12.09.2024, 08:47 ✶
Może mieli to we krwi. Może była to kwestia wychowania. Może zapatrzenia w ojca, jego braci. Brenna po prostu nie widziała innej drogi dla siebie, nawet jeżeli pod wieloma względami niosła w sobie raczej magię babki, naukowczyni, posiadaczki trzeciego oka, i matki, mistrzyni transmutacji, prawdziwej damy.
Brenna te talenty po prostu zaadaptowała, aby przydały się do ścieżki, jaką zwykle obierali Longbottomowie. I to działało całkiem nieźle: mugolska policja pewnie dałaby całkiem sporo, aby mieć kogoś, kto zbrodnię może sobie obejrzeć i takiego policyjnego psa, co sam wie, jakiego tropu szukać i jeszcze umie go przeanalizować.
– O, myślimy całkiem podobnie – ucieszyła się Brenna. – Mogłaby założyć cukiernię, a ja bym potem sprzedawała jej pączki w Ministerstwie Magii. W Brygadzie Uderzeniowej zjedzą każdą ilość pączków. Zwłaszcza tych z galaretką, chociaż ja mam ogromną słabość do tych z budyniem, a te z czekoladą też są bardzo dobre… – Rozmarzyła się aż trochę i gdyby nie te kiełbaski w cieście od cioci Tessy, to by chyba była teraz przez chwilę nieszczęśliwa, że myśli o tych pączkach i nie może ich zjeść.
– Nie że byłam tam po raz pierwszy – powiedziała, tak z odrobiną rozbawienia. – Ale tak. Paskudne miejsce. Idą tam ci, co mieli w życiu dużo pecha albo co chcą mieć szczęście kosztem innych.
Brenna nie oceniała aż tak surowo, jak wuj Clemens. Byli tacy, którzy na Nokturnie się rodzili i którzy nigdy nie mieli prawdziwego wyboru. Czasem tacy, którym nie wyszło i próbowali tam jako tako się utrzymać. Ba, nawet znała parę osób, które miały tam jakieś interesy i… może nie akceptowała, ale rozumiała, jak wyglądają ich życia. Kiedyś jedną z tych osób miał być, o ironio, Clemens Longbottom. Ale i w jej oczach większość ludzi, która tam działała, robiła to właśnie dlatego, że chciała działać poza prawem i nie miała oporów wobec krzywdzenia innych.
– Lecę – stwierdziła, podrywając się z miejsca. Sama doskonale wiedziała, że w tej chwili jej wizje nie nadadzą się do przedstawienia jako dowód przed Wizengamotem. Te uprawnienia i tak dalej, miała zdobyć dopiero z czasem. Ale przecież nie planowali przedstawiać dowodów sądowi. Gdyby mieli szczęście, po prostu… podrzuciłaby wujkowi odpowiedni trop. Wiedziałby może na co zwrócić uwagę. O co pytać. Może „zablefował” podczas przesłuchań i „przypadkiem trafił”.
Longbottomowie, może poza nestorem rodu, w tym swoim staniu na straży sprawiedliwości, potrafili być zdumiewająco elastyczni. I dobrze rozumieli, że prawo i sprawiedliwość to czasem kiepskie połączenie.
– Chyba po prostu uważa, że mam fory z powodu nazwiska – powiedziała Brenna, obdarzając wuja uśmiechem, w ogóle tym nie przejęta. To też rozumiała. Mieli pieniądze i nie musieli pracować w Brygadzie. Wskakiwali w mundury i razem z innymi patrolowali ciemne uliczki, ale drzwi sal balowych, luksusowych butików, galerii sztuki, stały przed nimi otworem. Na drzwiach dowódcy Brygady przez wiele lat wisiało nazwisko Longbottom. Ciężko było nie czuć tutaj niechęci ani nie podejrzewać faworyzacji.
Brenna, na szczęście, miała taką naturę, że mało się przejmowała, a poza tym, nawet jeśli doskonale wiedziała, że ani z niej najbardziej inteligentna dziewczyna pod słońcem, ani najpiękniejsza, ani najbardziej charyzmatyczna czy ogólnie utalentowana, to do tej policyjnej roboty dryg ma. Nie potrzebowała forów. Mogli więc gadać i myśleć, co tylko chcieli.
– Fartuch będzie dobry. Samo miejsce zresztą wystarczy, jak wiem, czego szukać, a tak mniej więcej to wiem – stwierdziła, pośpiesznie rozstawiając świecie, które nosiła przy sobie zawsze, a potem wyciągnęła rękawiczki, by nie było, że narusza dowodów. Też dlatego wybrała fartuch, który sam w sobie raczej za dowód nie posłuży: fiolki prędzej. – To teraz ci. I patrz, czy Rosa nie wpadnie nas odwiedzić, bo pewnie uzna, że świeczka zniszczy miejsce zbrodni albo co.
Brenna te talenty po prostu zaadaptowała, aby przydały się do ścieżki, jaką zwykle obierali Longbottomowie. I to działało całkiem nieźle: mugolska policja pewnie dałaby całkiem sporo, aby mieć kogoś, kto zbrodnię może sobie obejrzeć i takiego policyjnego psa, co sam wie, jakiego tropu szukać i jeszcze umie go przeanalizować.
– O, myślimy całkiem podobnie – ucieszyła się Brenna. – Mogłaby założyć cukiernię, a ja bym potem sprzedawała jej pączki w Ministerstwie Magii. W Brygadzie Uderzeniowej zjedzą każdą ilość pączków. Zwłaszcza tych z galaretką, chociaż ja mam ogromną słabość do tych z budyniem, a te z czekoladą też są bardzo dobre… – Rozmarzyła się aż trochę i gdyby nie te kiełbaski w cieście od cioci Tessy, to by chyba była teraz przez chwilę nieszczęśliwa, że myśli o tych pączkach i nie może ich zjeść.
– Nie że byłam tam po raz pierwszy – powiedziała, tak z odrobiną rozbawienia. – Ale tak. Paskudne miejsce. Idą tam ci, co mieli w życiu dużo pecha albo co chcą mieć szczęście kosztem innych.
Brenna nie oceniała aż tak surowo, jak wuj Clemens. Byli tacy, którzy na Nokturnie się rodzili i którzy nigdy nie mieli prawdziwego wyboru. Czasem tacy, którym nie wyszło i próbowali tam jako tako się utrzymać. Ba, nawet znała parę osób, które miały tam jakieś interesy i… może nie akceptowała, ale rozumiała, jak wyglądają ich życia. Kiedyś jedną z tych osób miał być, o ironio, Clemens Longbottom. Ale i w jej oczach większość ludzi, która tam działała, robiła to właśnie dlatego, że chciała działać poza prawem i nie miała oporów wobec krzywdzenia innych.
– Lecę – stwierdziła, podrywając się z miejsca. Sama doskonale wiedziała, że w tej chwili jej wizje nie nadadzą się do przedstawienia jako dowód przed Wizengamotem. Te uprawnienia i tak dalej, miała zdobyć dopiero z czasem. Ale przecież nie planowali przedstawiać dowodów sądowi. Gdyby mieli szczęście, po prostu… podrzuciłaby wujkowi odpowiedni trop. Wiedziałby może na co zwrócić uwagę. O co pytać. Może „zablefował” podczas przesłuchań i „przypadkiem trafił”.
Longbottomowie, może poza nestorem rodu, w tym swoim staniu na straży sprawiedliwości, potrafili być zdumiewająco elastyczni. I dobrze rozumieli, że prawo i sprawiedliwość to czasem kiepskie połączenie.
– Chyba po prostu uważa, że mam fory z powodu nazwiska – powiedziała Brenna, obdarzając wuja uśmiechem, w ogóle tym nie przejęta. To też rozumiała. Mieli pieniądze i nie musieli pracować w Brygadzie. Wskakiwali w mundury i razem z innymi patrolowali ciemne uliczki, ale drzwi sal balowych, luksusowych butików, galerii sztuki, stały przed nimi otworem. Na drzwiach dowódcy Brygady przez wiele lat wisiało nazwisko Longbottom. Ciężko było nie czuć tutaj niechęci ani nie podejrzewać faworyzacji.
Brenna, na szczęście, miała taką naturę, że mało się przejmowała, a poza tym, nawet jeśli doskonale wiedziała, że ani z niej najbardziej inteligentna dziewczyna pod słońcem, ani najpiękniejsza, ani najbardziej charyzmatyczna czy ogólnie utalentowana, to do tej policyjnej roboty dryg ma. Nie potrzebowała forów. Mogli więc gadać i myśleć, co tylko chcieli.
– Fartuch będzie dobry. Samo miejsce zresztą wystarczy, jak wiem, czego szukać, a tak mniej więcej to wiem – stwierdziła, pośpiesznie rozstawiając świecie, które nosiła przy sobie zawsze, a potem wyciągnęła rękawiczki, by nie było, że narusza dowodów. Też dlatego wybrała fartuch, który sam w sobie raczej za dowód nie posłuży: fiolki prędzej. – To teraz ci. I patrz, czy Rosa nie wpadnie nas odwiedzić, bo pewnie uzna, że świeczka zniszczy miejsce zbrodni albo co.
Rzut Z 1d100 - 89
Sukces!
Sukces!
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.