- Żebyś się nie zdziwił. - Nie zamierzała mu się podporządkować, wiedziała, że ma do czynienia z trudnym przeciwnikiem, ale nie zamierzała się poddawać, to tylko ją motywowało do tego, żeby intensywniej myśleć nad tym, co mówiła, czy robiła. Może i była przekorna, ale to nie była jedyna rzecz, która warunkowała to, co zamierzała uczynić.
- Oczywiście. - Nie potrzebowała przecież do tego okazji, taka już była. Jasne, można by pod to podpiąć łatkę łowcy, ale jej zawód nie był jedynym co ją ukształtowało. Wychowanie to jedno, a charakter to tego zupełnie inna część. Większość łowców, których znała była raczej mrukliwa i nie do końca skłonna dzielić się swoimi przemyśleniami, Geraldine była ich przeciwieństwem. Bardzo chętnie wygłaszała w głos swoje opinie, nawet jeśli były mocno kontrowerysjne, nie obawiała się tego, że może się to komuś nie spodobać. Mogli jej naskoczyć, a pewnie i tak to oni by gorzej wyszli z tego starcie. Nie bała się kąsać w rozmowie, robiła to bardzo chętnie, ciekawa do jakiego stanu może doprowadzić swoich rozmówców, przyjemność sprawiało jej patrzenie na to, jak inni się w sobie gotują. Była takim dziwnym przypadkiem trochę zawieszonym między myśliwym, a człowiekiem z salonów. Musiała nauczyć się lawirować między tymi dwoma światami, co wychodziło jej raczej średnio, chociaż sama nie miała do siebie żadnych zastrzeżeń, w przeciwieństwie do ludzi, którzy ją otaczali. Cóż, nie przejmowała się specjalnie ich opinią, bo chuja kładła na to, co myśleli sobie o niej obcy ludzie.
- Jasne, niech ci będzie, nie znamy się wcale. Jebać to. Skoro tego chcesz. - Najwyraźniej chciał to usłyszeć, niech mu będzie. Ger uważała, że skrajne sytuacje, między innymi taka w jakiej się znaleźli pokazywała to, co faktycznie kryje się w człowieku, dawało jej to więcej informacji o tym jaki jest, niżeli szopka, którą przedstawiali przed innymi arystokratami. Mógł się z tym nie zgadzać. Jego sprawa, ona i tak wiedziała swoje. Nie zamierzała się z nim tu kłócić o to, jak mało o nim wiedziała. Nie miała pięciu lat, żeby w nieskończoność odbijać piłeczkę. Wolała urwać tę bezsensowną dyskusję.
Kurewsko ją irytował tym swoim nic nie muszę, może przez to, że był przy tym trochę jak lustro. Ona również zachowywała się w ten sposób, wkurzało ją to strasznie. Nigdy jeszcze nie trafiła na kogoś, kto tak jak ona nie potrafił współpracować. Zazwyczaj osoby, z którymi dane było jej przebywać okazywały się być bardziej uległe. Nie umiała się pogodzić z tym, że tutaj nie do końca mogła nad wszystkim panować.
- Domyśl się. - Nie da mu już żadnej odpowiedzi, czuła, że jeszcze chwila, a eksploduje i skoczy mu do gardła, tego wolałaby mimo wszystko uniknąć.
- Szkoda. - Wzruszyła jedynie ramionami. Nie chciał iść do lasu, to nie. Nie zamierzała go namawiać i zapewniać, jak się będą świetnie bawić. W sumie powoli traciła zapał, przynajmniej na ten dzień. Odstraszanie działało, Yaxleyówna nie znosiła odmów. Oczywiście była to pierwsza próba, ale kolejna na pewno nie nadejdzie zbyt szybko.
- No tak, to ich ukryty talent, czasem może się przydać. To nie tak, że ciągle śmierdzą. - Wydało się to być jej istotne, nie wiedzieć czemu. Nie, żeby sądziła, że to faktycznie bardzo ułatwiało życie, ale nie mogła też tak negatywnie ciągle mówić o swej zwierzęcej wersji.
- Nie ma echolokacji, przepraszam, że cię rozczarowuję. Pazury i zęby są. - Strasznie głupie jej się wydawało gadanie o animagii, tuż po tym, jak prawie się zeżarli podczas początku rozmowy. Przystanęła więc na moment i zastanawiała się dłuższą chwilę, czuła, że zaczęła tracić grunt pod nogami, powinna stąd wyjść jak najszybciej.