13.09.2024, 17:45 ✶
– Tak naprawdę nie wiemy, czy nikt się tu nie kręcił. Może Lydia ich wypłaszała, a może czasem tu włazili? W okolicy niby nie ma domów, ale…
Brenna rozłożyła ręce, dość bezradnie. Księżycowy Staw był opuszczony od dawna, a chroniące go niegdyś czary, opadły przed laty. Nie rozkradziono rzeczy z posiadłości, co mogło sugerować, że mugole nie dostali się do środka, ale mogła to być zasługa miejscowej wiedźmy i teraz nic już nie chroniło tego miejsca. A żadne z nich nie chciało, aby jakiś mugol zobaczył jak używają magii. Poza tym mogło to też nieco przyhamować innych, niepożądanych gości.
– Wystarczy, jeśli do września załatwimy bramę i drzwi – uspokoiła go Brenna. Sama wprawdzie „leciała” w dużej mierze na przysłanych jej przez Norę eliksirach energetycznych, ale nie zamierzała zmuszać do tego Thomasa, zwłaszcza że powinni działać sprawnie, ale nie w pędzie. Nie mogła pozwolić, aby członkowie Zakonu zaczęli tracić siły już we wrześniu.
Nie, gdy to późną jesienią zapewne nadejdzie ogień.
Uśmiechnęła się do Figga: bardzo starała się, aby to był normalny uśmiech, nie podszyty zmęczeniem czy niepewnością. Chociaż na pytanie, jakie chce urządzić pracownie, odpowiedź szczera brzmiałaby zapewne: a skąd mam wiedzieć? W pewnym sensie zawsze, od powstania Zakonu, a może jeszcze wcześniej, wychodziła przed szereg, ciągnąc za sobą krewnych, przyjaciół, później też nierzadko obcych ludzi, chyba głównie siłą rozpędu. Bo była rozpieszczonym bachorem, który przywykł, że ludzie idą tam, gdzie ona chce? Być może. Ale nawet jeśli planowała pewne rzeczy, jeśli w tym całym chaosie, jaki wokół siebie tworzyła, umiała zadbać o organizację i listy zadań… to nigdy nie próbowała nawet myśleć bardzo szeroko i bardzo przyszłościowo. Teraz musiała zacząć.
– To się jeszcze okaże – powiedziała więc tylko, wymiatając popiół, a potem wsuwając różdżkę z powrotem do kieszeni. – Mamy kilka pracowni w Strażnicy i w tej chwili ich używanie jest chyba najsensowniejsza, ale z czasem być może przyda się tutaj sala dla ciebie, na pracę z mechanizmami i pieczęciami, czy dla Nory na eliksiry. To póki co pieśń przyszłości.
Temat pogrzebu nieumarłej był o tyleż trudny, że jako Brygadzistka Brenna wiedziała, że ten powinien trafić do patologa, a jako członkini Zakonu wiedziała, że nie powinni zwracać uwagi na Księżycowy Staw. Ostatecznie do Ministerstwa trafiło więc ciało, które spoczęło nad brzegiem jeziora, gdy stoczyli tam z nim walkę.
– W porządku, można o tym pomyśleć… ale chciałabym najpierw zajrzeć do tych książek – powiedziała z wahaniem. Bo być może była w nich wiedza, której nawet członkowie Zakonu nie powinni studiować. Brenna wiedziała, że nie każda nekromancja jest zła, ale aż za dobrze pamiętała upiorny uśmiech nekromantki z Afryki, śmiech czarnoksiężnika z mokradeł i spojrzenie wiedźmy z Perły Morza. Wciąż dręczył ją strach, w jaki sposób Victoria wykorzysta tkwiącą w niej energię i jakie będą konsekwencje, także dla samej Lestrange.
Niektóre zapiski powinny być rzucone na pożarcie ogniu.
Jeśli szło zaś o to, kto mógłby przygotować takie gabloty, tutaj akurat Brenna może i by nie walczyła, że Thomas jest najlepszym kandydatem, ale sama na pewno żadnego lepszego nie znała.
– Pamiętaj, że my musimy być w stanie przez te wszystkie zabezpieczenia przejść. Księżycowy Staw właściwie nie musi stać się drugą Warownią… nawet nie powinien, więc nie spędzaj nad tym dni i nocy, Tommy. Najlepsza ochrona to w tej chwili tajemnica. Ale będę wdzięczna za wszystkie twoje sugestie, znasz się na tym sto razy lepiej ode mnie – stwierdziła, a potem roześmiała się na propozycję Thomasa. – Świetne. Gdybyśmy w Warowni nie mieli gości tak często, to chciałabym takie i tam, ale zostaniemy przy nich tutaj. I hm… może spytać Norę? Coś mi się tłucze w głowie o jednym Blackthornie, który zostawił takie żywopłoty w Hogsmeade, chyba nawet kiedyś na taki trafiłam, ale nie mam pojęcia, co to za rośliny i czy ktoś poza nim potrafiłby uzyskać taki sam efekt.
Na całe szczęście mieli ludzi, którzy znali się na różnych rzeczach. Brenna nigdy nie uważała samej siebie za jakoś szczególnie utalentowaną – jej głównym atutem było widmowidzenie, dar krwi babki – ale było mnóstwo osób, do których mogła się zwrócić.
Ale potrzebujemy więcej, pomyślała, oglądając się na dom, myśląc o poltergeiście na strychu.
Potrzebowali choćby specjalisty od duchów. Egzorcysty albo wywoływacza.
Potrzebowali hipnotyzerów… tę dziurę mógł pomóc wypełnić Jules, bo jeden Cain to było o wiele za mało.
Potrzebowali wytwórców magicznych przedmiotów.
Tyle że tacy ludzie, zaufani w dodatku, nie rośli na drzewach.
– Tommy, powtarzam, to nie jest coś, co masz zrobić w ciągu dwóch dni. Ani dwóch tygodni – stwierdziła i poklepała go po ramieniu. Nie była pewna, na ile dobrym pomysłem była rekrutacja Panory Prewett, ale poczyniła ku temu pierwsze kroki… i cóż, miało się okazać, co dalej. – Pracuję nad pozyskaniem nam jeszcze jednej specjalistki, może mogłaby cię odciążyć. Zacznijmy w każdym razie od tego – stwierdziła, wskazując na bramę i kłódkę.
Brenna rozłożyła ręce, dość bezradnie. Księżycowy Staw był opuszczony od dawna, a chroniące go niegdyś czary, opadły przed laty. Nie rozkradziono rzeczy z posiadłości, co mogło sugerować, że mugole nie dostali się do środka, ale mogła to być zasługa miejscowej wiedźmy i teraz nic już nie chroniło tego miejsca. A żadne z nich nie chciało, aby jakiś mugol zobaczył jak używają magii. Poza tym mogło to też nieco przyhamować innych, niepożądanych gości.
– Wystarczy, jeśli do września załatwimy bramę i drzwi – uspokoiła go Brenna. Sama wprawdzie „leciała” w dużej mierze na przysłanych jej przez Norę eliksirach energetycznych, ale nie zamierzała zmuszać do tego Thomasa, zwłaszcza że powinni działać sprawnie, ale nie w pędzie. Nie mogła pozwolić, aby członkowie Zakonu zaczęli tracić siły już we wrześniu.
Nie, gdy to późną jesienią zapewne nadejdzie ogień.
Uśmiechnęła się do Figga: bardzo starała się, aby to był normalny uśmiech, nie podszyty zmęczeniem czy niepewnością. Chociaż na pytanie, jakie chce urządzić pracownie, odpowiedź szczera brzmiałaby zapewne: a skąd mam wiedzieć? W pewnym sensie zawsze, od powstania Zakonu, a może jeszcze wcześniej, wychodziła przed szereg, ciągnąc za sobą krewnych, przyjaciół, później też nierzadko obcych ludzi, chyba głównie siłą rozpędu. Bo była rozpieszczonym bachorem, który przywykł, że ludzie idą tam, gdzie ona chce? Być może. Ale nawet jeśli planowała pewne rzeczy, jeśli w tym całym chaosie, jaki wokół siebie tworzyła, umiała zadbać o organizację i listy zadań… to nigdy nie próbowała nawet myśleć bardzo szeroko i bardzo przyszłościowo. Teraz musiała zacząć.
– To się jeszcze okaże – powiedziała więc tylko, wymiatając popiół, a potem wsuwając różdżkę z powrotem do kieszeni. – Mamy kilka pracowni w Strażnicy i w tej chwili ich używanie jest chyba najsensowniejsza, ale z czasem być może przyda się tutaj sala dla ciebie, na pracę z mechanizmami i pieczęciami, czy dla Nory na eliksiry. To póki co pieśń przyszłości.
Temat pogrzebu nieumarłej był o tyleż trudny, że jako Brygadzistka Brenna wiedziała, że ten powinien trafić do patologa, a jako członkini Zakonu wiedziała, że nie powinni zwracać uwagi na Księżycowy Staw. Ostatecznie do Ministerstwa trafiło więc ciało, które spoczęło nad brzegiem jeziora, gdy stoczyli tam z nim walkę.
– W porządku, można o tym pomyśleć… ale chciałabym najpierw zajrzeć do tych książek – powiedziała z wahaniem. Bo być może była w nich wiedza, której nawet członkowie Zakonu nie powinni studiować. Brenna wiedziała, że nie każda nekromancja jest zła, ale aż za dobrze pamiętała upiorny uśmiech nekromantki z Afryki, śmiech czarnoksiężnika z mokradeł i spojrzenie wiedźmy z Perły Morza. Wciąż dręczył ją strach, w jaki sposób Victoria wykorzysta tkwiącą w niej energię i jakie będą konsekwencje, także dla samej Lestrange.
Niektóre zapiski powinny być rzucone na pożarcie ogniu.
Jeśli szło zaś o to, kto mógłby przygotować takie gabloty, tutaj akurat Brenna może i by nie walczyła, że Thomas jest najlepszym kandydatem, ale sama na pewno żadnego lepszego nie znała.
– Pamiętaj, że my musimy być w stanie przez te wszystkie zabezpieczenia przejść. Księżycowy Staw właściwie nie musi stać się drugą Warownią… nawet nie powinien, więc nie spędzaj nad tym dni i nocy, Tommy. Najlepsza ochrona to w tej chwili tajemnica. Ale będę wdzięczna za wszystkie twoje sugestie, znasz się na tym sto razy lepiej ode mnie – stwierdziła, a potem roześmiała się na propozycję Thomasa. – Świetne. Gdybyśmy w Warowni nie mieli gości tak często, to chciałabym takie i tam, ale zostaniemy przy nich tutaj. I hm… może spytać Norę? Coś mi się tłucze w głowie o jednym Blackthornie, który zostawił takie żywopłoty w Hogsmeade, chyba nawet kiedyś na taki trafiłam, ale nie mam pojęcia, co to za rośliny i czy ktoś poza nim potrafiłby uzyskać taki sam efekt.
Na całe szczęście mieli ludzi, którzy znali się na różnych rzeczach. Brenna nigdy nie uważała samej siebie za jakoś szczególnie utalentowaną – jej głównym atutem było widmowidzenie, dar krwi babki – ale było mnóstwo osób, do których mogła się zwrócić.
Ale potrzebujemy więcej, pomyślała, oglądając się na dom, myśląc o poltergeiście na strychu.
Potrzebowali choćby specjalisty od duchów. Egzorcysty albo wywoływacza.
Potrzebowali hipnotyzerów… tę dziurę mógł pomóc wypełnić Jules, bo jeden Cain to było o wiele za mało.
Potrzebowali wytwórców magicznych przedmiotów.
Tyle że tacy ludzie, zaufani w dodatku, nie rośli na drzewach.
– Tommy, powtarzam, to nie jest coś, co masz zrobić w ciągu dwóch dni. Ani dwóch tygodni – stwierdziła i poklepała go po ramieniu. Nie była pewna, na ile dobrym pomysłem była rekrutacja Panory Prewett, ale poczyniła ku temu pierwsze kroki… i cóż, miało się okazać, co dalej. – Pracuję nad pozyskaniem nam jeszcze jednej specjalistki, może mogłaby cię odciążyć. Zacznijmy w każdym razie od tego – stwierdziła, wskazując na bramę i kłódkę.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.