- Gdyby coś złapało mnie za nogę mogłabym mieć problem, chuj jeden wie, co za rośliny tu hodujesz. - Może faktycznie powinna nadrobić lekkie braki w zielarstwie, aby poczuć się bezpieczniej, ale chyba nie był to najlepszy moment, jej umysł nie był szczególnie jasny w tej chwili. Może kiedyś, jak chociaż trochę się ogarnie.
Wyczuwała sarkazm, widziała, że nie do końca podoba mu się to, w jaki sposób przebiega ta sprawa. Próbowała udawać, że nic się nie stało. Dla niej też nie było to wcale proste, szczególnie z tym jego podejściem. Nie zamierzała jednak teraz usiąść i się rozklejać. Zaciskasz zęby i idziesz do przodu, bez względu na to, co się wydarzyło, tak uczył ją ojciec. W tym sposobie w jaki została wychowana nie było miejsca na niepotrzebne emocje, na słabości, chociaż przecież też miała prawo do przeżywania wszystkiego, co się wydarzyło. - Ja pierdole, Ambroise, dziękuję, że zrobiłeś to dla mnie, a teraz przeze mnie jesteś taki rozjebany, tego ode mnie oczekujesz? Mam się przed tobą kajać? Potrzebujesz, żebym pogłaskała cię po głowie? Kurwa, dla mnie to też coś nowego. - Nigdy w życiu nikt niczego za nią nie zrobił, ani dla niej. Obwiniała się o to bez przerwy. Nie chciała, żeby zatracił siebie przez nią, to zabolałoby ją bardziej niż śmierć Rosiera, który był tylko nieznajomym.
- Nic nie musisz, na pewno nie dla mnie, zrób to dla siebie. - Nie mógł tak tkwić tutaj oddalony od świata. Oddalać się od wszystkiego, co miało dla niego znaczenie. To go zniszczy, prędzej niż później, jeśli dalej będzie się tak zaszywał. Jasne, minęło niewiele czasu, ale im szybciej staną na nogi, tym szybciej wszystko wróci do względnej normalności. Czy nie prościej było udawać, że nic się nie stało? Chociaż przed wszystkimi innymi, to nie wzbudzałoby niepotrzebnych podejrzeń.
Prychnęła w głos. - Jeśli ma ci to pomóc to mogę być największym dupkiem, jakiego znasz. - Wcale, ale wcale jej nie przeszkadzało to, że w ten sposób ją odbierał. Mieli w tym wszystkim tylko siebie, nikt inny nie wiedział o tym, co się wydarzyło. Próbowała mu pomóc tak, jak umiała, a Yaxleyówna nie była szczególnie empatyczna, nikt jej tego nie nauczył. Dlatego robiła to tak bardzo nieporadnie, szorstko, w ten sposób okazywała swoją troskę.
- Ciepło, ale to nie to, nie urodziłam się z takimi umiejętnościami, niestety. - Metamorfomagia była bardzo przydatną zdolnością, ubolewała nad tym, że los nie zechciał jej tym pobłogosławić, to mogłoby bardzo mocno ułatwić jej życie. Nie dała mu też gotowej odpowiedzi, niech sam się domyśli, co innego mogło to być. Może mu się uda, chociaż możliwości było wiele, a tylko jedna prawdziwa.
Nie miałą pojęcia, kim była Evelyn, najwyraźniej jednak bardziej przejmowała się otoczeniem od niej. Może to był problem Yaxleyówny, że nie interesowała się niczym, co nie mogło jej przynieść jakichś korzyści. Plotki po niej spływały, nie wchodziła w dyskusje z ludźmi, którzy je rozpowiadali. Ciekawość wzbudzało w niej tylko to, co mówili o niej, albo o osobach, które znała mniej lub bardziej. Rosiera nie kojarzyła, może nawet kiedyś coś jej ktoś wspominał, ale nie był osobą, która zapisała się w jej pamięci. Teraz się to zmieniło, nigdy o nim nie zapomni, zabawne, że dopiero po tym jak musieli go zabić. Nigdy wcześniej nie widziała w nim nic wartego uwagi.
- Jakbym chciała się ciebie pozbyć już dawno bym to zrobiła. - Powiedziała śmiertelnie poważnym tonem, bo zirytował ją ten żart. Po raz kolejny sięgnęła po butelkę, alkohol naprawdę jej się przyda, jeśli dalej mają prowadzić rozmowę w ten sposób. Była zmęczona, więc powoli zaczynała odczuwać lekkie upojenie, szczególnie, że nie panowała nad ilością trunku, którą w siebie wlewała, bo robiła to bezpośrednio z butelki.
- Ile razy mam ci powtarzać, że nie będzie już żadnych trupów, będziesz żył, czy tego chcesz, czy nie, już ja się o to postaram. - Nie było innej możliwości, jeśli ktoś się nimi zainteresuje, to sama się nim zajmie, w końcu miała już doświadczenie.