Nie łatwo było o spokojne spotkanie, kiedy żadne z nich nie zamierzało spuścić z tonu. Zdecydowanie mieli dosyć trudne charaktery, co tylko utrudniało rozmowę, powinna się była tego spodziewać. Nie bez powodu zwróciła na niego uwagę, kiedy się poznali. Wydawało jej się teraz, że są do siebie podobni. Każde chciało rządzić swoim życiem, być niezależnym od innych, ale na to było już zbyt późno. Musieli współpracować, czy im się to podobało, czy nie. Może kiedyś uda im się rozmawiać w bardziej cywilizowany sposób. Początki relacji biznesowych, czy nie bywały mocno skomplikowane, a to było coś więcej niż tylko biznes. Od tego zależała ich przyszłość, wolność i jeszcze więcej rzeczy, na których stratę nie mogli sobie pozwolić.
- Nie, nie byłam wplątana w to, miałam tylko mu przynieść błotoryja. - Wysyczała jeszcze przez zęby. Gdyby nie to, że Ambroise przytargał go wtedy do Wiwerny żyłaby nadal w błogiej nieświadomości, co mogło być zdecydowanie wygodniejsze. Nie wiedziałaby, że jej klientowi stała się krzywda, nie miałaby pojęcia o tym, że może ją ktoś z tym powiązać. To byłoby prostsze.
Powinni zainteresować się tym, kto mu to zrobił. Powinni znaleźć faktycznego winnego odpowiedzialnego za śmierć Rosiera, chociaż czy to by coś teraz zmieniło, skoro to oni zakopali go w lesie? Zbyt wiele myśli ją nawiedzało, nie miała pojęcia, które naprawdę miały sens, a które mogły tylko namieszać. Trochę za dużo się działo, a ona nie była w pełni sił, nie myślała jasno, była kurewsko zmęczona tym wszystkim.
- Mojego ojca w to nie mieszaj! - Uderzył chyba w najbardziej czuły punkt. Yaxleyówna była bardzo związana z Gerardem, chciała być najlepszą wersją siebie po to, aby był z niej dumny. Wychowywanie w domu pełnym męskich potomków, którzy mieli większe predyspozycje do tego, aby zajmować się tym, co ona. Inni członkowie rodziny nie mogli zrozumieć dlaczego ojciec pozwalał jej na to wszystko. Wydawało im się, że to tylko chwilowe zachcianki bogatej dziewuchy, a ona znalazła w tym sposób na życie. Wychowywał Ger na podobą sobie, chociaż kobiety raczej nie były miło widziane w towarzystwie łowców. On coś w niej widział, to czego inni nie dostrzegali, nie mogła go zawieść. Nie chciała jednak go kłopotać swoimi problemami, musiała sobie ze wszystkim teraz poradzić sama, znaczy nie do końca sama bo jeszcze było tu miejsce dla Greengrassa, co niesamowicie ją irytowało.
- Nikt nie wyrządził mi krzywdy, sama tego chciałam, sama sobie to zrobiłam. - Sięgnęła ponownie po papierośnicę i wsadziła sobie peta w usta, odpaliła go niemalże od razu, zaciągnęła się dymem. Musiała się uspokoić, bo zbliżała się do granicy, a nie chciała wyrzucać z siebie słów, które mogły przynieść jeszcze więcej problemów. Czasem się zastanawiała, jakby to było, gdyby postępowała tak, jak chciała jej matka. Gdyby wybrała dla siebie inną ścieżkę, jak chociażby ciepłą posadkę w ministerstwie. Nie sprawiałaby problemów, nie pakowała się ciągle w jakieś gówno. Wiedziała, że by się tam udusiła, prędzej, czy później, nie miała pojęcia skąd brało się u niej to ciągłe podążanie za niebezpieczeństwem. Może faktycznie krew Yaxleyów robiła swoje, może nie chodziło tylko wychowanie. Nie potrafiła tego ujarzmić.
- Nigdy się o nikogo nie troszczyłam. - Rzuciła w eter. Może na swoje wytłumaczenie? Nie potrafiła tego robić. Jak do tej pory jedyną osobą którą się przejmowała była ona sama. Jasne, miała znajomych, pilnowała Erika w Hogwarcie, gdy dowiedziała się, że jest wilkołakiem, czy walczyła w imię swoich mugolskich przyjaciół. Zawsze jednak robiła to siłą, w tym przypadku to nie była metoda, a ona nie umiała działać inaczej niżeli siłą. Wkurwiało ją to strasznie.
- Chuja warta łowczyni. - Zdawała sobie sprawę, że zawiodła. Nie musiał jej tego przypominać. Miała świadomość, że powinna była wymyślić inne rozwiązanie, ale nie mieli czasu. Działali nie do końca przemyślanie i teraz przyszło im się mierzyć z konsekwencjami. Póki co może nie były zauważalne, poza tym, co działo się w ich głowach, ale mogło się to skończyć różnie.
- Nie potrafię stać z boku, zawsze jestem pierdolonym okiem cyklonu. - Nie musiała się odsuwać, brała to czego chciała, tym razem nie mogło tak być i zdecydowanie nie chciała się z tym pogodzić.
Nadal uważała, że wina była równa, dlatego nie umiała znieść tej myśli, że go dotknęło to bardziej. Nie chciała tego dla niego, to było niesprawiedliwe, dlatego zamierzała odpokutować swoje winy. Przyłazić tu i sprawdzać, czy jakoś się ma, zawracać mu dupę, aby się w tym wszystkim nie zatracił. Nie potrafiła postawić się na jego miejscu, ale to nie oznaczała, że nie była gotowa spróbować go wesprzeć.
- Mówiłam ci, że znam się na transmutacji. - Wzruszyła jedynie ramionami i pociągnęła kolejny łyk alkoholu z butelki, a później zrobiła coś głupiego. Sięgnęła po różdżkę, którą miała przy pasie i rzuciła na siebie zaklęcie. Bez sensu było o tym opowiadać, skoro mogła mu to pokazać. Tak było szybciej. Zamiast Yaxleyówny na jej miejscu siedział niezwykle uroczy, czarno-biały skunks. Zeskoczył z fotela, aby zaprezentować się w pełnej okazałości. Trwało to krótką chwilę, bo niemalże od razu wróciła do swojej ludzkiej formy. - Niestety to nie nietoperz. - Dodała jeszcze nadal stojąc przed Greengrassem.