12.09.2024, 13:42 ✶
– Uważasz, że duchy Kniei nie są wyjątkowe? – przeraziła się teatralnie Brenna, aż dłoń unosząc do ust. – No, no, lepiej żebyś na tego Ducha Kniei faktycznie nie wpadł. Słuchaj, unikaj zagajnika dzikich jabłoni na południe stąd, przy zniszczonym domu Elleen May, bo jak nic jak tam pójdziesz, to jak ona ci rąbnie jakąś klątwą…
Urwała, jakby chciała podkreślić, że aż słów jej brak na opisanie tego, jak bardzo byłby biedny, gdyby oberwał tą klątwą. A mówiła zapewne o miejscu, gdzie po dawno stojącym w Kniei domu pozostały już tylko fundamenty, i gdzie raczej w dzisiejszych czasach mało kto się zapuszczał.
I faktycznie stał tam kiedyś dom Elleen May, ale to już przyniosły jej szepty kamiennych fundamentów, echa zapamiętanej przez nie przeszłości, głosów, które dawno umilkły – i które dobiec mogły już tylko uszu widmowidza, nadmiernie ciekawskiego. Bo umarli już z pewnością wszyscy, którzy mogli pamiętać Elleen May i jej dom. Dla Ambroisa mogła to być po prostu kolejna bajka.
– Nawet moja matka nie nazywa mnie słodką. Przestała jakiś tysiąc lat temu. Widać od razu, że zna się pan bardziej na drzewach niż ludziach, panie Greengrass – westchnęła Brenna, tym razem kręcąc głową, niby to w dezaprobacie, być może zmieszanej trochę z rozczarowaniem. – Nie mam zamiaru wyprowadzać moich pająków, kim jestem, żeby decydować za nie, gdzie miałyby mieszkać? – spytała Brenna, jakby faktycznie trzymała w pokoju parę pajęczyn… Skrzatka to chyba dostałaby zawału, jakby doszło do czegoś takiego. Jakaś mogła ujść wyłupiastym oczom Malwy na poddaszu, ale na pewno nie w żadnym z pokoi zajętych na stałe przez domowników.
Poza tym Brenna nie odróżniłaby kątnika od krzyżaka. A magicznego pająka to poznałaby chyba tylko po tym, że byłby bardzo wielki i prawdopodobnie spróbował ją zjeść.
– Duch Kniei potrząsa drzewami, zrzucając z nich liście i dziewczyny? Cholera, to może jednak mówimy o zupełnie innych duchach, bo ten, którego ja znam, to jakoś nigdy nie przejawiał takich skłonności… Mam nadzieję, że nie chcesz mnie przerobić na tego ducha tym kijem? Się do tego nie nadaje, serio, połamałby się jak Robin Hoodowi w walce na moście – stwierdziła, niezbyt przejęta, wsuwając dłonie do kieszeni.
Uśmiechnęła się tylko na sugestie, że nie ma przyjaciół. To był szczery, pogodny uśmiech, na twarzy raczej sympatycznej niż jakoś specjalnie się wyróżniającej na tle innych urodą.
Pomyślała, że ten Greengrass pewnie nie jest duszą towarzystwa na przyjęciach. Nie żeby ona sama na nich błyszczała, ale właśnie dlatego, że zawsze się na nich jakiś przyjaciel trafił, mogła się nie przejmować docinkami. Gdyby stała tu jakaś małolata faktycznie uciekająca do lasu, bo nie miała nikogo bliskiego, pewnie by ją to ubodło.
A potem, że chyba bardzo zależało mu na tej ałyczy i bardzo chciał stąd Brennę przepłoszyć.
– W porządku, znajdę sobie inny fragment Kniei – oświadczyła pogodnie, bo drażnienie go było zabawne, ale też wyrosła już jednak z lat nastoletnich i niekoniecznie musiała stać tylko po to, by robić komuś na złość, gdy wyraźnie widziała, że ta osoba ma szczerze dość. Poza tym ta ałaczya mogła być jego babką. Albo dziadkiem. Albo ciotką. Greengrassowie byli w końcu nie tylko magomedykami.
Niektórzy opowiadali, że ci wiedza, o czym mówią drzewa i że po śmierci stają się z nimi jednością.
Brenna nie wiedziała w końcu, ile w tych opowieściach prawdy.
Zacisnęła palce na różdżce w kieszeni i ruszyła ku drzewom, w ruchu już zamieniając się w ciemną wilczycę: a potem pomknęła na czterech łapach po miękkiej trawie i paprociach, gdzieś w głąb lasu.
Urwała, jakby chciała podkreślić, że aż słów jej brak na opisanie tego, jak bardzo byłby biedny, gdyby oberwał tą klątwą. A mówiła zapewne o miejscu, gdzie po dawno stojącym w Kniei domu pozostały już tylko fundamenty, i gdzie raczej w dzisiejszych czasach mało kto się zapuszczał.
I faktycznie stał tam kiedyś dom Elleen May, ale to już przyniosły jej szepty kamiennych fundamentów, echa zapamiętanej przez nie przeszłości, głosów, które dawno umilkły – i które dobiec mogły już tylko uszu widmowidza, nadmiernie ciekawskiego. Bo umarli już z pewnością wszyscy, którzy mogli pamiętać Elleen May i jej dom. Dla Ambroisa mogła to być po prostu kolejna bajka.
– Nawet moja matka nie nazywa mnie słodką. Przestała jakiś tysiąc lat temu. Widać od razu, że zna się pan bardziej na drzewach niż ludziach, panie Greengrass – westchnęła Brenna, tym razem kręcąc głową, niby to w dezaprobacie, być może zmieszanej trochę z rozczarowaniem. – Nie mam zamiaru wyprowadzać moich pająków, kim jestem, żeby decydować za nie, gdzie miałyby mieszkać? – spytała Brenna, jakby faktycznie trzymała w pokoju parę pajęczyn… Skrzatka to chyba dostałaby zawału, jakby doszło do czegoś takiego. Jakaś mogła ujść wyłupiastym oczom Malwy na poddaszu, ale na pewno nie w żadnym z pokoi zajętych na stałe przez domowników.
Poza tym Brenna nie odróżniłaby kątnika od krzyżaka. A magicznego pająka to poznałaby chyba tylko po tym, że byłby bardzo wielki i prawdopodobnie spróbował ją zjeść.
– Duch Kniei potrząsa drzewami, zrzucając z nich liście i dziewczyny? Cholera, to może jednak mówimy o zupełnie innych duchach, bo ten, którego ja znam, to jakoś nigdy nie przejawiał takich skłonności… Mam nadzieję, że nie chcesz mnie przerobić na tego ducha tym kijem? Się do tego nie nadaje, serio, połamałby się jak Robin Hoodowi w walce na moście – stwierdziła, niezbyt przejęta, wsuwając dłonie do kieszeni.
Uśmiechnęła się tylko na sugestie, że nie ma przyjaciół. To był szczery, pogodny uśmiech, na twarzy raczej sympatycznej niż jakoś specjalnie się wyróżniającej na tle innych urodą.
Pomyślała, że ten Greengrass pewnie nie jest duszą towarzystwa na przyjęciach. Nie żeby ona sama na nich błyszczała, ale właśnie dlatego, że zawsze się na nich jakiś przyjaciel trafił, mogła się nie przejmować docinkami. Gdyby stała tu jakaś małolata faktycznie uciekająca do lasu, bo nie miała nikogo bliskiego, pewnie by ją to ubodło.
A potem, że chyba bardzo zależało mu na tej ałyczy i bardzo chciał stąd Brennę przepłoszyć.
– W porządku, znajdę sobie inny fragment Kniei – oświadczyła pogodnie, bo drażnienie go było zabawne, ale też wyrosła już jednak z lat nastoletnich i niekoniecznie musiała stać tylko po to, by robić komuś na złość, gdy wyraźnie widziała, że ta osoba ma szczerze dość. Poza tym ta ałaczya mogła być jego babką. Albo dziadkiem. Albo ciotką. Greengrassowie byli w końcu nie tylko magomedykami.
Niektórzy opowiadali, że ci wiedza, o czym mówią drzewa i że po śmierci stają się z nimi jednością.
Brenna nie wiedziała w końcu, ile w tych opowieściach prawdy.
Zacisnęła palce na różdżce w kieszeni i ruszyła ku drzewom, w ruchu już zamieniając się w ciemną wilczycę: a potem pomknęła na czterech łapach po miękkiej trawie i paprociach, gdzieś w głąb lasu.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.