13.09.2024, 10:29 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.09.2024, 11:49 przez Brenna Longbottom.)
Nigdy nie poznała przepowiedni babki: była zbyt młoda, gdy ją wygłoszono, za młoda, aby ktoś chciał obarczać wtedy Brennę takim ciężarem. Przepowiednie i inne rzeczy, z którymi ktoś musiał sobie poradzić, zaczęły trafiać do niej dopiero potem. I wiedziała, że wuja teraz coś dręczy, wspomnienie dawnej miłości, rozdrapana rana, wiedziała to od dnia, gdy rozmawiała z nim nad tym nieszczęsnym, posłanym mu tortem.
Zostaw go, zapomnij, to były jedyne rady, jakich umiała udzielić.
Jesteś Morfeuszem, nie Odyseuszem, myślała, kiedy na niego patrzyła.
Powinieneś wiedzieć najlepiej.
Każdy sen, nawet najpiękniejszy, zbyt długo śniony, zamienia się w koszmar.
Nawet sny powstają tylko dzięki temu, czego doświadczamy na jawie.
Ale tu i teraz nie myślała o torcie, o hiacyntach, o tym, jak długo potrafiła trwać miłość, nawet jeśli nie miała skromnej choćby pożywki pod postacią wymienianych uśmiechów, uścisków dłoni czy całych lat wspólnie spędzanych, szczęśliwych lat, które można było tylko wspominać, gdy drugą stroną pochłaniała zimna ziemia. Myślała o ogniu, dymie i jesiennych liściach.
– To dobrze – kiwnęła głową, bo dobrze, że miał własny, mogła swój zachować dla kogoś innego. – Też wylosowałam taką niewidkę, i zdaje się całkiem przyzwoita, minie trochę czasu, zanim zacznie tracić moc.
Była tylko jedna peleryna, która tej mocy nigdy nie traciła, Dar Śmierci z bajki, artefakt rodziny matki Brenny, opowieść, co do której nie wiedziała nawet, że jest prawdziwa – i że jej kuzyn przemyka pod osłoną tej peleryny przez szkolne korytarze, u boku przyjaciół.
– Jesteś pewny, że ci się nie przyda w Departamencie Tajemnic? – spytała. Nie protestowała w sprawie trzewików, nie widziała Morpheusa wbiegającego po ścianach czy chodzącego po sufitach, za to być może faktycznie przyda się im to podczas którejś misji bojowej, zwłaszcza, że ona ma podobną. – Mam też veritaserum. Ta loteria była podejrzana. Przydadzą się nam te rzeczy, ale nie podoba mi się, ile osób je dostało. Musimy się spodziewać, że ktoś może się pod kogoś podszywać… ty tu masz pewne ułatwienie. Gdybyś miał wątpliwości… to się nawet nie zastanawiaj.
Wiedziała, że Morpheus rzadko próbował zaglądać w przyszłość swoich krewnych, ale być może należało zacząć. Zwłaszcza gdyby dostrzegł cokolwiek podejrzanego w ich zachowaniu.
– Ich chyba nie obchodzi, kto ucierpi – westchnęła. Też myślała tak, jak Morpheus, a potem nadeszło Beltane. – Postaram się kupić parę legalnych świstoklików, wiodących obojętnie gdzie. Ot byle były bezpieczne, i tak do użycia tylko w sytuacji ekstremalnej, gdyby trzeba było kogoś szybko ewakuować. – Ruiny na wrzosowisku… są wypełnione dobrą magią, to może być dobry punkt, jeśli… jeśli nie moglibyśmy użyć Warowni. Pogadam z kilkoma osobami. Mamy jeszcze przynajmniej prawie dwa miesiące, zanim liście zaczną żółknąć. I gdybym miała coś obstawiać, to Mabon albo Samhain.
Voldemort lubił taką symbolikę. Nawet kiedyś pisała w liście, że 1 kwietnia pewnie zaatakowałby tylko, gdyby to były urodziny Slytherina.
– Porozmawiasz z tatą i Erikiem, czy ja mam to zrobić?
Zostaw go, zapomnij, to były jedyne rady, jakich umiała udzielić.
Jesteś Morfeuszem, nie Odyseuszem, myślała, kiedy na niego patrzyła.
Powinieneś wiedzieć najlepiej.
Każdy sen, nawet najpiękniejszy, zbyt długo śniony, zamienia się w koszmar.
Nawet sny powstają tylko dzięki temu, czego doświadczamy na jawie.
Ale tu i teraz nie myślała o torcie, o hiacyntach, o tym, jak długo potrafiła trwać miłość, nawet jeśli nie miała skromnej choćby pożywki pod postacią wymienianych uśmiechów, uścisków dłoni czy całych lat wspólnie spędzanych, szczęśliwych lat, które można było tylko wspominać, gdy drugą stroną pochłaniała zimna ziemia. Myślała o ogniu, dymie i jesiennych liściach.
– To dobrze – kiwnęła głową, bo dobrze, że miał własny, mogła swój zachować dla kogoś innego. – Też wylosowałam taką niewidkę, i zdaje się całkiem przyzwoita, minie trochę czasu, zanim zacznie tracić moc.
Była tylko jedna peleryna, która tej mocy nigdy nie traciła, Dar Śmierci z bajki, artefakt rodziny matki Brenny, opowieść, co do której nie wiedziała nawet, że jest prawdziwa – i że jej kuzyn przemyka pod osłoną tej peleryny przez szkolne korytarze, u boku przyjaciół.
– Jesteś pewny, że ci się nie przyda w Departamencie Tajemnic? – spytała. Nie protestowała w sprawie trzewików, nie widziała Morpheusa wbiegającego po ścianach czy chodzącego po sufitach, za to być może faktycznie przyda się im to podczas którejś misji bojowej, zwłaszcza, że ona ma podobną. – Mam też veritaserum. Ta loteria była podejrzana. Przydadzą się nam te rzeczy, ale nie podoba mi się, ile osób je dostało. Musimy się spodziewać, że ktoś może się pod kogoś podszywać… ty tu masz pewne ułatwienie. Gdybyś miał wątpliwości… to się nawet nie zastanawiaj.
Wiedziała, że Morpheus rzadko próbował zaglądać w przyszłość swoich krewnych, ale być może należało zacząć. Zwłaszcza gdyby dostrzegł cokolwiek podejrzanego w ich zachowaniu.
– Ich chyba nie obchodzi, kto ucierpi – westchnęła. Też myślała tak, jak Morpheus, a potem nadeszło Beltane. – Postaram się kupić parę legalnych świstoklików, wiodących obojętnie gdzie. Ot byle były bezpieczne, i tak do użycia tylko w sytuacji ekstremalnej, gdyby trzeba było kogoś szybko ewakuować. – Ruiny na wrzosowisku… są wypełnione dobrą magią, to może być dobry punkt, jeśli… jeśli nie moglibyśmy użyć Warowni. Pogadam z kilkoma osobami. Mamy jeszcze przynajmniej prawie dwa miesiące, zanim liście zaczną żółknąć. I gdybym miała coś obstawiać, to Mabon albo Samhain.
Voldemort lubił taką symbolikę. Nawet kiedyś pisała w liście, że 1 kwietnia pewnie zaatakowałby tylko, gdyby to były urodziny Slytherina.
– Porozmawiasz z tatą i Erikiem, czy ja mam to zrobić?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.