukcyjnych zachowań. Z dala od ludzi, w swojej jaskini po prostu chlała i spała, nic szczególnie absorbującego i szkodliwego. Ciekawe, kiedy i to się jej znudzi.
- To co wiem, usłyszałam na Nokturnie. - Może nie powinna mówić, że się tam pojawiła, ale wolała, żeby wiedział skąd zaczerpnęła swoich informacji. To mogło powiedzieć im coś o tym, kto mógł szukać Rosiera. Liczyła na to, że Ambroise nie przyczepi się do tego, że tam polazła. Nie zamierzała mu się tłumaczyć ze swojego zachowania. Musiała wiedzieć, a że miała asa w rękawie o którym prawie nikt nie wiedział, to mogła sobie na to pozwolić.
- Ach tak, wspominali o gazetach, dziwne, że nigdy nie widziałam go na Pokątnej. - Albo po prostu nie zwróciła uwagi, Farciarz nie wyglądał jak ktoś, kto wbudziłby zainteresowanie panny Yaxley.
Zmrużyła oczy, nie zrozumiała o co mu chodzi, bo w ogóle nie zakładała takiej możliwości. To nie mogło być sedno problemu, nie chodziło o Rosierów, była tego niemalże pewna. Na co im błotoryj? - Nie ma szans, żeby chodziło o modę. - Ton jej głosu był bardzo pewny, to nie tak, że szczególnie znała się na modzie, ale to nie mogło być to.
- Feniksy, smoki, gromoptaki, na pewno nie błotoryje. - Zaczęła wymieniać stworzenia, które mogły wydawać się atrakcyjne dla rodziny projektantów. - Czy właściwie widziałeś kiedykolwiek błotoryja? - Zapytała sięgając po butelkę z alkoholem. - To nie są szczególnie odpowiednie materiały do szycia ubrań, a do tego są brzydkie. Tu na pewno nie chodziło o modę. - Nadal w to brnęła. - Bardziej jakiś twórca eliksirów, czy kaletnik, gwarantuję, że nie był przeznaczony do tego, żeby zrobić z niego ubrania. - Nie chodziło o rodzinę trupa, to zlecenie nie mogło być dla nich, przynajmniej miała taką nadzieję, wolała nie zadzierać z arystokracją.