11.09.2024, 16:18 ✶
To był jego szczęśliwy dzień.
Chociaż wciąż przyuczał się do nowego zawodu i spędzał w gabinecie Annaleigh zbyt dużo czasu chcąc poznać wszystkie tajniki pracy dla doktor Dolohov jak najszybciej, to opłacało się, bo po godzinach mógł spotkać się nie tylko z jedną współpracownicą, ale nawet z dwiema! I nie miało większego znaczenia to, że pracowały we wrogim obozie (zaczął łapać się w konfliktach domu Dolohovów), a Lyssa była przecież jego kuzynką (i chyba nim gardziła). Scylla ratowała sprawę, bo była śliczna, urocza (i nieco dziwna), a dzięki nieparzystej liczbie uczestników kolacji nie znaczyło, że są na spotkaniu sam na sam, niczym na randce. Zważając na ich czystokrwiste pochodzenie, Lyssa mogłaby być uznana za przyzwoitkę, lecz... Lecz Charlie, jak spostrzegł, za dużo o tym myślał. To było spotkanie współpracowników. Przyjaciół, może. Częściowo nawet krewnych. Z drugiej strony, zważając na zawiłości w rodowych genealogiach, Scylla też z pewnością była spokrewniona z nimi w którymś pokoleniu. Spotkali się więc rodzinnie.
Nie zastanawiał się nad przeszłością. Lammas i wywiad do Czarownicy został już gdzieś daleko za nim i zaczął nowy rozdział dzięki tacie, wujowi Anthony'emu i pani Annaleigh, a także Rodolphosowi, który bardzo uprzejmie (i czule) udzielił mu wsparcia. Nie miały znaczenia penisoświeczki ani złość wuja. Wszystko zaczynało ponownie wtaczać się na odpowiednie tory, powoli, lecz stabilnie, jak parowóz na ten niedorzeczny magiczny peron. Było znów dobrze, ale tylko przez moment, bo Charles zaczął zdawać sobie sprawę z wysokości rachunku, jaki przyjdzie mu zapłacić za wygody Lyssy i Scylli.
To był jego nieszczęśliwy dzień.
Restauracja była droga, a Charlie ledwie zaczął pracę i chociaż miał resztki oszczędności, jego portfel zapłakał na samą myśl o płaceniu za kobiety. Nie przyjął jednak innej możliwości, gdy był przecież dżentelmenem. Musiał wysupłać ostatnie galeony, by zapłacić, najwyżej zadłuży się u Peregrinusa. Kolega z pewnością go poratuje.
Przynajmniej kobiety były dobrym towarzystwem i Charlie miał dobry nastrój, gdy rozmawiał z nimi przy cieście. Opuścił widelczyk na porcelanę.
- Z czego można jeszcze wróżyć? Udałoby ci się zobaczyć coś w okruszkach po cieście?
Na talerzyku miał resztki okruszków i czerwone fragmenty musu z malin. Pyszny deser, choć nieco zbyt słodki.
Chociaż wciąż przyuczał się do nowego zawodu i spędzał w gabinecie Annaleigh zbyt dużo czasu chcąc poznać wszystkie tajniki pracy dla doktor Dolohov jak najszybciej, to opłacało się, bo po godzinach mógł spotkać się nie tylko z jedną współpracownicą, ale nawet z dwiema! I nie miało większego znaczenia to, że pracowały we wrogim obozie (zaczął łapać się w konfliktach domu Dolohovów), a Lyssa była przecież jego kuzynką (i chyba nim gardziła). Scylla ratowała sprawę, bo była śliczna, urocza (i nieco dziwna), a dzięki nieparzystej liczbie uczestników kolacji nie znaczyło, że są na spotkaniu sam na sam, niczym na randce. Zważając na ich czystokrwiste pochodzenie, Lyssa mogłaby być uznana za przyzwoitkę, lecz... Lecz Charlie, jak spostrzegł, za dużo o tym myślał. To było spotkanie współpracowników. Przyjaciół, może. Częściowo nawet krewnych. Z drugiej strony, zważając na zawiłości w rodowych genealogiach, Scylla też z pewnością była spokrewniona z nimi w którymś pokoleniu. Spotkali się więc rodzinnie.
Nie zastanawiał się nad przeszłością. Lammas i wywiad do Czarownicy został już gdzieś daleko za nim i zaczął nowy rozdział dzięki tacie, wujowi Anthony'emu i pani Annaleigh, a także Rodolphosowi, który bardzo uprzejmie (i czule) udzielił mu wsparcia. Nie miały znaczenia penisoświeczki ani złość wuja. Wszystko zaczynało ponownie wtaczać się na odpowiednie tory, powoli, lecz stabilnie, jak parowóz na ten niedorzeczny magiczny peron. Było znów dobrze, ale tylko przez moment, bo Charles zaczął zdawać sobie sprawę z wysokości rachunku, jaki przyjdzie mu zapłacić za wygody Lyssy i Scylli.
To był jego nieszczęśliwy dzień.
Restauracja była droga, a Charlie ledwie zaczął pracę i chociaż miał resztki oszczędności, jego portfel zapłakał na samą myśl o płaceniu za kobiety. Nie przyjął jednak innej możliwości, gdy był przecież dżentelmenem. Musiał wysupłać ostatnie galeony, by zapłacić, najwyżej zadłuży się u Peregrinusa. Kolega z pewnością go poratuje.
Przynajmniej kobiety były dobrym towarzystwem i Charlie miał dobry nastrój, gdy rozmawiał z nimi przy cieście. Opuścił widelczyk na porcelanę.
- Z czego można jeszcze wróżyć? Udałoby ci się zobaczyć coś w okruszkach po cieście?
Na talerzyku miał resztki okruszków i czerwone fragmenty musu z malin. Pyszny deser, choć nieco zbyt słodki.