13.09.2024, 08:03 ✶
Zawsze odrobinę go bawiło to jaką reputację sobie wykuł i to jak ona się miała do momentów, kiedy faktycznie znajdywał się z kimś w związku. Stanley o chyba któregoś razu mu ładnie podsumował, kiedy kolejnego razu przyszedł do niego oznajmiając, że to ta jedyna. Bo tak trochę było - kiedy sobie kogoś znajdował na poważnie, to było to nagłe i na zabój. Ale czy był to jego charakter, czy może sam fakt z jaką częstotliwością przyjmował na siebie cudze uczucia, jego własne były w stanie przemijać niezwykle szybko. Zakochiwał się odkochiwał i w sumie od czasu Lorraine to chyba dopiero Elaine była jakimś większym kamieniem milowym w jego życiu. Bo u niej nie było tego nagłego, gorącego uczucia, a ekscytacja że znalazło się kogoś, kto chciał z nim zagrać w głupią grę. I tę rozkładaną za pomocą kart i tę w którą bawili się własnymi emocjami, niby to poddając się wynikowi zakładu, ale starając się jednocześnie podejść do niego jak najbardziej rzetelnie. I cholera, on faktycznie w pewnym momencie uważał, że coś z tego będzie. Że pierścionek na palcu Delacour zostanie na dłużej i że mogli się ładnie dopełniać. Ale przyszło Beltane, przyszła więź i nic już nie było tak kolorowe. W sumie już wcześniej nie było, ale chyba nie chciał tego dostrzegać.
Z Brenną było inaczej - Atreus nie chciał tego, co było między nimi i wiedział, że ona też tego nie chciała. Magia bruździła w ich życiu, zmuszała ich do pewnych rzeczy i ciągnęła do siebie w nieznośny sposób. Nie było mowy o autentycznym uczuciu, kiedy w jakiejś irytacji dopatrywali się w każdym swoim zachowaniu nieszczerości. I nie chodziło o to, że chcieli to drugie wprowadzić w błąd, a o to że sami nie byli w stanie rozróżnić co jest prawdziwe.
- Anthony, co ty pierdolisz? - zapytał, unosząc ku górze brwi i uśmiechając się trochę z politowaniem. W życiu nie nazwałby tego miłością, ani zakochaniem. Doskonale przecież widział tego typu rzeczy i cholera, gdyby Brenna Longbottom była w nim zakochana, to przecież by to zauważył. Z pewnym zawahaniem sięgnął po szklankę, dochodząc do wniosku, że na trzeźwo to on tego wszystkiego nie weźmie, skoro mają zamiar uderzać w takie tematy. A jak się znieczuli to może sam nie złamie Borginowi nosa.
O jak go zaraz tutaj pokurwi, bo Atreus czuł się, jakby omawiali jakąś nastkę, która ma w głowie nic i nie umie myśleć sama za siebie. A w ogóle to panna Longbottom była wszystkiemu winna, a nie że miał się o nią martwić. To przez nią nie sypiał po nocach, bo łaziła nie wiadomo gdzie i robiła nie wiadomo co, a on wykreślał tylko z kalendarza kolejną noc z rzędu. Kiedy Antoś mówił swoje, to jego kolega skupił spojrzenie na pustej już szklance, czym prędzej zabierając się za naprawienie tego błędu i uzupełnienie braków alkoholowych sobie i paniczowi ze złamanym sercem.
W jednej sprawie miał jednak Borgin rację - w takich chujowych czasach źle być samemu. Znaczy w każdych innych warunkach to by mu Atreus chętnie przyklasnął, ale teraz wolał żeby go Longbottom zostawiła w spokoju, albo chociaż przystopowała z przygodami, bo on nie miał mocy przerobowych, żeby spać dwie godziny dziennie.
- Słuchaj, ja bardzo, ale to bardzo nie chcę być rycerzem Brenny. Nie mówiąc o tym, że odnoszę wrażenie, że ona akurat nie chce nikogo. Ciebie, mnie - nikogo. Uwierz mi, gdyby było inaczej to bym to przecież kurwa zauważył - wychylił te swoją szklankę najszybciej jak się dało, nawet się na niego nie oglądając. - Dała ci kosza, współczuję. Serio. Bo wiem, że ci na niej zależało. Że wciąż zależy, ale... - złagodniał na chwilę, jednocześnie wyraźnie się wahając. - Ona chyba nigdy nie dawała ci nadziei na to, że jest dla was przyszłość, prawda?
Z Brenną było inaczej - Atreus nie chciał tego, co było między nimi i wiedział, że ona też tego nie chciała. Magia bruździła w ich życiu, zmuszała ich do pewnych rzeczy i ciągnęła do siebie w nieznośny sposób. Nie było mowy o autentycznym uczuciu, kiedy w jakiejś irytacji dopatrywali się w każdym swoim zachowaniu nieszczerości. I nie chodziło o to, że chcieli to drugie wprowadzić w błąd, a o to że sami nie byli w stanie rozróżnić co jest prawdziwe.
- Anthony, co ty pierdolisz? - zapytał, unosząc ku górze brwi i uśmiechając się trochę z politowaniem. W życiu nie nazwałby tego miłością, ani zakochaniem. Doskonale przecież widział tego typu rzeczy i cholera, gdyby Brenna Longbottom była w nim zakochana, to przecież by to zauważył. Z pewnym zawahaniem sięgnął po szklankę, dochodząc do wniosku, że na trzeźwo to on tego wszystkiego nie weźmie, skoro mają zamiar uderzać w takie tematy. A jak się znieczuli to może sam nie złamie Borginowi nosa.
O jak go zaraz tutaj pokurwi, bo Atreus czuł się, jakby omawiali jakąś nastkę, która ma w głowie nic i nie umie myśleć sama za siebie. A w ogóle to panna Longbottom była wszystkiemu winna, a nie że miał się o nią martwić. To przez nią nie sypiał po nocach, bo łaziła nie wiadomo gdzie i robiła nie wiadomo co, a on wykreślał tylko z kalendarza kolejną noc z rzędu. Kiedy Antoś mówił swoje, to jego kolega skupił spojrzenie na pustej już szklance, czym prędzej zabierając się za naprawienie tego błędu i uzupełnienie braków alkoholowych sobie i paniczowi ze złamanym sercem.
W jednej sprawie miał jednak Borgin rację - w takich chujowych czasach źle być samemu. Znaczy w każdych innych warunkach to by mu Atreus chętnie przyklasnął, ale teraz wolał żeby go Longbottom zostawiła w spokoju, albo chociaż przystopowała z przygodami, bo on nie miał mocy przerobowych, żeby spać dwie godziny dziennie.
- Słuchaj, ja bardzo, ale to bardzo nie chcę być rycerzem Brenny. Nie mówiąc o tym, że odnoszę wrażenie, że ona akurat nie chce nikogo. Ciebie, mnie - nikogo. Uwierz mi, gdyby było inaczej to bym to przecież kurwa zauważył - wychylił te swoją szklankę najszybciej jak się dało, nawet się na niego nie oglądając. - Dała ci kosza, współczuję. Serio. Bo wiem, że ci na niej zależało. Że wciąż zależy, ale... - złagodniał na chwilę, jednocześnie wyraźnie się wahając. - Ona chyba nigdy nie dawała ci nadziei na to, że jest dla was przyszłość, prawda?