11.09.2024, 14:34 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.09.2024, 14:45 przez Brenna Longbottom.)
Brenna drgnęła, a coś skręciło się boleśnie w jej wnętrzu, gdy usłyszała znajomy głosik. Pamiętała Maddie: jak mogłaby ją zapomnieć? Widziała ją jako ducha i jako małą dziewczynkę. Dzieciaka, który gdyby zszedł z pokładu tego statku żywy, pewnego dnia trafiłby do Hogwartu i – była pewna – do Gryffindoru, bo ktoś tak odważny nie mógł trafić do innego Domu. Którego życie zakończyła wariatka, bawiąca się życiem i śmiercią, i którego ducha dręczyła przez całe dekady.
Maddie była tam, samotna w ciemnościach, na dnie oceanu, a do Brenny, wciąż tkwiącej we władzy samotniczek, teraz naprawdę dobrze docierało, jak musiała się tam czuć.
Nie miała pojęcia, o kim mówiła istota, nie znała przecież planów tamtej dwójki hazardzistów. Nie rozumiała, o co go oskarżało stworzenie, ale sam głos Maddie, nawet bez spojrzenia na jej twarz – nie, nie chciała na tę patrzeć – wystarczał, aby ją poruszyć.
Napis zalśnił, ale nie zdawał się teraz Brennie wyrazem wspaniałomyślności. Wolała złościć się na Lavinię, niż poddać się strachowi, a ta złość była łatwa – poddanie? Cudowna myśl, zwłaszcza że w tej pierwszej chwili istota usiłowała udusić Atreusa. Gdy jednak duch zdawał się skupiać już nie na niej, a na nim, gdzieś do umysłu, tańczącego wciąż na skraju paniki, dotarło, że wyjścia były w tej chwili dwa. Zniszczyć to cholerne lustro albo spróbować zmusić aurora, aby on też przestał myśleć o tych strachach, wyciągniętych z dna duszy i liczyć, że to podziała.
Było w tym coś zabawnego, że kiedyś, siedząc z Thomasem w kawiarni, wspominała o zniszczeniu drzwi zamiast zdejmowania z nich klątwy – i kojarzyło się jej to z węzłem i mieczem Alexandra, który postanowił, że nie będzie rozplątywał sznura.
Kusiło ją rozwalenie tego lustra. Bardzo chciała coś rozwalić. Ale to mogła zrobić, jeśli druga metoda nie zadziała, a istniała szansa, że tu zwyczajnie utkną, gdy ucieknie się do tak drastycznych metod.
W porządku, a więc najpierw opcja numer dwa.
– Atreus, zostaw to coś. Po prostu zostaw – zażądała, ruszając w jego stronę, mając wielką nadzieję, że sama zaraz nie dostanie w twarz. – Nie jest prawdziwa. – Doskonale wiedziała, że strach był prawdziwy. Dla niej prawdziwe było Beltane, i wszystko co stało się tuż po nim, prochy w aurorskim mundurze, krew Heather na rękach, łzy ducha, któremu szeptała, że musi pójść dalej, szczątki ciał znoszone do namiotu, wuj chwiejący się na nogach naprzeciwko śmierciożercy, walczący z nim do samego końca. Była prawdziwa świadomość, że to się powtórzy: i że nie mogła zrobić z tym niczego, a byli tacy, którzy ufali, że się do tego przygotuje. Dla niego prawdziwe były i jego strachy, cokolwiek widział, o czymkolwiek myślał, kiedy patrzył na te zmieniające się twarze. Naprawdę nie była w stanie, który pozwoliłby na poskładanie tego i dojście do jakichś logicznych wniosków, nawet jeśli w teorii stanowiska detektywa nie dali jej tylko za nazwisko.
W tej chwili myślała, że skoro w poddaniu zwycięstwo - co za absolutna bzdura - to może tutaj trzeba było spróbować za tym pójść.
– Nie wyjdziemy stąd, bijąc się z nią – powiedziała, próbując chwycić go za przedramię, zmusić do tego, by się odwrócił przestał patrzeć na… to coś. Stwora, zaklęcie, dziwaczny wytwór pokręconej Lavinii Bulstrode, która zapewne zainspirowała się boginami.
A boginy żywiły się strachem i dzięki niemu tylko stawały silniejsze.
Maddie była tam, samotna w ciemnościach, na dnie oceanu, a do Brenny, wciąż tkwiącej we władzy samotniczek, teraz naprawdę dobrze docierało, jak musiała się tam czuć.
Nie miała pojęcia, o kim mówiła istota, nie znała przecież planów tamtej dwójki hazardzistów. Nie rozumiała, o co go oskarżało stworzenie, ale sam głos Maddie, nawet bez spojrzenia na jej twarz – nie, nie chciała na tę patrzeć – wystarczał, aby ją poruszyć.
Napis zalśnił, ale nie zdawał się teraz Brennie wyrazem wspaniałomyślności. Wolała złościć się na Lavinię, niż poddać się strachowi, a ta złość była łatwa – poddanie? Cudowna myśl, zwłaszcza że w tej pierwszej chwili istota usiłowała udusić Atreusa. Gdy jednak duch zdawał się skupiać już nie na niej, a na nim, gdzieś do umysłu, tańczącego wciąż na skraju paniki, dotarło, że wyjścia były w tej chwili dwa. Zniszczyć to cholerne lustro albo spróbować zmusić aurora, aby on też przestał myśleć o tych strachach, wyciągniętych z dna duszy i liczyć, że to podziała.
Było w tym coś zabawnego, że kiedyś, siedząc z Thomasem w kawiarni, wspominała o zniszczeniu drzwi zamiast zdejmowania z nich klątwy – i kojarzyło się jej to z węzłem i mieczem Alexandra, który postanowił, że nie będzie rozplątywał sznura.
Kusiło ją rozwalenie tego lustra. Bardzo chciała coś rozwalić. Ale to mogła zrobić, jeśli druga metoda nie zadziała, a istniała szansa, że tu zwyczajnie utkną, gdy ucieknie się do tak drastycznych metod.
W porządku, a więc najpierw opcja numer dwa.
– Atreus, zostaw to coś. Po prostu zostaw – zażądała, ruszając w jego stronę, mając wielką nadzieję, że sama zaraz nie dostanie w twarz. – Nie jest prawdziwa. – Doskonale wiedziała, że strach był prawdziwy. Dla niej prawdziwe było Beltane, i wszystko co stało się tuż po nim, prochy w aurorskim mundurze, krew Heather na rękach, łzy ducha, któremu szeptała, że musi pójść dalej, szczątki ciał znoszone do namiotu, wuj chwiejący się na nogach naprzeciwko śmierciożercy, walczący z nim do samego końca. Była prawdziwa świadomość, że to się powtórzy: i że nie mogła zrobić z tym niczego, a byli tacy, którzy ufali, że się do tego przygotuje. Dla niego prawdziwe były i jego strachy, cokolwiek widział, o czymkolwiek myślał, kiedy patrzył na te zmieniające się twarze. Naprawdę nie była w stanie, który pozwoliłby na poskładanie tego i dojście do jakichś logicznych wniosków, nawet jeśli w teorii stanowiska detektywa nie dali jej tylko za nazwisko.
W tej chwili myślała, że skoro w poddaniu zwycięstwo - co za absolutna bzdura - to może tutaj trzeba było spróbować za tym pójść.
– Nie wyjdziemy stąd, bijąc się z nią – powiedziała, próbując chwycić go za przedramię, zmusić do tego, by się odwrócił przestał patrzeć na… to coś. Stwora, zaklęcie, dziwaczny wytwór pokręconej Lavinii Bulstrode, która zapewne zainspirowała się boginami.
A boginy żywiły się strachem i dzięki niemu tylko stawały silniejsze.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.