12.09.2024, 04:00 ✶
Nie odpowiedział jej, zamiast tego ciskając mocniej szczękę, bo czuł że jeśli znowu skoncentruje się na tym, co powtarzała istota, to wrócą do punktu wyjścia. Z resztą, nie musiał świadomie wsłuchiwać się w powtarzane przez nią słowa, żeby wiedzieć doskonale co padnie jako następne, bo cały występ brzmiał jak odtwarzany z płyty. Oboje czuli wyrzuty sumienia związane z Borginem, bo Bustrode nie ważne jak dobrze udawał, nie był w stanie okłamywać sam siebie, że też nie łamał przyjacielowi serca. Miał jednak wrażenie, że gdyby nie ten głupi liścik, posłany do Stanleya, ta sytuacja nigdy by tak nie eskalowała. Anthony nie skończyłby rozmawiając z Brenną, a potem z nim, nakazując mu dbanie o nią w tych ciężkich czasach.
Ale potem... potem lekko się uśmiechnął, kiedy warknęła w odpowiedzi na ostatnie słowa istoty. Pozwolił jej mówić, bo poczuł jak bardzo potrzebował, żeby zasypała go kolejnymi słowami. Wybijany przez głoski rytm uspokajał, ale przede wszystkim dawał czas, by opanować gniew, strach i resztę bałaganu, który narósł przez ostatnie chwile spędzone w tej zasranej piwnicy. Czując natomiast jej dłoń na karku, na moment przymknął oczy, zmęczony opierając swoje czoło o jej własne. Jeśli przez tę nieuwagę miał teraz zarobić w plecy, to trudno.
Ale pstryknięcie wreszcie rozbrzmiało, niczym najsłodszy dźwięk i wybawienie. Gdyby Brenna jeszcze spojrzała w stronę fałszywki, mogła zobaczyć jak obraz zadrżał, stracił ostrość i przekształcił wreszcie, w coś co przypominało rozmazany obraz bliźniaczo podobny do czegoś co wcześniej majaczyło w lustrze, a potem rozpłynął całkowicie. Ale do samego końca Anthony patrzył na nią ponuro. Drzwi natomiast zaskrzypiały i uchyliły się nieco. Ich starania najwyraźniej zostały wreszcie docenione i nie mieli spędzić w tym miejscu kolejnych paru godzin. Chociaż prawdę powiedziawszy, Atreus nie był pewien czy nie byli w stanie się z tej piwnicy zwyczajnie teleportować.
- W poddaniu zwycięstwo. Chodzi o to, że walcząc z własnym strachem prędzej zniszczysz sam siebie - rzucił z pewną dozą goryczy, bo teraz te słowa wydawały mu się o wiele jaśniejsze. - Chociaż pewnie mogła to zgrabniej ująć - skrzywił się lekko, nie siląc się nawet na rozbawiony ton. Oh, był tak cholernie pewien tego, że był typem człowieka którego tego typu rzeczy nie mogły przekonać do zmiany taktyki. Strach zawsze należało pokonać głową wprzód i największą siłą, najlepiej jednocześnie używając go jako pożywkę do działania. Strach prowadził do złości. Złość do nienawiści, a nienawiść do cierpienia. Własnego lub cudzego. Aż dziw, że on przy tak metodycznym działaniu zatrzymał się dopiero na drugim stopniu.
- Wiesz, jak tak sobie teraz o tym myślę, to chętnie zobaczyłbym, jak tłuczesz mojego brata. Ale to w sumie pokrzepiające, że nie tylko mnie rozbroiłaś. Aczkolwiek, może cię to zmartwi, ale przyznając mu się do przestawienia mi nosa aż tak bardzo go nie zaskoczysz, bo jak wróciłem wtedy do domu to się akurat po nim szlajał i mnie widział - wzruszył ramionami. Florence też go w sumie widziała wtedy, ale miał wrażenie że jej akurat aż tak nie obchodziło kto konkretnie ten nos mu rozkwasił. Ba, wolał żeby nie wiedziała, że była to Brenna, bo znowu by go zaczęła ostrzegać, że ta dziewczyna to same kłopoty.
Mówił trochę wolniej niż zwykle, ale przede wszystkim brakowało tych typowych dla niego, drobnych rzeczy, które wkładał w całego siebie nawet kiedy był absolutnie sponiewierany. Ale to zawsze był swojego rodzaju pokaz, nawet jeśli miał najmarniejszą widownię na świecie, to i tak próbował zachować pozory. Akurat w tym - udawaniu, że wszystko było przynajmniej znośne - byli chyba obydwoje mistrzami.
- Cieszę się, że nic ci nie jest - oznajmił, z pewnym zastanowieniem na twarzy. - Mogę być rycerzem, ale nie dla ciebie. - mruknął, z jakimś takim przepraszającym uśmiechem, poprawiając jej rozwichrzone włosy z jednej strony, tak żeby wsunąć je jej za ucho. - Mam na myśli, że wydajesz mi się doskonale radzić sobie sama. I myślę, że to jedna z tych rzeczy, które mi się w tobie podobają. A skoro jesteś swoim własnym rycerzem, to najlepsze co mogę zrobić to spróbować przypilnować, żebyś w odwrotnej sytuacji nie została sama - ale kiedy tylko to powiedział, skrzywił się z jakimś zażenowanym uśmiechem. - Co pewnie brzmiałoby o wiele lepiej, gdyby nie to przed chwilą. Ale rozumiesz o co chodzi. Dziękuję. I przepraszam. Szczególnie za Borgina. Nie powinnaś była tego słyszeć.
Ale potem... potem lekko się uśmiechnął, kiedy warknęła w odpowiedzi na ostatnie słowa istoty. Pozwolił jej mówić, bo poczuł jak bardzo potrzebował, żeby zasypała go kolejnymi słowami. Wybijany przez głoski rytm uspokajał, ale przede wszystkim dawał czas, by opanować gniew, strach i resztę bałaganu, który narósł przez ostatnie chwile spędzone w tej zasranej piwnicy. Czując natomiast jej dłoń na karku, na moment przymknął oczy, zmęczony opierając swoje czoło o jej własne. Jeśli przez tę nieuwagę miał teraz zarobić w plecy, to trudno.
Ale pstryknięcie wreszcie rozbrzmiało, niczym najsłodszy dźwięk i wybawienie. Gdyby Brenna jeszcze spojrzała w stronę fałszywki, mogła zobaczyć jak obraz zadrżał, stracił ostrość i przekształcił wreszcie, w coś co przypominało rozmazany obraz bliźniaczo podobny do czegoś co wcześniej majaczyło w lustrze, a potem rozpłynął całkowicie. Ale do samego końca Anthony patrzył na nią ponuro. Drzwi natomiast zaskrzypiały i uchyliły się nieco. Ich starania najwyraźniej zostały wreszcie docenione i nie mieli spędzić w tym miejscu kolejnych paru godzin. Chociaż prawdę powiedziawszy, Atreus nie był pewien czy nie byli w stanie się z tej piwnicy zwyczajnie teleportować.
- W poddaniu zwycięstwo. Chodzi o to, że walcząc z własnym strachem prędzej zniszczysz sam siebie - rzucił z pewną dozą goryczy, bo teraz te słowa wydawały mu się o wiele jaśniejsze. - Chociaż pewnie mogła to zgrabniej ująć - skrzywił się lekko, nie siląc się nawet na rozbawiony ton. Oh, był tak cholernie pewien tego, że był typem człowieka którego tego typu rzeczy nie mogły przekonać do zmiany taktyki. Strach zawsze należało pokonać głową wprzód i największą siłą, najlepiej jednocześnie używając go jako pożywkę do działania. Strach prowadził do złości. Złość do nienawiści, a nienawiść do cierpienia. Własnego lub cudzego. Aż dziw, że on przy tak metodycznym działaniu zatrzymał się dopiero na drugim stopniu.
- Wiesz, jak tak sobie teraz o tym myślę, to chętnie zobaczyłbym, jak tłuczesz mojego brata. Ale to w sumie pokrzepiające, że nie tylko mnie rozbroiłaś. Aczkolwiek, może cię to zmartwi, ale przyznając mu się do przestawienia mi nosa aż tak bardzo go nie zaskoczysz, bo jak wróciłem wtedy do domu to się akurat po nim szlajał i mnie widział - wzruszył ramionami. Florence też go w sumie widziała wtedy, ale miał wrażenie że jej akurat aż tak nie obchodziło kto konkretnie ten nos mu rozkwasił. Ba, wolał żeby nie wiedziała, że była to Brenna, bo znowu by go zaczęła ostrzegać, że ta dziewczyna to same kłopoty.
Mówił trochę wolniej niż zwykle, ale przede wszystkim brakowało tych typowych dla niego, drobnych rzeczy, które wkładał w całego siebie nawet kiedy był absolutnie sponiewierany. Ale to zawsze był swojego rodzaju pokaz, nawet jeśli miał najmarniejszą widownię na świecie, to i tak próbował zachować pozory. Akurat w tym - udawaniu, że wszystko było przynajmniej znośne - byli chyba obydwoje mistrzami.
- Cieszę się, że nic ci nie jest - oznajmił, z pewnym zastanowieniem na twarzy. - Mogę być rycerzem, ale nie dla ciebie. - mruknął, z jakimś takim przepraszającym uśmiechem, poprawiając jej rozwichrzone włosy z jednej strony, tak żeby wsunąć je jej za ucho. - Mam na myśli, że wydajesz mi się doskonale radzić sobie sama. I myślę, że to jedna z tych rzeczy, które mi się w tobie podobają. A skoro jesteś swoim własnym rycerzem, to najlepsze co mogę zrobić to spróbować przypilnować, żebyś w odwrotnej sytuacji nie została sama - ale kiedy tylko to powiedział, skrzywił się z jakimś zażenowanym uśmiechem. - Co pewnie brzmiałoby o wiele lepiej, gdyby nie to przed chwilą. Ale rozumiesz o co chodzi. Dziękuję. I przepraszam. Szczególnie za Borgina. Nie powinnaś była tego słyszeć.