11.09.2024, 20:33 ✶
Atreusa świerzbiły ręce, by złapać z coś i rozerwać to w drobny mak, ale gdzieś pod tą zwykła potrzebą wyładowania frustracji i narastających w nim emocji, czuł też potrzebę poczucia satysfakcji. Nie chodziło broń boże o Maddie. Tak samo jak i o Brennę, Florence czy Laurenta. To nie ich twarze chciał oglądać, ale z chęcią rzuciłby się już na kogoś, kogo i tak nie znosił albo kto broniłby się zaciekle. Widok czerwieni na obcej twarzy przyniósłby ukojenie, był tego absolutnie pewien. Tak samo ból, bo kiedy ktoś cierpiał, gdy on przelewał na niego swoje emocje, życie wydawało się o wiele łatwiejsze.
Nie myślał w tym momencie o samym lustrze, ale może roztrzaskanie mglistej tafli było w tym momencie najrozsądniejszym posunięciem. No i najłatwiejszym do zrealizowania.
Ale zamiast rzucić się do przodu, wyciągnął wreszcie różdżkę. Zaklęcie rzucił szybko i może dlatego nie było tak mocne jakby sobie tego życzył, a związane z magii ostrze nie zrobiło zbyt wiele. Raniło tylko istotę w klatkę piersiową i jak można było się spodziewać - nie zmieniło to zbyt dużo, doprowadzając tylko kolejnej przemiany.
Bulstrode jednak odwrócił na moment spojrzenie, kierując je na Brennę, kiedy ta wreszcie się do niego odezwała, wzywając go po imieniu. Zmarszczył brwi, z jakimś rozdrażnieniem, po uszy w jakimś innym świecie i niezrozumieniu, dlaczego miałby ją zostawić w spokoju. Krzywdziła ich, grała na ich niepewnościach i lękach i całe jego wnętrze darło się w niebogłosy, że nie powinien się Longbottom w tym momencie słuchać. Cofnął się krok w bok i odwrócił spojrzenie, tym razem widząc Anthony'ego.
- Czemu los mnie tak pokarał? - zapytał Borgin, powtarzając swoje własne słowa, które adresował do przyjaciela w czerwcu, a w Atreusie wezbrała nowa fala złości. - Miłość mojego życia jest zakochana w moim najlepszym przyjacielu, jak mam być zadowolony? - nie chciał na nowo słuchać tego całego pierdolenia, bo tak jak wcześniej dotknęło go i czuł się z nim źle, zażenowany może jak to wszystko odbiera Tosiek, tak zdążył to już nieco przetrawić i przyjąć nowe stanowisko w tej sprawie. Dlatego podniósł różdżkę, gotowy znowu rzucić zaklęcie i wtedy Brenna złapała go za rękę.
Pociągnął ramię w swoją stronę, znowu patrząc na nią, ale nawet jeśli na początku w tym spojrzeniu kryła się jakaś paląca wściekłość, szukająca tylko szansy na wydostanie się na zewnątrz, tak po chwili złagodniała. Twarz mu się zmieniła, z pewnym ociąganiem, bo fałszywy Anthony wciąż mruczał pod nosem swoją mantrę. Nawet jeśli Brenna twierdzi, że jest niezależna, radzi sobie sama, nikogo nie potrzebuje, pomimo talentu do wplątywania się w kłopoty większe, niż my w Hogwarcie, to przecież... To przecież mogła sobie z nimi poradzić sama, tak samo jak robiła to w tym momencie. Podążył za jej gestem, kiedy próbowała zmusić go do tego, żeby się odwrócił i niechętnie, ale zrobił to, koncentrując na niej swoją uwagę. Tu nawet nie chodziło o to, że to była właśnie ona, chociaż ten fakt niewątpliwie pomagał. Musiał po prostu skupić się na czymś innym, oderwać umysł od koncentrowania się naokoło złości. Magiczne lustro mogło wywołać strach, ale to wściekłość była prawdziwym jego wrogiem, nie pozwalając mu w wielu sytuacjach odpuścić.
Więc Ty musisz być rycerzem stary.
Ale Atreus nie chciał być rycerzem. Zawsze mu się wydawało, że było inaczej, ale jego rycerskość ograniczała się do zbierania poklasku u innych. U ludzi, na których mu nie zależało, a którzy karmili jego ego i ambicje. Był rycerzem dla zbyt wielu kobiet, uznając że taka rola była dla niego najbardziej odpowiednia. Że wpisywała się w obrazek, jaki sam malował. Ale Brenna nie potrzebowała rycerza. Ani teraz i podejrzewał że nigdy się to nie zmieni.
- Nic ci nie jest? - złapał ją nerwowo za przedramię. Mocno, ale nie na tyle by zrobić jej krzywdę. I wtedy usłyszeli pstryknięcie.
Nie myślał w tym momencie o samym lustrze, ale może roztrzaskanie mglistej tafli było w tym momencie najrozsądniejszym posunięciem. No i najłatwiejszym do zrealizowania.
Ale zamiast rzucić się do przodu, wyciągnął wreszcie różdżkę. Zaklęcie rzucił szybko i może dlatego nie było tak mocne jakby sobie tego życzył, a związane z magii ostrze nie zrobiło zbyt wiele. Raniło tylko istotę w klatkę piersiową i jak można było się spodziewać - nie zmieniło to zbyt dużo, doprowadzając tylko kolejnej przemiany.
Bulstrode jednak odwrócił na moment spojrzenie, kierując je na Brennę, kiedy ta wreszcie się do niego odezwała, wzywając go po imieniu. Zmarszczył brwi, z jakimś rozdrażnieniem, po uszy w jakimś innym świecie i niezrozumieniu, dlaczego miałby ją zostawić w spokoju. Krzywdziła ich, grała na ich niepewnościach i lękach i całe jego wnętrze darło się w niebogłosy, że nie powinien się Longbottom w tym momencie słuchać. Cofnął się krok w bok i odwrócił spojrzenie, tym razem widząc Anthony'ego.
- Czemu los mnie tak pokarał? - zapytał Borgin, powtarzając swoje własne słowa, które adresował do przyjaciela w czerwcu, a w Atreusie wezbrała nowa fala złości. - Miłość mojego życia jest zakochana w moim najlepszym przyjacielu, jak mam być zadowolony? - nie chciał na nowo słuchać tego całego pierdolenia, bo tak jak wcześniej dotknęło go i czuł się z nim źle, zażenowany może jak to wszystko odbiera Tosiek, tak zdążył to już nieco przetrawić i przyjąć nowe stanowisko w tej sprawie. Dlatego podniósł różdżkę, gotowy znowu rzucić zaklęcie i wtedy Brenna złapała go za rękę.
Pociągnął ramię w swoją stronę, znowu patrząc na nią, ale nawet jeśli na początku w tym spojrzeniu kryła się jakaś paląca wściekłość, szukająca tylko szansy na wydostanie się na zewnątrz, tak po chwili złagodniała. Twarz mu się zmieniła, z pewnym ociąganiem, bo fałszywy Anthony wciąż mruczał pod nosem swoją mantrę. Nawet jeśli Brenna twierdzi, że jest niezależna, radzi sobie sama, nikogo nie potrzebuje, pomimo talentu do wplątywania się w kłopoty większe, niż my w Hogwarcie, to przecież... To przecież mogła sobie z nimi poradzić sama, tak samo jak robiła to w tym momencie. Podążył za jej gestem, kiedy próbowała zmusić go do tego, żeby się odwrócił i niechętnie, ale zrobił to, koncentrując na niej swoją uwagę. Tu nawet nie chodziło o to, że to była właśnie ona, chociaż ten fakt niewątpliwie pomagał. Musiał po prostu skupić się na czymś innym, oderwać umysł od koncentrowania się naokoło złości. Magiczne lustro mogło wywołać strach, ale to wściekłość była prawdziwym jego wrogiem, nie pozwalając mu w wielu sytuacjach odpuścić.
Więc Ty musisz być rycerzem stary.
Ale Atreus nie chciał być rycerzem. Zawsze mu się wydawało, że było inaczej, ale jego rycerskość ograniczała się do zbierania poklasku u innych. U ludzi, na których mu nie zależało, a którzy karmili jego ego i ambicje. Był rycerzem dla zbyt wielu kobiet, uznając że taka rola była dla niego najbardziej odpowiednia. Że wpisywała się w obrazek, jaki sam malował. Ale Brenna nie potrzebowała rycerza. Ani teraz i podejrzewał że nigdy się to nie zmieni.
- Nic ci nie jest? - złapał ją nerwowo za przedramię. Mocno, ale nie na tyle by zrobić jej krzywdę. I wtedy usłyszeli pstryknięcie.