12.09.2024, 09:25 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.09.2024, 13:11 przez Brenna Longbottom.)
Przez chwilę stała z nim tak po prostu, czoło do czoła, i ogarnęła ją ulga, trochę bo się uspokoił, trochę, bo sama zaczęła się uspokajać, jakby ktoś inny obok naprawdę w magiczny sposób sprawiał, że przestawał toczyć ją lęk, trochę, bo stworzenie nie atakowało, nie odzywało się, a pstryknięcie świadczyło o tym, że tę próbę jakimś cudem przeszli.
– Chyba nie lubię twojej ciotki – powiedziała, kiedy się odsunął, i wyjaśnił, o co mogło chodzić w tym poddaniu. Chociaż jej zdaniem ciągle ciężko było nie walczyć z czymś, co obalało cię na ziemię i próbowało udusić. To było paskudne. Może miało czegoś nauczyć, ale mogło złamać. Nie zostawiało się takich rzeczy w domach, które trafiały do twoich bratanków czy tam dzieci kuzynostwa. – Jestem pewna, że opowiedziałeś wtedy Orionowi jakąś bardzo zgrabną historyjkę – dodała, uśmiechając się do niego, tym razem już szczerzej. To nie tak, że to nią nie wstrząsnęło. I było naprawdę widać, że wstrząsnęło i nim. Nie pytała, czy wszystko w porządku, bo była pewna, że nie do końca i że pewnie niekoniecznie chciałby to przyznać. Ale w tej chwili po prostu cieszyła się, że to za nimi… chociaż zaraz pomyślała z pewną obawą, że cholera wie, co siedzi za kolejnymi drzwiami i co wcześniej „chodziło” po domu.
– Nikt nie radzi sobie ze wszystkim sam – stwierdziła, unosząc rękę, by na chwilę złapać jego dłoń i ją ucisnąć, kiedy poprawił jej włosy. Wobec niego rzadko uciekała się do tych gestów, które były tak naturalne wobec wszystkich innych, może dlatego, że naprawdę jakaś jej część zawsze nadmiernie analizowała, czy powinna je wykonać, ale teraz po prostu uznała, że chrzanić to wszystko, sam wyciągnął rękę pierwszy, a poza tym dalej czuła, że naprawdę, naprawdę nie chce być teraz sama. Chyba wolałaby już, żeby kolejna istota wyszła do niej z lustra, niż nie mieć teraz nikogo obok. Nie, to nie była prawda, że twierdziła, że nikogo nie potrzebuje. Ktoś, kto nie potrzebował absolutnie nikogo, był kłamcą albo kimś bardzo nieszczęśliwym. Ale nigdy nie potrzebowała rycerzy. – I w sumie to ja powinnam dziękować, bo jakkolwiek to nie zabrzmi, już ta piwnica jest lepsza niż siedzenie na tamtych schodach. Ale bardzo nie chciałabym siedzieć w wieży i czekać aż ktoś zabije dla mnie smoka…
Zawiesiła się jednak na moment, na tych przeprosinach. Za Borgina. Nie powinna tego słyszeć? Zaraz.
– Moment. To nie był… wymysł tego czegoś? Myślałam... myślałam, że ono to wszystko jakoś... nie wiem, wymyślało na podstawie naszych lęków? – spytała, naprawdę niepewna, czy śmiać się, płakać, czy złościć. Sądziła, że stwór po prostu tutaj trochę za mocno popłynął!
Jej odczucia wobec Anthony’ego były skomplikowane, i stanowiły mieszankę dawnego sentymentu, wyrzutów sumienia, współczucia, ale też goryczy, rozczarowania i złości, która tylko przybrała na intensywności po tej ostatniej rozmowie. Nie myślała o niej wiele – bo Brenna wbrew pozorom, nawet jeśli często zwracała się ku przeszłości, nie rozpamiętywała i nie analizowała każdego jej szczegółu, gdy nie miał on żadnego znaczenia tu i teraz – ale teraz, gdy głos Borgina przemówił z ust tej istoty, gniew znowu się rozpalił.
Twierdził, że nie miał wyboru, ale to była największa bzdura, jaką można by wypowiedzieć. Żołnierz nie miał wyboru, jak dowódca rzucał go do ataku w beznadziejnej bitwie. Ktoś, kto pomagał temu, kto odpowiadał za atak na Beltane, gdy ożyły wszystkie jej lęki, wybór miał.
Chyba w czerwcu, na fali tamtego gniewu, gdyby usłyszała, że poszedł do Atreusa i plótł takie rzeczy, to poszłaby i mu przywaliła. Nigdy nie pomyślałaby, że Anthony coś takiego zrobi. Skąd mu to w ogóle przyszło do głowy? Nie wiedziała o liście, jaki Atreus posłał kumplowi i jak mocno wiadomość Stanleya namieszała w głowie młodszego Borgina. Dla niej nie miał prawa od nikogo żądać, by był jej rycerzem. Nie miał prawa opowiadać takich rzeczy, które brzmiały najmniej, jakby oświadczyła mu dramatycznie, że go nie chce, bo ma romans z jego kumplem. A przecież wtedy, dopiero na tym statku chyba, zaczęła myśleć, że to może nie tylko magia, że coś tkwi i w jej głowie, a ni cholery nie oczekiwała, że ze strony Bulstroda jest w tym cokolwiek poza ciekawością wywołaną całą otoczką. Nie próbowałaby tak mieszać między nimi i nie pojmowała, czemu był wtedy tak pewny, że ich dwójka jest razem. I potrzeba rycerza? Powinien znać ją lepiej. Sądziła, że kiedyś znał ją lepiej. Kiedyś byli jeśli nie przyjaciółmi, to czymś całkiem tego bliskim. Być może jednak Anthony zawsze widział w niej to, co chciał zobaczyć.
Ale od czerwca tamtego czasu zmieniło się wiele. Ostatni rok, dwa lata, zmieniały zresztą wszystko z prędkością błyskawicy. Teraz, w sierpniu, Anthony był zakochany w Greengrassównie, wiedziała, że miał na sumieniu gorsze rzeczy niż wbijanie sobie do głowy takich teorii, a ona przecież nie mogła próbować oszukiwać samej siebie, że nie, Atre nic jej nie obchodzi. Postanowiła więc że nie będzie szła przy najbliższej okazji do niego oznajmić mu, że jest idiotą.
Po prostu wyrzuci to, co tutaj usłyszała, z głowy.
– Mam chociaż nadzieję, że był wtedy bardzo pijany i nie opowiadał tego na trzeźwo – stwierdziła z dziwną miną, zanim z jej ust wyrwało się westchnienie. – Trzy zagadki. Trzy pomieszczenia. Trzy to magiczna liczba. Mam nadzieję, że za tymi drzwiami jest wyjście i nie zdołała upchnąć tutaj siedmiu sal.
Dom był spory, ale nie aż tak wielki, a przynajmniej Brenna na to liczyła. Bo siedem też było magiczną liczbą, ale czuła się zbyt zmęczona na kolejne cztery zagadki, a do licha, nie była nawet Krukonką. Wolała raczej siedzieć nad listą podejrzanych niż zastanawiać się, czy pierwsze było jajko, czy kura.
– Chyba nie lubię twojej ciotki – powiedziała, kiedy się odsunął, i wyjaśnił, o co mogło chodzić w tym poddaniu. Chociaż jej zdaniem ciągle ciężko było nie walczyć z czymś, co obalało cię na ziemię i próbowało udusić. To było paskudne. Może miało czegoś nauczyć, ale mogło złamać. Nie zostawiało się takich rzeczy w domach, które trafiały do twoich bratanków czy tam dzieci kuzynostwa. – Jestem pewna, że opowiedziałeś wtedy Orionowi jakąś bardzo zgrabną historyjkę – dodała, uśmiechając się do niego, tym razem już szczerzej. To nie tak, że to nią nie wstrząsnęło. I było naprawdę widać, że wstrząsnęło i nim. Nie pytała, czy wszystko w porządku, bo była pewna, że nie do końca i że pewnie niekoniecznie chciałby to przyznać. Ale w tej chwili po prostu cieszyła się, że to za nimi… chociaż zaraz pomyślała z pewną obawą, że cholera wie, co siedzi za kolejnymi drzwiami i co wcześniej „chodziło” po domu.
– Nikt nie radzi sobie ze wszystkim sam – stwierdziła, unosząc rękę, by na chwilę złapać jego dłoń i ją ucisnąć, kiedy poprawił jej włosy. Wobec niego rzadko uciekała się do tych gestów, które były tak naturalne wobec wszystkich innych, może dlatego, że naprawdę jakaś jej część zawsze nadmiernie analizowała, czy powinna je wykonać, ale teraz po prostu uznała, że chrzanić to wszystko, sam wyciągnął rękę pierwszy, a poza tym dalej czuła, że naprawdę, naprawdę nie chce być teraz sama. Chyba wolałaby już, żeby kolejna istota wyszła do niej z lustra, niż nie mieć teraz nikogo obok. Nie, to nie była prawda, że twierdziła, że nikogo nie potrzebuje. Ktoś, kto nie potrzebował absolutnie nikogo, był kłamcą albo kimś bardzo nieszczęśliwym. Ale nigdy nie potrzebowała rycerzy. – I w sumie to ja powinnam dziękować, bo jakkolwiek to nie zabrzmi, już ta piwnica jest lepsza niż siedzenie na tamtych schodach. Ale bardzo nie chciałabym siedzieć w wieży i czekać aż ktoś zabije dla mnie smoka…
Zawiesiła się jednak na moment, na tych przeprosinach. Za Borgina. Nie powinna tego słyszeć? Zaraz.
– Moment. To nie był… wymysł tego czegoś? Myślałam... myślałam, że ono to wszystko jakoś... nie wiem, wymyślało na podstawie naszych lęków? – spytała, naprawdę niepewna, czy śmiać się, płakać, czy złościć. Sądziła, że stwór po prostu tutaj trochę za mocno popłynął!
Jej odczucia wobec Anthony’ego były skomplikowane, i stanowiły mieszankę dawnego sentymentu, wyrzutów sumienia, współczucia, ale też goryczy, rozczarowania i złości, która tylko przybrała na intensywności po tej ostatniej rozmowie. Nie myślała o niej wiele – bo Brenna wbrew pozorom, nawet jeśli często zwracała się ku przeszłości, nie rozpamiętywała i nie analizowała każdego jej szczegółu, gdy nie miał on żadnego znaczenia tu i teraz – ale teraz, gdy głos Borgina przemówił z ust tej istoty, gniew znowu się rozpalił.
Twierdził, że nie miał wyboru, ale to była największa bzdura, jaką można by wypowiedzieć. Żołnierz nie miał wyboru, jak dowódca rzucał go do ataku w beznadziejnej bitwie. Ktoś, kto pomagał temu, kto odpowiadał za atak na Beltane, gdy ożyły wszystkie jej lęki, wybór miał.
Chyba w czerwcu, na fali tamtego gniewu, gdyby usłyszała, że poszedł do Atreusa i plótł takie rzeczy, to poszłaby i mu przywaliła. Nigdy nie pomyślałaby, że Anthony coś takiego zrobi. Skąd mu to w ogóle przyszło do głowy? Nie wiedziała o liście, jaki Atreus posłał kumplowi i jak mocno wiadomość Stanleya namieszała w głowie młodszego Borgina. Dla niej nie miał prawa od nikogo żądać, by był jej rycerzem. Nie miał prawa opowiadać takich rzeczy, które brzmiały najmniej, jakby oświadczyła mu dramatycznie, że go nie chce, bo ma romans z jego kumplem. A przecież wtedy, dopiero na tym statku chyba, zaczęła myśleć, że to może nie tylko magia, że coś tkwi i w jej głowie, a ni cholery nie oczekiwała, że ze strony Bulstroda jest w tym cokolwiek poza ciekawością wywołaną całą otoczką. Nie próbowałaby tak mieszać między nimi i nie pojmowała, czemu był wtedy tak pewny, że ich dwójka jest razem. I potrzeba rycerza? Powinien znać ją lepiej. Sądziła, że kiedyś znał ją lepiej. Kiedyś byli jeśli nie przyjaciółmi, to czymś całkiem tego bliskim. Być może jednak Anthony zawsze widział w niej to, co chciał zobaczyć.
Ale od czerwca tamtego czasu zmieniło się wiele. Ostatni rok, dwa lata, zmieniały zresztą wszystko z prędkością błyskawicy. Teraz, w sierpniu, Anthony był zakochany w Greengrassównie, wiedziała, że miał na sumieniu gorsze rzeczy niż wbijanie sobie do głowy takich teorii, a ona przecież nie mogła próbować oszukiwać samej siebie, że nie, Atre nic jej nie obchodzi. Postanowiła więc że nie będzie szła przy najbliższej okazji do niego oznajmić mu, że jest idiotą.
Po prostu wyrzuci to, co tutaj usłyszała, z głowy.
– Mam chociaż nadzieję, że był wtedy bardzo pijany i nie opowiadał tego na trzeźwo – stwierdziła z dziwną miną, zanim z jej ust wyrwało się westchnienie. – Trzy zagadki. Trzy pomieszczenia. Trzy to magiczna liczba. Mam nadzieję, że za tymi drzwiami jest wyjście i nie zdołała upchnąć tutaj siedmiu sal.
Dom był spory, ale nie aż tak wielki, a przynajmniej Brenna na to liczyła. Bo siedem też było magiczną liczbą, ale czuła się zbyt zmęczona na kolejne cztery zagadki, a do licha, nie była nawet Krukonką. Wolała raczej siedzieć nad listą podejrzanych niż zastanawiać się, czy pierwsze było jajko, czy kura.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.