13.09.2024, 07:53 ✶
Sprawa z Anthonym była o tyleż dodatkowo skomplikowana, że Brenna przecież z jednej strony bardzo nie chciała Atreusowi komplikować życia i przyjaźni… a z drugiej to wcale nie uważała, aby komuś, kto jest aurorem, i którego rodzina zaczęła się mieszać w Zakon jedno po drugim, służyła przyjaźń ze zwolennikami Voldemorta.
A była pewna, że Stanley jest śmierciożercą. Od dnia, gdy Patrick przekazał jej informacje od Harper, nie brała pod uwagę innego scenariusza. Tony zaś w pewnym sensie sam się jej przyznał, że może i znaku nie ma, ale dzielnie wspomaga swoją rodzinę w drodze do uzyskania władzy i przywilejów, zostawiając za sobą całe stosy trupów, bo kto by się tam przejmował.
Kiwnęła więc po prostu głową, postanawiając nie wnikać i nie kontynuować. Nawet jeżeli znowu tam jej przyszło do łba, że chyba jednak Atreus f a k t y c z n i e poskarżył się kolegom, że jest przez nią dręczony i napastowany.
– Ja też – przyznała krótko, bo o ile nie mogła życzyć Borginowi szczęścia ogólnie, jego szczęście byłoby przecież nieszczęściem jej rodziny, to mogła mu już życzyć, aby był szczęśliwy z idealną pod każdym względem Roselyn. Nie miała wątpliwości, że ta będzie dużo lepszą partnerką niż Brenna mogłaby być i życzyła im tego, co najlepsze. Niezależnie od Atreusa nawet, chociaż okłamywałaby samą siebie, gdyby nie przyznawała przed sobą, że powiedziała mu, że może wpaść na tę plażę, jeżeli ma ochotę, trochę z nadzieją, że coś między sobą wyjaśnią. Obojętnie w którą stronę.
W gruncie rzeczy nie powiedzieli tam prawie nic, ale chyba do pewnego stopnia tak było, bo już nawet nie szukała wyjaśnień. Brała sytuację taką, jaka była.
Nic na górze nie powarkiwało. Nie słyszała skrzypnięć, odgłosu kroków, pazurów, szorujących po ścianach, chociaż przez chwilę tego nasłuchiwała. Herbata w kuchni dawno wystygła, a jej efekty też przeminęły, chociaż Brenna trwała w błogiej nieświadomości, co do czego, co te wywołało.
– Mój ojciec czasem po prostu kładł nieopakowany prezent gdzieś między moimi rzeczami i czekał jak szybko go zauważę – powiedziała, a po jej ustach przemknął lekki uśmiech. Najwyraźniej pewne rzeczy faktycznie były specyficzne dla niektórych rodów. Jeremiah zawsze chciał uczyć córkę spostrzegawczości i uważnej obserwacji otoczenia. – Chociaż poszukiwanie prezentów nie brzmi źle. Nam chowali w sadzie czekoladowe jajka na Ostarę.
A Brenna biegała za nimi dosłownie jak szalona.
Posłała mu uśmiech znad ich splecionych dłoni.
– Da się być b a r d z i e j bezczelnym? – zdziwiła się obłudnie, bo niby wiedziała, że się dało, ale tak ogólnie, to Bulstrode był bardziej bezczelny nawet od niej, a to już było swego rodzaju osiągnięcie. Bywały okoliczności, w których Brenna bezczelna była przecież okrutnie. – Jesteś aurowidzem. Nawet gdybym chciała skłamać i tak wiesz, jak jest – odparła po prostu, chyba ani odrobinę tym nie zakłopotana. Kogo mogła oszukać pod tym względem, jakąś grupkę filarów chyba, bo nie jego. Było lepiej, od chwili, gdy się pojawił i nawet w tej cholernej piwnicy nie wpadała aż w taką panikę, jak tam. Było lepiej, kiedy trzymała go za rękę. – Fundacja Mulciberów – parsknęła, ale nie uśmiechała się tym razem. Ich poglądy były jasne, a w dodatku poza młodym Charlim, który chyba był wtedy trochę wstrząśnięty, każdy członek rodziny, na którego wpadała, był… raczej dość nieprzyjemny. Mogła ulegać stereotypom, ale w obliczu wojny czuła się całkiem usprawiedliwiona. – Ciekawe, czy wydałby je na ćpanie, czy na kobiety – skwitowała. – Ktoś z twojej rodziny był tak szalony, żeby sypnąć mu pieniędzmi? Mroczne lustra, wyciągające wszystkie nasze lęki to jedno, ale finansowanie Alexandra…
A była pewna, że Stanley jest śmierciożercą. Od dnia, gdy Patrick przekazał jej informacje od Harper, nie brała pod uwagę innego scenariusza. Tony zaś w pewnym sensie sam się jej przyznał, że może i znaku nie ma, ale dzielnie wspomaga swoją rodzinę w drodze do uzyskania władzy i przywilejów, zostawiając za sobą całe stosy trupów, bo kto by się tam przejmował.
Kiwnęła więc po prostu głową, postanawiając nie wnikać i nie kontynuować. Nawet jeżeli znowu tam jej przyszło do łba, że chyba jednak Atreus f a k t y c z n i e poskarżył się kolegom, że jest przez nią dręczony i napastowany.
– Ja też – przyznała krótko, bo o ile nie mogła życzyć Borginowi szczęścia ogólnie, jego szczęście byłoby przecież nieszczęściem jej rodziny, to mogła mu już życzyć, aby był szczęśliwy z idealną pod każdym względem Roselyn. Nie miała wątpliwości, że ta będzie dużo lepszą partnerką niż Brenna mogłaby być i życzyła im tego, co najlepsze. Niezależnie od Atreusa nawet, chociaż okłamywałaby samą siebie, gdyby nie przyznawała przed sobą, że powiedziała mu, że może wpaść na tę plażę, jeżeli ma ochotę, trochę z nadzieją, że coś między sobą wyjaśnią. Obojętnie w którą stronę.
W gruncie rzeczy nie powiedzieli tam prawie nic, ale chyba do pewnego stopnia tak było, bo już nawet nie szukała wyjaśnień. Brała sytuację taką, jaka była.
Nic na górze nie powarkiwało. Nie słyszała skrzypnięć, odgłosu kroków, pazurów, szorujących po ścianach, chociaż przez chwilę tego nasłuchiwała. Herbata w kuchni dawno wystygła, a jej efekty też przeminęły, chociaż Brenna trwała w błogiej nieświadomości, co do czego, co te wywołało.
– Mój ojciec czasem po prostu kładł nieopakowany prezent gdzieś między moimi rzeczami i czekał jak szybko go zauważę – powiedziała, a po jej ustach przemknął lekki uśmiech. Najwyraźniej pewne rzeczy faktycznie były specyficzne dla niektórych rodów. Jeremiah zawsze chciał uczyć córkę spostrzegawczości i uważnej obserwacji otoczenia. – Chociaż poszukiwanie prezentów nie brzmi źle. Nam chowali w sadzie czekoladowe jajka na Ostarę.
A Brenna biegała za nimi dosłownie jak szalona.
Posłała mu uśmiech znad ich splecionych dłoni.
– Da się być b a r d z i e j bezczelnym? – zdziwiła się obłudnie, bo niby wiedziała, że się dało, ale tak ogólnie, to Bulstrode był bardziej bezczelny nawet od niej, a to już było swego rodzaju osiągnięcie. Bywały okoliczności, w których Brenna bezczelna była przecież okrutnie. – Jesteś aurowidzem. Nawet gdybym chciała skłamać i tak wiesz, jak jest – odparła po prostu, chyba ani odrobinę tym nie zakłopotana. Kogo mogła oszukać pod tym względem, jakąś grupkę filarów chyba, bo nie jego. Było lepiej, od chwili, gdy się pojawił i nawet w tej cholernej piwnicy nie wpadała aż w taką panikę, jak tam. Było lepiej, kiedy trzymała go za rękę. – Fundacja Mulciberów – parsknęła, ale nie uśmiechała się tym razem. Ich poglądy były jasne, a w dodatku poza młodym Charlim, który chyba był wtedy trochę wstrząśnięty, każdy członek rodziny, na którego wpadała, był… raczej dość nieprzyjemny. Mogła ulegać stereotypom, ale w obliczu wojny czuła się całkiem usprawiedliwiona. – Ciekawe, czy wydałby je na ćpanie, czy na kobiety – skwitowała. – Ktoś z twojej rodziny był tak szalony, żeby sypnąć mu pieniędzmi? Mroczne lustra, wyciągające wszystkie nasze lęki to jedno, ale finansowanie Alexandra…
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.