15.09.2024, 17:58 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.03.2025, 20:12 przez The Lightbringer.)
Pusta, ziejąca potrzebą luka w jego klatce piersiowej, dziura po brakującej tkance kostnej, po żebrze, z którego została stworzona, domagała się jej bliskości: tego, by ich ciała stworzyły jedność. Zew starszy niż on sam – niż cała jego religia – starszy może nawet niż tkwiący w nim wstyd. Klęczał, wpatrując się z nabożnym skupieniem w twarz Diany: wypalał jej obraz w swoim umyśle tym samym ogniem, który tańczył teraz pod jego palcami.
To spowiedź, zrozumiał. Ich konfesjonał miał czerwone ściany, zamiast klęcznika mieli rozklekotane łóżko, a brak krzyża rekompensował krzykliwy neon z nazwą motelu, którego czerwone światło wpadało do obskurnego pokoju przez okna na wpół zasłonięte żaluzjami, spowijając twarze Jima i Diany artyficjalnym, migoczącym blaskiem.
Patrzył jak Diana ciska na ziemię wciąż jeszcze tlący się niedopałek papierosa. Gdyby tylko mógł tak łatwo zgasić palące pożądanie, które trawiło go od środka. Rozchylił lekko spierzchnięte wargi. Poczuł, że zaschło mu w gardle: żałował teraz, że nie zwilżył ust winem, kiedy miał ku temu okazję.
“Chcesz prosić swojego boga o przebaczenie dla kobiety, która próbowała zabić swojego męża z zimną krwią?”
Jim od samego początku wiedział, że Diana nie jest święta – nie był taki głupi, za jakiego wszyscy go uważali, święty głupiec z apokaliptycznym wejrzeniem na dnie oczu – widział, jak mężczyźni odprowadzali ją wzrokiem, widział ślad po obrączce na palcu, widział, kiedy jest naprawdę z nim, a kiedy słucha aniołów śpiewających w jej głowie. Widział, jak unosi dłoń, żeby go spoliczkować, ale nie powstrzymał jej – tak jak nie potrafił powstrzymać samego siebie przed przyjściem tutaj.
Uderzyła go. Wypuścił szybciej powietrze, jak gdyby rozbawiła go ta lekko piekąca sensacja w policzku. Echo prośby Diany prześladowało jego myśli. Powiedziała, że chce zasnąć w jego ramionach, ale Jim wątpił, czy kiedykolwiek będzie w stanie spać spokojnie. Próbowała zabić swojego męża z zimną krwią, powtórzył, próbowała zabić… Gdy znowu uniosła rękę, przechylił lekko głowę. “Jeśli cię ktoś uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi”, czyż nie tak? Ale zdradziecka dłoń, sunąc powoli, owinęła się wokół jej przedramienia niczym wąż wokół drzewa poznania dobra i zła: przyciągnął ją bliżej – on wciąż na kolanach, ona stojąca przed nim wyniośle – jeden ruch, i jego palce splotły się z jej palcami.
– Jakże łatwo Bóg powstrzymał twoją dłoń – zauważył chłodno. Głos Jima tchnął tym samym upiornym spokojem, który malował się na jego uduchowionej twarzy. Jakże łatwo było doprowadzić do wrzenia tę rzekomo zimną krew w jej żyłach. Bóg powstrzymał jej dłoń, tak powiedział, ale nie wiedział, czy mówi o sobie – o tym niewymierzonym policzku – czy o jej nieszczęsnym mężu – o niedokonanej zbrodni? Nie, to nie Bóg powstrzymał jej dłoń – to był Jim – a może to jednak był Bóg? Czy Jim ocaliłby tego bezimiennego mężczyznę, któremu przysięgała, czy…? Och, co za myśl – co za szatańska myśl. Spojrzenie mężczyzny było intensywne, zacięte, a ogień, który płonął w jego oczach – był ogniem, który miał płonąć, dopóki nie obróci wszystkiego w popiół. Nie próbował usprawiedliwiać Diany, a jednak, nie chciał jej potępić. Co jeszcze ciąży ci na sumieniu?, powinien zapytać, zmusić ją, by wyznała wszystkie przewinienia, żałujesz za grzechy? Oderwał wzrok od twarzy kobiety, by przyjrzeć się z bliska jej dłoniom: filigranowym nadgarstkom, które z łatwością mógł zamknąć w uścisku, delikatnym palcom zwieńczonym wypielęgnowanymi paznokciami, siatce drobnych żyłek tuż pod skórą. Skóra Diany była miękka w dotyku – czuł to, kiedy niespiesznie kreślił kciukiem kółka wzdłuż jej przegubu – tak inna od szorstkiej, pogrubiałej skóry pokrywającej pobliźnione oparzeniami dłonie Jima. Jezus też kreślił patykiem kształty na piasku, kiedy przyprowadzili do niego Marię Magdalenę, pomyślał Jim, podnosząc oczy.
– Drżysz, Diano.
W myślach już z nią zgrzeszył.
To spowiedź, zrozumiał. Ich konfesjonał miał czerwone ściany, zamiast klęcznika mieli rozklekotane łóżko, a brak krzyża rekompensował krzykliwy neon z nazwą motelu, którego czerwone światło wpadało do obskurnego pokoju przez okna na wpół zasłonięte żaluzjami, spowijając twarze Jima i Diany artyficjalnym, migoczącym blaskiem.
Patrzył jak Diana ciska na ziemię wciąż jeszcze tlący się niedopałek papierosa. Gdyby tylko mógł tak łatwo zgasić palące pożądanie, które trawiło go od środka. Rozchylił lekko spierzchnięte wargi. Poczuł, że zaschło mu w gardle: żałował teraz, że nie zwilżył ust winem, kiedy miał ku temu okazję.
“Chcesz prosić swojego boga o przebaczenie dla kobiety, która próbowała zabić swojego męża z zimną krwią?”
Jim od samego początku wiedział, że Diana nie jest święta – nie był taki głupi, za jakiego wszyscy go uważali, święty głupiec z apokaliptycznym wejrzeniem na dnie oczu – widział, jak mężczyźni odprowadzali ją wzrokiem, widział ślad po obrączce na palcu, widział, kiedy jest naprawdę z nim, a kiedy słucha aniołów śpiewających w jej głowie. Widział, jak unosi dłoń, żeby go spoliczkować, ale nie powstrzymał jej – tak jak nie potrafił powstrzymać samego siebie przed przyjściem tutaj.
Uderzyła go. Wypuścił szybciej powietrze, jak gdyby rozbawiła go ta lekko piekąca sensacja w policzku. Echo prośby Diany prześladowało jego myśli. Powiedziała, że chce zasnąć w jego ramionach, ale Jim wątpił, czy kiedykolwiek będzie w stanie spać spokojnie. Próbowała zabić swojego męża z zimną krwią, powtórzył, próbowała zabić… Gdy znowu uniosła rękę, przechylił lekko głowę. “Jeśli cię ktoś uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi”, czyż nie tak? Ale zdradziecka dłoń, sunąc powoli, owinęła się wokół jej przedramienia niczym wąż wokół drzewa poznania dobra i zła: przyciągnął ją bliżej – on wciąż na kolanach, ona stojąca przed nim wyniośle – jeden ruch, i jego palce splotły się z jej palcami.
– Jakże łatwo Bóg powstrzymał twoją dłoń – zauważył chłodno. Głos Jima tchnął tym samym upiornym spokojem, który malował się na jego uduchowionej twarzy. Jakże łatwo było doprowadzić do wrzenia tę rzekomo zimną krew w jej żyłach. Bóg powstrzymał jej dłoń, tak powiedział, ale nie wiedział, czy mówi o sobie – o tym niewymierzonym policzku – czy o jej nieszczęsnym mężu – o niedokonanej zbrodni? Nie, to nie Bóg powstrzymał jej dłoń – to był Jim – a może to jednak był Bóg? Czy Jim ocaliłby tego bezimiennego mężczyznę, któremu przysięgała, czy…? Och, co za myśl – co za szatańska myśl. Spojrzenie mężczyzny było intensywne, zacięte, a ogień, który płonął w jego oczach – był ogniem, który miał płonąć, dopóki nie obróci wszystkiego w popiół. Nie próbował usprawiedliwiać Diany, a jednak, nie chciał jej potępić. Co jeszcze ciąży ci na sumieniu?, powinien zapytać, zmusić ją, by wyznała wszystkie przewinienia, żałujesz za grzechy? Oderwał wzrok od twarzy kobiety, by przyjrzeć się z bliska jej dłoniom: filigranowym nadgarstkom, które z łatwością mógł zamknąć w uścisku, delikatnym palcom zwieńczonym wypielęgnowanymi paznokciami, siatce drobnych żyłek tuż pod skórą. Skóra Diany była miękka w dotyku – czuł to, kiedy niespiesznie kreślił kciukiem kółka wzdłuż jej przegubu – tak inna od szorstkiej, pogrubiałej skóry pokrywającej pobliźnione oparzeniami dłonie Jima. Jezus też kreślił patykiem kształty na piasku, kiedy przyprowadzili do niego Marię Magdalenę, pomyślał Jim, podnosząc oczy.
– Drżysz, Diano.
W myślach już z nią zgrzeszył.
Koniec sesji
gniew mój wybuchnie
jak ogień będzie płonął
i nikt nie zdoła go zgasić
jak ogień będzie płonął
i nikt nie zdoła go zgasić