11.09.2024, 20:52 ✶
Przebywaniu w tej sali towarzyszyło dziwne wrażenie nierealności, a Brenna nie wpadła w skrają panikę chyba tylko dlatego, że miała wrażenie, że Atreus albo zaraz wybuchnie z wkurwu, albo rozpadnie się jeszcze szybciej niż ona. Nie była tu sama. Nie zapomniała, w przeciwieństwie do niego, że nie jest sama – bo gdyby zapomniała, chyba ogarnięta mocą Samotniczek usiadłaby na podłodze i w końcu wybuchła płaczem, wylewając wszystkie łzy, które nie polały się przez ostatnie lata. Nie rozumiała wszystkich słów, które wypowiadała istota, zmieniające się twarze mieszały się ze sobą, tym bardziej, że nie chciała patrzeć – nie chciała widzieć, bo wiedziała, jak wiele oblicz stwór mógłby jej pokazać, i każde byłoby kolejną raną. A jednak te słowa jakoś wyłapała i przez ułamek sekundy w te wszystkie uczucia, strach, gniew, determinację i może trochę troski, wdarła się też konsternacja.
– Co on pierdoli? – wyrwało się jej, a potem odetchnęła.
Czuła się źle. Czuła się źle słysząc głos Anthony'ego, bo Borgin zawsze wzbudzał w niej wyrzuty sumienia, gorycz i jakąś tęsknotę za tym prostym światem, jaki istniał kiedyś i jaki mógłby istnieć, gdyby nie było Voldemorta. Światem, którego nie było, a który być może będzie, ale nie dla niej, nie dla jej pokolenia. A teraz jeszcze, mając wrażenie, że została albo zostanie na tym świecie sama, myśl o tym, że go zraniła, była paskudniejsza. Czuła się bardzo, bardzo paskudnie, przy tych pierwszych słowach o miłości życia, ale kiedy zaczął coś o pakowaniu się w kłopoty…
Czy on wyciągnął to z jej głowy…? Nie sądziła, że jej własna głowa jest aż tak dziwnym miejscem. Bo Brenna nawet nie pomyślała, że takie słowa mogły paść naprawdę: a przynajmniej nie w stosunku do niej. Ale gdyby kierował to do niej, było tak wiele innych oskarżeń, które dałoby się wypowiedzieć głosem Anthony’ego, i które trafiłyby na bardziej podatny grunt.
Bo przecież Anthony Borgin nigdy nie mógł jej uratować, być może jednak ona mogła uratować jego. I gdzieś w głębi ducha tlił się wyrzut sumienia, że nie była dość dobrą, dość spostrzegawczą i dość mądrą osobą, aby faktycznie to zrobiła.
– Weź nie przeszkadzaj – warknęła więc na te ostatnie słowa, zwracając na moment wzrok na stworzenie, nim spojrzenie ciemnych oczu skoncentrowało się znów na twarzy Atreusa. – Mam nadzieję, że nie boisz się tego, że ktoś będzie od ciebie wymagał bycia rycerzem, bo jestem wściekle pewna, że radzę sobie z bronią białą dużo lepiej od ciebie. I lepiej od Oriona. Twój brat wspominał, że go kiedyś stłukłam? – spytała, przenosząc dłoń na jego kark, zmuszając się do uśmiechu, i szczerego, i nie, bo naprawdę chciała się uśmiechnąć, i naprawdę było to trudne. Gadała, tak samo, jak gadał wcześniej on, próbując skupić jego uwagę na czymś innym niż strach.
I sama bała się dzięki temu mniej.
To nie tak, że faktycznie była w stanie poradzić sobie ze wszystkimi kłopotami sama. Nawet nie tak, że nie umiała o pomoc prosić czy nie potrafiła być za nią wdzięczną. Miała skłonności do udawania, że wszystko jest w porządku, ale już niekoniecznie do udawadniania, że nie potrzebuje innych ludzi, bo to nie była kwestia dumy. Raczej głęboko zakorzenionego przekonania, że ma dbać o swoje stado. Ale do licha: nie nadawała się na księżniczkę uwięzioną w wieży. Nie potrzebowała, żeby ktoś odgrywał dla niej rycerza. Pomóc mogli jej raczej towarzysze broni niż ktokolwiek, kto miałby robić rzeczy za nią.
– Pewnie nie powinnam tego mówić. Nie przyznawaj się mu, bo nie będzie chciał więcej ze mną ćwiczyć. I będę musiała wtedy dla wyrównania opowiedzieć mu, jak przestawiłam ci nos. A poza tym rycerskie zbroje są na pewno strasznie niewygodne. Twoja ciotka w ogóle twierdzi, że w poddaniu zwycięstwo. Strasznie głupia logika, ale to jej dziwna piwnica, jej dziwna gra i jej dziwne zasady, więc chyba nie powinniśmy zarzucać tego czegoś zaklęciami – plotła, a głos umilkł wreszcie, nic się na nich nie rzucało i…
Pstryknięcie.
Bała się poruszyć i obrócić, znowu spojrzeć ku tej istocie. Sprawdzić, czy te cholerne drzwi się otworzyły.
Ale w tej komnacie chodziło o pokonywanie strachów.
– Nic mi nie jest – powiedziała, cofając rękę i spoglądając ku drzwiom. Miała cholerną nadzieję, że są otwarte, bo inaczej była pewna, że jeżeli dorwie Lavinię Bulstrode, to rzuci na nią jakąś paskudną klątwę.
– Co on pierdoli? – wyrwało się jej, a potem odetchnęła.
Czuła się źle. Czuła się źle słysząc głos Anthony'ego, bo Borgin zawsze wzbudzał w niej wyrzuty sumienia, gorycz i jakąś tęsknotę za tym prostym światem, jaki istniał kiedyś i jaki mógłby istnieć, gdyby nie było Voldemorta. Światem, którego nie było, a który być może będzie, ale nie dla niej, nie dla jej pokolenia. A teraz jeszcze, mając wrażenie, że została albo zostanie na tym świecie sama, myśl o tym, że go zraniła, była paskudniejsza. Czuła się bardzo, bardzo paskudnie, przy tych pierwszych słowach o miłości życia, ale kiedy zaczął coś o pakowaniu się w kłopoty…
Czy on wyciągnął to z jej głowy…? Nie sądziła, że jej własna głowa jest aż tak dziwnym miejscem. Bo Brenna nawet nie pomyślała, że takie słowa mogły paść naprawdę: a przynajmniej nie w stosunku do niej. Ale gdyby kierował to do niej, było tak wiele innych oskarżeń, które dałoby się wypowiedzieć głosem Anthony’ego, i które trafiłyby na bardziej podatny grunt.
Bo przecież Anthony Borgin nigdy nie mógł jej uratować, być może jednak ona mogła uratować jego. I gdzieś w głębi ducha tlił się wyrzut sumienia, że nie była dość dobrą, dość spostrzegawczą i dość mądrą osobą, aby faktycznie to zrobiła.
– Weź nie przeszkadzaj – warknęła więc na te ostatnie słowa, zwracając na moment wzrok na stworzenie, nim spojrzenie ciemnych oczu skoncentrowało się znów na twarzy Atreusa. – Mam nadzieję, że nie boisz się tego, że ktoś będzie od ciebie wymagał bycia rycerzem, bo jestem wściekle pewna, że radzę sobie z bronią białą dużo lepiej od ciebie. I lepiej od Oriona. Twój brat wspominał, że go kiedyś stłukłam? – spytała, przenosząc dłoń na jego kark, zmuszając się do uśmiechu, i szczerego, i nie, bo naprawdę chciała się uśmiechnąć, i naprawdę było to trudne. Gadała, tak samo, jak gadał wcześniej on, próbując skupić jego uwagę na czymś innym niż strach.
I sama bała się dzięki temu mniej.
To nie tak, że faktycznie była w stanie poradzić sobie ze wszystkimi kłopotami sama. Nawet nie tak, że nie umiała o pomoc prosić czy nie potrafiła być za nią wdzięczną. Miała skłonności do udawania, że wszystko jest w porządku, ale już niekoniecznie do udawadniania, że nie potrzebuje innych ludzi, bo to nie była kwestia dumy. Raczej głęboko zakorzenionego przekonania, że ma dbać o swoje stado. Ale do licha: nie nadawała się na księżniczkę uwięzioną w wieży. Nie potrzebowała, żeby ktoś odgrywał dla niej rycerza. Pomóc mogli jej raczej towarzysze broni niż ktokolwiek, kto miałby robić rzeczy za nią.
– Pewnie nie powinnam tego mówić. Nie przyznawaj się mu, bo nie będzie chciał więcej ze mną ćwiczyć. I będę musiała wtedy dla wyrównania opowiedzieć mu, jak przestawiłam ci nos. A poza tym rycerskie zbroje są na pewno strasznie niewygodne. Twoja ciotka w ogóle twierdzi, że w poddaniu zwycięstwo. Strasznie głupia logika, ale to jej dziwna piwnica, jej dziwna gra i jej dziwne zasady, więc chyba nie powinniśmy zarzucać tego czegoś zaklęciami – plotła, a głos umilkł wreszcie, nic się na nich nie rzucało i…
Pstryknięcie.
Bała się poruszyć i obrócić, znowu spojrzeć ku tej istocie. Sprawdzić, czy te cholerne drzwi się otworzyły.
Ale w tej komnacie chodziło o pokonywanie strachów.
– Nic mi nie jest – powiedziała, cofając rękę i spoglądając ku drzwiom. Miała cholerną nadzieję, że są otwarte, bo inaczej była pewna, że jeżeli dorwie Lavinię Bulstrode, to rzuci na nią jakąś paskudną klątwę.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.