14.09.2024, 20:08 ✶
Ryzykowanie własnej skóry było łatwe. Wręcz głupio łatwe, chociaż Brenna wcale nie chciała umierać i doskonale wiedziała, że byli ludzie, których swoją śmiercią by zraniła. Trochę ciężej było ryzykować, mając kogoś u swoim boku – prosiła o wsparcie, brata, do niedawna Mavelle (czasem: czasem to bolało prawie fizycznie, że nie było jej już obok, i Brenna czuła się jakby straciła niewidzialną kończynę, bo nawet jeżeli bliżej była z bratem, Mavelle mogła wciągać w rzeczy, w które nie pociągnęłaby Erika), czasem Vincenta, Heather albo innych, ale to zawsze niosło ze sobą lekki wyrzut sumienia i poczucie odpowiedzialności. Wciągała kogoś w coś, powinna zadbać, by wyszedł z tego cało.
Znacznie większym ciężarem było zaufanie ludzi, którzy szli za nią albo tam, gdzie pokazała, bez pytań.
– Na razie sami nie będą wiedzieli, dlatego działajmy etapowo. Zabezpieczaniem pracowni zajmiemy się, kiedy będziemy je urządzać, a to pewnie nie nastąpi wcześniej niż wiosną… Najpierw trzeba zabezpieczyć teren i dom, uporządkować budynek, urządzić pokoje, może ogarnąć szklarnie – wyliczyła Brenna. Pracownie nie wydawały się jej rzeczą pierwszej potrzeby, bo póki co ich rzemieślnicy mogli pracować albo we własnych pomieszczeniach, albo w Strażnicy. – Jeśli potrzebujesz miejsca, gdzie możesz pracować, jest Strażnica, chociaż… nie chodź tam teraz sam. W Kniei ostatnio dużo się stało – wymamrotała, krzywiąc się lekko.
Ciało Derwina.
Postarzała twarz Mildred Found.
Widma w domu w lesie.
Plakaty o zaginionym Charliem.
– W porządku, tytuły, spis treści – zgodziła się, chociaż i tak zamierzała potem zerknąć na te książki. Thomas był ostatnią osobą, którą podejrzewałaby o stosowanie czarnej magii, spodziewała się też, że ten w obcych krajach miał okazję dowiedzieć się tego i owego, ale mimo wszystko nie chciała, aby trzymali w Księżycowym Stawie książki zbyt mocno wnikające w sztukę nekromancji. Wiedziała, że i tak balansują na cienkiej linii, którą łatwo przekroczyć: potrzebowali wiedzy teoretycznej, biorąc pod uwagę, z czym się mierzyli, potrzebowali też lepiej opanować zaklęcie enawerte, a przynajmniej Patrick i Mavelle potrzebowali. Jednocześnie… tak prosto było zrobić parę kroków za daleko…
– Po prostu trochę się martwię, że w entuzjazmie zrobisz tyle pułapek i barier, że pozapominamy, gdzie są – powiedziała i mrugnęła do Thomasa łobuzersko. Nie podejrzewała, że nie wiedział, że oni muszą przechodzić przez teren spokojnie, ale już mógł nie wziąć pod uwagę, że jeszcze Brenna zapomni komuś o jakiejś wspomnieć… – Ale wiesz co? Jeżeli chodzi o taki tor przeszkód, to powiedzmy, że może coś takiego zrealizujemy już niedługo tylko chyba jednak nie w samym ogrodzie Stawu.
Raczej w lesie przy jeziorku, na razie jednak Brenna postanowiła – wyjątkowo, bo zwykle robiła mnóstwo rzeczy na raz – skupić się na tym, o czym akurat rozmawiali.
– Jasne, Dora pewnie też chętnie pomoże, wspomnę jej, że możemy rozejrzeć się po szklarni. Jak już sprawdzę, czy nie zawali się nam na głowy.
Westchnęła i pokręciła głową.
– Tommy, nie podejrzewam, że będziesz robić cokolwiek na łapu – capu. Boję się raczej, że będziesz to robić od świtu do nocy, kiedy nie spieszymy się aż tak. Nawet nie próbuj, rozumiesz? Jeśli cię tu zastanę nad pułapkami parę razy w dziwnych porach doby, to obiecuję, że skopię ci tyłek – oświadczyła i dźgnęła go lekko w ramię. Och, ufała, że Figg nie zrobi niczego „na odwal się”, za to zupełnie nie ufała, że nie będzie robił tych zabezpieczeń kosztem swojego snu czy zleceń, z których się utrzymywał. A nie próbowała nawet ofiarować mu pieniędzy, nie za robociznę przynajmniej, bo pewnie by ich nie przyjął. – Płacę za komponenty – dodała jednak, rzucając mu spojrzenie pt. nawet nie próbuj dyskutować. Do licha, jego ta ilość mechanizmów mogłaby doprowadzić do bankructwa, a jej skrytka w banku… może miała dno, ale na razie tego dna zdecydowanie nie było widać. – Rozmawiałam z Pandorą Prewett. Zdaje się, że nie podoba się jej sytuacja. Oferowała mi… pomóc. Po cichu. Na razie nic nie wie o Zakonie, spędza też sporo czasu w swoim nowym miejscu pracy i jeszcze nie zdecydowałam, co zrobić ani nie wiem, czy ona podtrzyma tę ofertę, ale jeśli coś się ruszy, na pewno dowiesz się pierwszy – obiecała. To że Thomas przyznawał, że przydałby się drugi specjalista, tylko wzmacniało jej determinację, żeby kogoś takiego znaleźć. – Świetnie. Jesteś najlepszy.
Znacznie większym ciężarem było zaufanie ludzi, którzy szli za nią albo tam, gdzie pokazała, bez pytań.
– Na razie sami nie będą wiedzieli, dlatego działajmy etapowo. Zabezpieczaniem pracowni zajmiemy się, kiedy będziemy je urządzać, a to pewnie nie nastąpi wcześniej niż wiosną… Najpierw trzeba zabezpieczyć teren i dom, uporządkować budynek, urządzić pokoje, może ogarnąć szklarnie – wyliczyła Brenna. Pracownie nie wydawały się jej rzeczą pierwszej potrzeby, bo póki co ich rzemieślnicy mogli pracować albo we własnych pomieszczeniach, albo w Strażnicy. – Jeśli potrzebujesz miejsca, gdzie możesz pracować, jest Strażnica, chociaż… nie chodź tam teraz sam. W Kniei ostatnio dużo się stało – wymamrotała, krzywiąc się lekko.
Ciało Derwina.
Postarzała twarz Mildred Found.
Widma w domu w lesie.
Plakaty o zaginionym Charliem.
– W porządku, tytuły, spis treści – zgodziła się, chociaż i tak zamierzała potem zerknąć na te książki. Thomas był ostatnią osobą, którą podejrzewałaby o stosowanie czarnej magii, spodziewała się też, że ten w obcych krajach miał okazję dowiedzieć się tego i owego, ale mimo wszystko nie chciała, aby trzymali w Księżycowym Stawie książki zbyt mocno wnikające w sztukę nekromancji. Wiedziała, że i tak balansują na cienkiej linii, którą łatwo przekroczyć: potrzebowali wiedzy teoretycznej, biorąc pod uwagę, z czym się mierzyli, potrzebowali też lepiej opanować zaklęcie enawerte, a przynajmniej Patrick i Mavelle potrzebowali. Jednocześnie… tak prosto było zrobić parę kroków za daleko…
– Po prostu trochę się martwię, że w entuzjazmie zrobisz tyle pułapek i barier, że pozapominamy, gdzie są – powiedziała i mrugnęła do Thomasa łobuzersko. Nie podejrzewała, że nie wiedział, że oni muszą przechodzić przez teren spokojnie, ale już mógł nie wziąć pod uwagę, że jeszcze Brenna zapomni komuś o jakiejś wspomnieć… – Ale wiesz co? Jeżeli chodzi o taki tor przeszkód, to powiedzmy, że może coś takiego zrealizujemy już niedługo tylko chyba jednak nie w samym ogrodzie Stawu.
Raczej w lesie przy jeziorku, na razie jednak Brenna postanowiła – wyjątkowo, bo zwykle robiła mnóstwo rzeczy na raz – skupić się na tym, o czym akurat rozmawiali.
– Jasne, Dora pewnie też chętnie pomoże, wspomnę jej, że możemy rozejrzeć się po szklarni. Jak już sprawdzę, czy nie zawali się nam na głowy.
Westchnęła i pokręciła głową.
– Tommy, nie podejrzewam, że będziesz robić cokolwiek na łapu – capu. Boję się raczej, że będziesz to robić od świtu do nocy, kiedy nie spieszymy się aż tak. Nawet nie próbuj, rozumiesz? Jeśli cię tu zastanę nad pułapkami parę razy w dziwnych porach doby, to obiecuję, że skopię ci tyłek – oświadczyła i dźgnęła go lekko w ramię. Och, ufała, że Figg nie zrobi niczego „na odwal się”, za to zupełnie nie ufała, że nie będzie robił tych zabezpieczeń kosztem swojego snu czy zleceń, z których się utrzymywał. A nie próbowała nawet ofiarować mu pieniędzy, nie za robociznę przynajmniej, bo pewnie by ich nie przyjął. – Płacę za komponenty – dodała jednak, rzucając mu spojrzenie pt. nawet nie próbuj dyskutować. Do licha, jego ta ilość mechanizmów mogłaby doprowadzić do bankructwa, a jej skrytka w banku… może miała dno, ale na razie tego dna zdecydowanie nie było widać. – Rozmawiałam z Pandorą Prewett. Zdaje się, że nie podoba się jej sytuacja. Oferowała mi… pomóc. Po cichu. Na razie nic nie wie o Zakonie, spędza też sporo czasu w swoim nowym miejscu pracy i jeszcze nie zdecydowałam, co zrobić ani nie wiem, czy ona podtrzyma tę ofertę, ale jeśli coś się ruszy, na pewno dowiesz się pierwszy – obiecała. To że Thomas przyznawał, że przydałby się drugi specjalista, tylko wzmacniało jej determinację, żeby kogoś takiego znaleźć. – Świetnie. Jesteś najlepszy.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.