16.01.2023, 01:52 ✶
Kiedy Alanna obróciła się za siebie, nie dostrzegła nikogo. Wszystko pochłaniała mgła. Sięgała czarownicy do pasa. Tonęła w niej ulica, chodniki, kuranty i studzienki kanalizacyjne. Opływała zabite deskami wejścia do starych sklepów, rozbijała się o witryny sklepowe z zamarłymi w czasie wystawami mugolskich proszków do prania, szczoteczek do zębów i części do rowerów. Pochłaniała naddarte plakaty i reklamy najnowszego modelu robota kuchennego. Próbowała wedrzeć się nawet przez drzwi do otwartego pubu. Stamtąd dalej słychać było cichy, kobiecy szloch.
Zmierzając ku dwójce ludzi, których dostrzegła w parku, Alanna musiała przejść przez skrzyżowanie. Przekraczając je, zobaczyła zaparkowane rzędem mugolskie samochody. Był wśród nich nawet szkolny autobus. Wszystkie porzucone, stare i pordzewiałe. Dwa auta stały nawet środku ulicy, z otwartymi drzwiami, jakby zatrzymane w czasie, chwilę po kraksie, w której wzięły udział. Tylko nie było kierowców, którzy musieli uczestniczyć w wypadku. Park też wyglądał na zaniedbany. Ani rosnących tam drzew, ani krzewów, ani klombów, nie przycinano od dawna. Trawa prawie tu nie rosła, mimo kwietnia, wciąż rzadka, mizerna, niknąca w czarnej ziemi.
Siedzących na ławce rozpoznała, gdy znalazła się najwyżej dziesięć metrów od nich. Mimo stosunkowo wczesnej pory, zapaliła się latarnia znajdująca się tuż obok nich. Oboje mieli ciemne włosy. Chodziła z nimi do Hogwartu, przydzielono ich do jednego domu. On siedział w swetrze, kołysał się do przodu i do tyłu, drżał. Ona – chociaż zazwyczaj schludna i pedantyczna, tym razem była nieuczesana i nieuporządkowana. Ściągała z głowy rozchełstaną chustę i zarzucała ją na ramiona znajdującego się obok niej mężczyzny.
Cicho rozmawiali. A jednak, wciąż znajdując się kilka metrów za ich plecami, doskonale słyszała ich głosy. Pierwszy, przybity i zrozpaczony. Drugi podenerwowany, choć dużo spokojniejszy. Jakby szeptali wprost do jej uszu. Jeden, kobiecy głos do lewego, męski do prawego.
- Zabiłem ją, wiesz? Ja… ja nie wiem co mam robić. Nie chciałem jej zabić, po prostu nie mogłem… to trwało za długo, rozumiesz? Jak to miało dalej trwać? Ona wyszła za mąż. Musiałem to skończyć…
- Nikogo nie zabiłeś. Niczemu nie jesteś winny.
- Powiedziałem jej, że już wystarczy, że czas dorosnąć, że najwyraźniej nie było nam pisane. To nie miało się tak skończyć.
Alanna znowu poczuła, że była obserwowana. Ktoś czaił się za jej plecami. Powoli zbliżał się. Błądził we mgle. Szukał jej. Siedzący w parku zdawali się zbyt pochłonięci sobą, by zwrócić na nią uwagę.
Zmierzając ku dwójce ludzi, których dostrzegła w parku, Alanna musiała przejść przez skrzyżowanie. Przekraczając je, zobaczyła zaparkowane rzędem mugolskie samochody. Był wśród nich nawet szkolny autobus. Wszystkie porzucone, stare i pordzewiałe. Dwa auta stały nawet środku ulicy, z otwartymi drzwiami, jakby zatrzymane w czasie, chwilę po kraksie, w której wzięły udział. Tylko nie było kierowców, którzy musieli uczestniczyć w wypadku. Park też wyglądał na zaniedbany. Ani rosnących tam drzew, ani krzewów, ani klombów, nie przycinano od dawna. Trawa prawie tu nie rosła, mimo kwietnia, wciąż rzadka, mizerna, niknąca w czarnej ziemi.
Siedzących na ławce rozpoznała, gdy znalazła się najwyżej dziesięć metrów od nich. Mimo stosunkowo wczesnej pory, zapaliła się latarnia znajdująca się tuż obok nich. Oboje mieli ciemne włosy. Chodziła z nimi do Hogwartu, przydzielono ich do jednego domu. On siedział w swetrze, kołysał się do przodu i do tyłu, drżał. Ona – chociaż zazwyczaj schludna i pedantyczna, tym razem była nieuczesana i nieuporządkowana. Ściągała z głowy rozchełstaną chustę i zarzucała ją na ramiona znajdującego się obok niej mężczyzny.
Cicho rozmawiali. A jednak, wciąż znajdując się kilka metrów za ich plecami, doskonale słyszała ich głosy. Pierwszy, przybity i zrozpaczony. Drugi podenerwowany, choć dużo spokojniejszy. Jakby szeptali wprost do jej uszu. Jeden, kobiecy głos do lewego, męski do prawego.
- Zabiłem ją, wiesz? Ja… ja nie wiem co mam robić. Nie chciałem jej zabić, po prostu nie mogłem… to trwało za długo, rozumiesz? Jak to miało dalej trwać? Ona wyszła za mąż. Musiałem to skończyć…
- Nikogo nie zabiłeś. Niczemu nie jesteś winny.
- Powiedziałem jej, że już wystarczy, że czas dorosnąć, że najwyraźniej nie było nam pisane. To nie miało się tak skończyć.
Alanna znowu poczuła, że była obserwowana. Ktoś czaił się za jej plecami. Powoli zbliżał się. Błądził we mgle. Szukał jej. Siedzący w parku zdawali się zbyt pochłonięci sobą, by zwrócić na nią uwagę.