14.09.2024, 02:05 ✶
Ulica Horyzontalna zdawała się dziś bardziej zatłoczona niż zwykle. Wyszła z Praw Czasu tylko na moment, bo zwyczajnie skończył się cukier - nikt z obecnych w gabinecie nie mógł się posiąść ze zdziwienia, że w miejscu pełnym jasnowidzów nikt nie przewidział takiego obrotu spraw, ale przecież nie zajmowali się tam sprawami przyziemnymi. No dobrze, czasem spoglądali w kulę tylko i wyłącznie po to, żeby lepiej obgadywać ludzi, ale to nadal bardziej ekscytujące niż zawartość szafek w kuchni.
Z charakterystycznym dla siebie zagubionym spojrzeniem sunęła wąskim brukiem, starannie trzymając w dłoniach torebkę z cukrem. Przytulała ją do siebie jak matka dziecko, próbując dotrzeć do gabinetu najszybciej jak tylko się da. Zza rogu dobiegły podniesione głosy, które początkowo przypominały jej szum wiatrów przynoszących ostrzeżenie. Kiedy jednak dźwięki nabrały kształtów, dostrzegła grupkę staruszków kłócących się przy jednym z pomniejszych straganów z kawą. Pomimo ich sędziwego wieku, złość kipiała z nich jak świeżo przyrządzony eliksir.
Scylla zatrzymała się na moment, jakby zahipnotyzowana widokiem tej nietypowej sceny. Widziała przyszłość, ale rzadko kiedy potrafiła przewidzieć takie codzienne wydarzenia. W jej głowie rozbrzmiał chór głosów, szepczących o zbliżającej się konfrontacji, iskrach i ogniu, który rozgorzeje nad ich głowami.
Sypały się nieprzyjemne epitety; z gąszczu podniesionych głosów i wyzwisk, na które patrzyła ze skrzywioną miną i zmarszczonym czołem, bo jazgot doprowadzał ją do fizycznego dyskomfortu, wyłowiła coś o nieczystej krwi, a potem nazwisko obecnej Ministry Magii. Myśl o szlamach - tych niegodnych dotykania magii - zawsze budziła w niej lęk i niepokój. Gdyby tylko mogli zniknąć, świat byłby bardziej harmonijny, a ona uniknęłaby wiele bólu dorastając. Nigdy żaden mugolak nie wyciągnął do niej pomocnej dłoni, zawsze robili to pełnoprawni czarodzieje. Już nawet nie rozchodziło się o czystość krwi, a środowisko, z którego mugolskie dzieciaki się wywodziły. Prymitywne, zacofane, bez poszanowania nie tylko dla cudzych kultur, ale też dla siebie nawzajem. To byli ludzie zrodzeni z chaosu i zacietrzewienia. Brudna krew tylko potwierdzała, że ich dusza jest zgubiona.
Niestety, zanim zdążyła odejść, spór eskalował. Nie chciała dolewać oliwy do ognia, bo miała w planach wrócić jak najszybciej do Praw Czasu, ale na własne nieszczęście została wezwana do tablicy.
Jakiś dziadek na nią wpadł, przez co cukier wypadł jej z rąk i rozsypał się na bruku. To nie był dobry omen; Scylla patrzyła na białe drobinki pokrywające jej buty i naprawdę walczyła ze sobą, żeby tego nie eskalować. Niemniej zmarnowane pieniądze oraz czas, a także postawienie jej pod ścianą przez zwolennika tych... brudasów, wyprowadziło ją z równowagi, którą utrzymywała całe życie tylko i wyłącznie na słowo honoru oraz dobre chęci. Kiedy zapytał ją, czy też uważa Jenkins za szlamę, było to ekwiwalentem zarzucenia czerwonej płachty na byka.
- Owszem, tak właśnie sądzę! - Podniosła głos, po czym kopnęła czubkiem buta w rozsypaną górkę cukru tak, by z impetem poleciał dziadkowi prosto w oczy. - Wszystko się przez was sypie, wszystko! Nawet ten przeklęty cukier! - Rozemocjonowała się, nie próbując ukryć łez, które stanęły jej w oczach. Scylla nie była smutna, była bardzo przestraszona. Wydarzyło się zbyt wiele na raz i nie umiała złapać za wodze emocji.
Znajomy głos przywołał ją nieco na ziemię. Słysząc komentarz Louvaina, spojrzała na niego błagalnie wręcz, jakby naprawdę chciała, żeby przemeblował temu szlamolubnemu dziadkowi do orzechów gębę, a potem zabrał ją z dala od miejsca zdarzenia. Marzyła o tym, by nie musieć mieć z takim rodzajem ludzi już nigdy więcej do czynienia.
Z charakterystycznym dla siebie zagubionym spojrzeniem sunęła wąskim brukiem, starannie trzymając w dłoniach torebkę z cukrem. Przytulała ją do siebie jak matka dziecko, próbując dotrzeć do gabinetu najszybciej jak tylko się da. Zza rogu dobiegły podniesione głosy, które początkowo przypominały jej szum wiatrów przynoszących ostrzeżenie. Kiedy jednak dźwięki nabrały kształtów, dostrzegła grupkę staruszków kłócących się przy jednym z pomniejszych straganów z kawą. Pomimo ich sędziwego wieku, złość kipiała z nich jak świeżo przyrządzony eliksir.
Scylla zatrzymała się na moment, jakby zahipnotyzowana widokiem tej nietypowej sceny. Widziała przyszłość, ale rzadko kiedy potrafiła przewidzieć takie codzienne wydarzenia. W jej głowie rozbrzmiał chór głosów, szepczących o zbliżającej się konfrontacji, iskrach i ogniu, który rozgorzeje nad ich głowami.
Sypały się nieprzyjemne epitety; z gąszczu podniesionych głosów i wyzwisk, na które patrzyła ze skrzywioną miną i zmarszczonym czołem, bo jazgot doprowadzał ją do fizycznego dyskomfortu, wyłowiła coś o nieczystej krwi, a potem nazwisko obecnej Ministry Magii. Myśl o szlamach - tych niegodnych dotykania magii - zawsze budziła w niej lęk i niepokój. Gdyby tylko mogli zniknąć, świat byłby bardziej harmonijny, a ona uniknęłaby wiele bólu dorastając. Nigdy żaden mugolak nie wyciągnął do niej pomocnej dłoni, zawsze robili to pełnoprawni czarodzieje. Już nawet nie rozchodziło się o czystość krwi, a środowisko, z którego mugolskie dzieciaki się wywodziły. Prymitywne, zacofane, bez poszanowania nie tylko dla cudzych kultur, ale też dla siebie nawzajem. To byli ludzie zrodzeni z chaosu i zacietrzewienia. Brudna krew tylko potwierdzała, że ich dusza jest zgubiona.
Niestety, zanim zdążyła odejść, spór eskalował. Nie chciała dolewać oliwy do ognia, bo miała w planach wrócić jak najszybciej do Praw Czasu, ale na własne nieszczęście została wezwana do tablicy.
Jakiś dziadek na nią wpadł, przez co cukier wypadł jej z rąk i rozsypał się na bruku. To nie był dobry omen; Scylla patrzyła na białe drobinki pokrywające jej buty i naprawdę walczyła ze sobą, żeby tego nie eskalować. Niemniej zmarnowane pieniądze oraz czas, a także postawienie jej pod ścianą przez zwolennika tych... brudasów, wyprowadziło ją z równowagi, którą utrzymywała całe życie tylko i wyłącznie na słowo honoru oraz dobre chęci. Kiedy zapytał ją, czy też uważa Jenkins za szlamę, było to ekwiwalentem zarzucenia czerwonej płachty na byka.
- Owszem, tak właśnie sądzę! - Podniosła głos, po czym kopnęła czubkiem buta w rozsypaną górkę cukru tak, by z impetem poleciał dziadkowi prosto w oczy. - Wszystko się przez was sypie, wszystko! Nawet ten przeklęty cukier! - Rozemocjonowała się, nie próbując ukryć łez, które stanęły jej w oczach. Scylla nie była smutna, była bardzo przestraszona. Wydarzyło się zbyt wiele na raz i nie umiała złapać za wodze emocji.
Znajomy głos przywołał ją nieco na ziemię. Słysząc komentarz Louvaina, spojrzała na niego błagalnie wręcz, jakby naprawdę chciała, żeby przemeblował temu szlamolubnemu dziadkowi do orzechów gębę, a potem zabrał ją z dala od miejsca zdarzenia. Marzyła o tym, by nie musieć mieć z takim rodzajem ludzi już nigdy więcej do czynienia.
i poklękli spóźnieni u niedoli swej proga
by się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga
by się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga