13.09.2024, 11:48 ✶
Brenna nie paliła, ale przywykła do dymu. W siedzibie Brygady Uderzeniowej zawsze unosiły się trzy zapachy: pączków, kawy i papierosów. Kiedyś nie przepadała za paleniem w jej obecności, od lat jednak nie zwracała już na to uwagi, a zapach, który wżerał się w ubrania kolegów, krewnych i nawet jej własną marynarkę (o ile nie zniszczyła jej tak szybko, że nie zdążył) stał się już czymś neutralnym.
– Spokojnie – powiedziała, unosząc obie dłonie, gdy zalała ją ta powódź słów. Sama gadała bardzo dużo, ale to nie była jedna z tych sytuacji, w której mówić zamierzała, bo gdy przychodziło do działania… to Brenna po prostu to robiła. – Biorę pod uwagę, że nie chciał z tobą rozmawiać – przyznała. – Ale biorę pod uwagę, że jest inaczej, wiec to sprawdzimy.
Gdyby tylko nie chciał rozmawiać z Bagshotem, cóż, to często się zdarzało. Niektórzy ludzie mieli problemy z odmawianiem wprost, woleli rzucać jakieś „później”, co prowadziło nieraz do nieporozumień. Skoro jednak nie pojawił się także w pracy i nikt nie wiedział, gdzie mężczyzny szukać, a planował zaprezentować światu swoje… ryzykowne nieco poglądy, Brenna nie mogła całkowicie wykluczyć, że wpadł w jakieś kłopoty.
Za często po takich historiach znajdowali trupa.
Zbyt wiele razy sprawdzali je jako Zakon, tam gdzie MM nie miało jeszcze dość podstaw do działania – i nawet jeżeli często okazywało się, że nic się nie działo, to bywało, że pojawiały się problemy.
Już absolutny brak zabezpieczeń trochę Brennę zdziwił. Świadczył albo o nierozwadze, albo o absolutnym braku środków, albo o tym, że mężczyzna zapomniał mieszkanie zabezpieczyć, gdy ostatnio je opuścił.
– Kaptur na głowę. Nie wymawiaj w środku żadnych imion, niczego nie dotykaj – mruknęła cicho, wyciągając rękawiczki z kieszeni, zanim szarpnęła za klamkę. Isaac nie mógł tego wiedzieć, ale przestroga wynikała z tego, że Brenna nie chciała, aby w razie czego rozpoznał go widmowidz. Sama machnęła różdżką przy własnej twarzy, kolejna drobna modyfikacja.
Wprawdzie gdyby miał trafić tu widmowidz z MM, prawdopodobnie byłaby to ona, ale lepiej było nie ryzykować. Zwłaszcza, że tego człowieka mogło szukać nie tylko MM.
Z tego samego względu za progiem nie zapaliła światła, a pozwoliła, by rozbłysła jej różdżka tylko trochę, tak by oświetlić nieco im drogę. I zmarszczyła brwi, bo już za progiem dało się dostrzec, że wprawdzie nie widać trupów ani śladów walki, ale… buty w przedpokoju były porozrzucane, szafa otwarta, na podłodze leżała zimowa kurtka, na którą było o wiele za ciepło. Brenna ostrożnie przeszła dalej i zajrzała do kuchni: w zlewie wciąż stały brudne naczynia, tu szafki były pozamykane, za to w drugim pomieszczeniu, salonie i sypialni zarazem, na podłodze leżało trochę ubrań.
– Spokojnie – powiedziała, unosząc obie dłonie, gdy zalała ją ta powódź słów. Sama gadała bardzo dużo, ale to nie była jedna z tych sytuacji, w której mówić zamierzała, bo gdy przychodziło do działania… to Brenna po prostu to robiła. – Biorę pod uwagę, że nie chciał z tobą rozmawiać – przyznała. – Ale biorę pod uwagę, że jest inaczej, wiec to sprawdzimy.
Gdyby tylko nie chciał rozmawiać z Bagshotem, cóż, to często się zdarzało. Niektórzy ludzie mieli problemy z odmawianiem wprost, woleli rzucać jakieś „później”, co prowadziło nieraz do nieporozumień. Skoro jednak nie pojawił się także w pracy i nikt nie wiedział, gdzie mężczyzny szukać, a planował zaprezentować światu swoje… ryzykowne nieco poglądy, Brenna nie mogła całkowicie wykluczyć, że wpadł w jakieś kłopoty.
Za często po takich historiach znajdowali trupa.
Zbyt wiele razy sprawdzali je jako Zakon, tam gdzie MM nie miało jeszcze dość podstaw do działania – i nawet jeżeli często okazywało się, że nic się nie działo, to bywało, że pojawiały się problemy.
Już absolutny brak zabezpieczeń trochę Brennę zdziwił. Świadczył albo o nierozwadze, albo o absolutnym braku środków, albo o tym, że mężczyzna zapomniał mieszkanie zabezpieczyć, gdy ostatnio je opuścił.
– Kaptur na głowę. Nie wymawiaj w środku żadnych imion, niczego nie dotykaj – mruknęła cicho, wyciągając rękawiczki z kieszeni, zanim szarpnęła za klamkę. Isaac nie mógł tego wiedzieć, ale przestroga wynikała z tego, że Brenna nie chciała, aby w razie czego rozpoznał go widmowidz. Sama machnęła różdżką przy własnej twarzy, kolejna drobna modyfikacja.
Wprawdzie gdyby miał trafić tu widmowidz z MM, prawdopodobnie byłaby to ona, ale lepiej było nie ryzykować. Zwłaszcza, że tego człowieka mogło szukać nie tylko MM.
Z tego samego względu za progiem nie zapaliła światła, a pozwoliła, by rozbłysła jej różdżka tylko trochę, tak by oświetlić nieco im drogę. I zmarszczyła brwi, bo już za progiem dało się dostrzec, że wprawdzie nie widać trupów ani śladów walki, ale… buty w przedpokoju były porozrzucane, szafa otwarta, na podłodze leżała zimowa kurtka, na którą było o wiele za ciepło. Brenna ostrożnie przeszła dalej i zajrzała do kuchni: w zlewie wciąż stały brudne naczynia, tu szafki były pozamykane, za to w drugim pomieszczeniu, salonie i sypialni zarazem, na podłodze leżało trochę ubrań.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.