15.09.2024, 18:11 ✶
”Musimy znaleźć jakąś rzeczkę albo potok. Trzeba cię umyć, księżniczko.”
– Trzeba mnie utopić – wyjęczała w odpowiedzi Lorraine, wycierając z obrzydzeniem usta. Męczeńsko uwiesiła się na szyi Maeve, szukając w jej ramionach ucieczki przed niewygodnymi pytaniami. Mdłości i inne dziwne sensacje ustąpiły z chwilą, gdy skończyła wymiotować – opróżniwszy do cna zawartość żołądka – ale wstyd wciąż rozlewał się po jej policzkach niezdrowym rumieńcem. Przylgnęła do Maeve – wstrętna niczym pasożytnicza huba pleniąca się na wyniosłym pniu – skuliła się w ramionach kobiety, głodna miłości, uwagi i ciepła, jak jemioła oplatająca tęsknie wiotkie gałązki młodej lipy – świętego drzewa pogańskich bogów: greckiej Afrodyty i rzymskiej Wenus. Słodki zapach kwiecia miododajnych lip unosił się w powietrzu, a palce Lorraine lepiły się od pokrywającej liście klejącej spadzi. Dookoła brzęczały pszczoły, których błoniaste skrzydła rozszczepiały promienie słońca przenikającego między koronami drzew: świetlne refleksy padały na twarz Maeve, upodabniając ją do driady ze skórą rozmigotaną niczym leśna ściółka. Lorraine chciała położyć się w tej ściółce i umrzeć. Chciała stać się jednością z poszyciem, pozwolić zwierzętom rozwlec swe kości, a krew – wypić korzeniom lipy: tej samej, z której swój rodowód brał nierealnie piękny miraż driady. A jednak, jesteś prawdziwa, pomyślała Lorraine, przytulając policzek do ramienia Maeve, i jesteś moja.
Kręciła tylko głową na kolejne pytania. Była na siebie wściekła. Nie chciała, żeby ukochana widziała jak bardzo jest zmieszana całą sytuacją. Nie chciała, żeby się martwiła – Lorraine dawno już przestała wkładać palce do gardła, żeby w zaciszu toalety zwymiotować to, co ciążyło jej na żołądku i na duszy – nie chciała teraz składać tego ciężaru na barki Maeve: nie chciała, żeby ta czuła się tak, jakby nieustannie dźwigała na plecach niewidzialny balast w postaci głupich problemów Lorraine.
– Nie masz za co przepraszać – zapewniła ciepło. – To nie ty narzygałaś na kwiat paproci, najdroższa. – Uśmiechnęła się nieco wymuszenie na swój żart, ale nie miała czasu użalać się nad sobą, bo na pytanie “czy nie jadłaś w Głębinie?”, kąciki jej ust mimowolnie powędrowały do góry.
Rozejrzała się dookoła. Otaczał je las, ale na ile orientowała się w lokalnej topografii, nie mogły być z Maeve daleko od rodowej posiadłości Malfoyów. Od domu, poprawiła się z rozmysłem – jakże dziwnie brzmiało to słowo w odniesieniu do Malfoy Manor – ojciec nigdy nie przestał nazywać tego miejsca “domem”, ale Lorraine nie czuła podobnego przywiązania do Wiltshire: teraz Nokturn był jej domem. Choć smugi słońca przebijającego leśne sklepienie opromieniały nieśmiało wychylające z gruntów pamięci miłe wspomnienia z lat dzieciństwa, w ciemnym gąszczu zaczarowanych drzew czaiły się rzeczy, o których Lorraine wolała zapomnieć: choćby to, że okoliczne puszcze były ojczyzną jej matki-wiły. Tutejsze drzewa były stare, starsze może nawet od magicznego lasu otaczającego posiadłość Malfoyów, ale Lorraine wątpiła, by przez te wszystkie lata – pozostawiające na twarzach pokrytych korą wyżłobienia przypominającymi zmarszczki – były świadkami wspanialszego romansu niż ten, który właśnie rozgrywał się na ich oczach.
– Chciałam zaciągnąć cię w łan kwiatów, żeby móc powiedzieć, że zerwałam ten, który pachnie najsłodziej – wyznała Lorraine, ująwszy czule dłonie Maeve. Pokręciła znów głową, przymykając na chwilę oczy, wiem, zdawała się mówić, kreśląc kciukami kółeczka na powierzchni skóry kobiety, ale wysłuchaj mnie do końca. Starała się nie myśleć o opętańczych wizjach, które zesłały jej wonne kwiaty, ale kiedy zaczęła wyrzucać z siebie wreszcie słowa, nie mogła przestać. – Ostatnio cię zaniedbywałam, dlatego chciałam, aby ten dzień był wyjątkowy. – Nie wyszło, zdawały się mówić smętnie zwisające tasiemki gorsetu. – Pozwól mi to naprawić. Wile podobno lubią wodę: może wystarczy, że zakręcisz mną w miejscu, i jak igła kompasu wskażę drogę do najbliższego akwenu?
– Trzeba mnie utopić – wyjęczała w odpowiedzi Lorraine, wycierając z obrzydzeniem usta. Męczeńsko uwiesiła się na szyi Maeve, szukając w jej ramionach ucieczki przed niewygodnymi pytaniami. Mdłości i inne dziwne sensacje ustąpiły z chwilą, gdy skończyła wymiotować – opróżniwszy do cna zawartość żołądka – ale wstyd wciąż rozlewał się po jej policzkach niezdrowym rumieńcem. Przylgnęła do Maeve – wstrętna niczym pasożytnicza huba pleniąca się na wyniosłym pniu – skuliła się w ramionach kobiety, głodna miłości, uwagi i ciepła, jak jemioła oplatająca tęsknie wiotkie gałązki młodej lipy – świętego drzewa pogańskich bogów: greckiej Afrodyty i rzymskiej Wenus. Słodki zapach kwiecia miododajnych lip unosił się w powietrzu, a palce Lorraine lepiły się od pokrywającej liście klejącej spadzi. Dookoła brzęczały pszczoły, których błoniaste skrzydła rozszczepiały promienie słońca przenikającego między koronami drzew: świetlne refleksy padały na twarz Maeve, upodabniając ją do driady ze skórą rozmigotaną niczym leśna ściółka. Lorraine chciała położyć się w tej ściółce i umrzeć. Chciała stać się jednością z poszyciem, pozwolić zwierzętom rozwlec swe kości, a krew – wypić korzeniom lipy: tej samej, z której swój rodowód brał nierealnie piękny miraż driady. A jednak, jesteś prawdziwa, pomyślała Lorraine, przytulając policzek do ramienia Maeve, i jesteś moja.
Kręciła tylko głową na kolejne pytania. Była na siebie wściekła. Nie chciała, żeby ukochana widziała jak bardzo jest zmieszana całą sytuacją. Nie chciała, żeby się martwiła – Lorraine dawno już przestała wkładać palce do gardła, żeby w zaciszu toalety zwymiotować to, co ciążyło jej na żołądku i na duszy – nie chciała teraz składać tego ciężaru na barki Maeve: nie chciała, żeby ta czuła się tak, jakby nieustannie dźwigała na plecach niewidzialny balast w postaci głupich problemów Lorraine.
– Nie masz za co przepraszać – zapewniła ciepło. – To nie ty narzygałaś na kwiat paproci, najdroższa. – Uśmiechnęła się nieco wymuszenie na swój żart, ale nie miała czasu użalać się nad sobą, bo na pytanie “czy nie jadłaś w Głębinie?”, kąciki jej ust mimowolnie powędrowały do góry.
Rozejrzała się dookoła. Otaczał je las, ale na ile orientowała się w lokalnej topografii, nie mogły być z Maeve daleko od rodowej posiadłości Malfoyów. Od domu, poprawiła się z rozmysłem – jakże dziwnie brzmiało to słowo w odniesieniu do Malfoy Manor – ojciec nigdy nie przestał nazywać tego miejsca “domem”, ale Lorraine nie czuła podobnego przywiązania do Wiltshire: teraz Nokturn był jej domem. Choć smugi słońca przebijającego leśne sklepienie opromieniały nieśmiało wychylające z gruntów pamięci miłe wspomnienia z lat dzieciństwa, w ciemnym gąszczu zaczarowanych drzew czaiły się rzeczy, o których Lorraine wolała zapomnieć: choćby to, że okoliczne puszcze były ojczyzną jej matki-wiły. Tutejsze drzewa były stare, starsze może nawet od magicznego lasu otaczającego posiadłość Malfoyów, ale Lorraine wątpiła, by przez te wszystkie lata – pozostawiające na twarzach pokrytych korą wyżłobienia przypominającymi zmarszczki – były świadkami wspanialszego romansu niż ten, który właśnie rozgrywał się na ich oczach.
– Chciałam zaciągnąć cię w łan kwiatów, żeby móc powiedzieć, że zerwałam ten, który pachnie najsłodziej – wyznała Lorraine, ująwszy czule dłonie Maeve. Pokręciła znów głową, przymykając na chwilę oczy, wiem, zdawała się mówić, kreśląc kciukami kółeczka na powierzchni skóry kobiety, ale wysłuchaj mnie do końca. Starała się nie myśleć o opętańczych wizjach, które zesłały jej wonne kwiaty, ale kiedy zaczęła wyrzucać z siebie wreszcie słowa, nie mogła przestać. – Ostatnio cię zaniedbywałam, dlatego chciałam, aby ten dzień był wyjątkowy. – Nie wyszło, zdawały się mówić smętnie zwisające tasiemki gorsetu. – Pozwól mi to naprawić. Wile podobno lubią wodę: może wystarczy, że zakręcisz mną w miejscu, i jak igła kompasu wskażę drogę do najbliższego akwenu?