15.09.2024, 18:22 ✶
Skinęła tylko głową, słysząc zapewnienie Atreusa. Nieme “dziękuję” zawisło w powietrzu. Potrzebowała to usłyszeć z jego ust. Czuła się wystarczająco okropnie przez to, że zepsuła Maeve radość z ich malutkiej randki, wymiotując w krzakach – czuła się okropnie, kiedy analizowała w myślach wszystkie głupoty, jakie padły z jej ust ubiegłej nocy – czuła się okropnie, bo miała wrażenie, że, jak zawsze, psuje wszystko, co w jej życiu było dobre i piękne. Wyrzuty sumienia, że zaciągnęła Maeve na rytuał w Stonehedge nie dawały jej spokoju, a chociaż ukochana nie zdawała się zbytnio przejmować konsekwencjami, Lorraine mogła myśleć tylko o konsekwencjach, niepewna tego, co przyniesie przyszłość. Pół nocy martwiła się, że zabiorą ją na przesłuchanie w Ministerstwie jak recydywę, że jakiś uprzedzony funkcjonariusz zapyta Maeve o palarnię Changów, że wyciągnie z otchłani archiwum zapomnianą sprawę, gdzie głównym podejrzanym był metamorfomag o nieustalonej tożsamości, że… Odwróciła się od Atreusa, by wyciągnąć kubki z szafki obok okna. Maeve, Maeve, Maeve, Maeve, Maeve, Maeve, Maeve, rozbrzmiewało jak echo w głowie wiły: Lorraine, zajęta grzebaniem w szafce, wypuściła szybciej powietrze z ust, nie mogąc powstrzymać ogarniającego ją znienacka rozbawienia. Atreus, szybko znudziwszy się – jak zawsze – narzekaniem na Lorraine, narzekał teraz – jak zawsze – na jakieś raporty, uśmiechając się – jak zawsze – na swój typowy, cwaniacki sposób: na szczęście, ciche parsknięcie Lorraine wybrzmiało jako naturalna reakcja na jego cyniczną odzywkę. Dzięki zaklęciu uspokajającemu, wiła wciąż pozostawała w pewnym oderwaniu od swoich emocji – zagłuszało je bezduszne bzyczenie much, krążących w nad ruinami ołtarzu Matki wznoszonego przez lata w przestrzeni jej wyobraźni – a jednak, imię Maeve przedarło się przez separujący Lorraine od świata welon obojętności, wypełniając pustkę, którą czuła. Pustkę, której nie mogła przez tyle lat wypełnić wiara, Maeve zdołała wypełnić jednym uśmiechem. Czy to nie było zabawne?
Odstawiła kubki na stół, sama zaś odwróciła się bokiem do Atreusa, wsparta o kredens, decydując się skreślić kilka słów do Maeve. Chciała zaprosić ją na noc, żeby mogły na spokojnie porozmawiać – nie o ubiegłej nocy, lecz o tysiącu przyszłych, jakie ich czekają. Wolała myśleć o przyszłości, bo inaczej musiałaby skonfrontować się z przeszłością, a nie chciała rozwodzić się nad popełnionymi błędami. Nie potrafiła cofnąć wczorajszych błędów, ale mogła zadbać o to, by jutro nie popełnić kolejnych. Nie przestała przy tym słuchać Atreusa, zerkając na niego co chwilę znad króciutkiego listu – także wtedy, kiedy niewerbalnie pieczętowała pergamin zaklęciem ochronnym i przywiązywała przesyłkę do nóżki sowy – zgodnie z prawdą pokręciła przecząco głową, kiedy zapytał, czy zna znaczenie tajemniczych słów Agathy: po co miała dzielić się własnymi przemyśleniami na ten temat, stwierdziła, nie wniosłoby to nic do jego raportu, a tylko na tym mu przecież zależało. Nie chciała zaprzątać mu głowy czymś, co uznałby za religijne bzdury – zbyt zmęczona, by kłócić się, czy widzenie Dziewicy było faktem, czy zbiorową halucynacją – pomagał jej, więc nie warto było go drażnić.
Podeszła do stołu, aby ostatni raz zamieszać przygotowywaną miksturę. Płomień pod kociołkiem zgasł – precyzyjnie odmierzyła czas, bo ten był istotny w wypadku tego eliksiru – czuła się lepiej w ruchu, działając. Poczuła się rozczarowana, kiedy usłyszała w jakim tonie auror wypowiada się na temat losów Isobell. ”Naćpają ją i będzie siedzieć w swoim pokoju, odcięta już całkowicie.” Szaleństwo wydawało się Atreusowi czymś banalnym, ale Lorraine widziała wnętrza umysłów targanych szaleństwem – umysły głodne, histeryczne, nagie – wielki intelekt złamany w jednej chwili, jak różdżka po przegranym pojedynku z życiem: widziała skazanych na wieczne odtwarzanie wciąż na nowo doznanej traumy w błędnym kole reminiscencji, widziała sploty psychotycznych myśli – niby bukiety sztucznych kwiatów, tak doskonałych w swej kreacji, że nawet dotykając ich płatków, niemal nie dało się ich odróżnić od realnych wspomnień – bujające w schizofrenicznym szale, widziała destrukcję, jaką przynosiła postępująca demencja, plaga pamięci, niosąca śmierć wszystkiemu, co napotkała na swojej drodze. Isobell wciąż pozostawała Arcykapłanką. Nieważne, kto przejmie jej obowiązki w kowenie Whitecroft: umysł czarownicy pozostawał skarbnicą wiedzy tajemnej – grymuarem mądrości, które przekraczały pojęcie zwykłych czarownic i czarodziejów – cokolwiek naruszyło jego kruchą równowagę, pomyślała Lorraine,
– Wierzę, że nie powinniśmy lekceważyć słów Isobell tylko dlatego, że nie pojmujemy ich znaczenia. Co ona właściwie mówi? Plecie trzy po trzy, ale co konkretnie?
Pokiwała ze zrozumieniem głową słysząc o niepowodzeniu prowadzonych przez aurorów przesłuchań. Więcej zdziałaliby posadziwszy Isobell w konfesjonale zamiast za lustrem weneckim.
– Istnieją inne sposoby wydobycia z niej niezbędnych informacji – stwierdziła obojętnie, skupiając się na rozlewaniu gorącego naparu do stojących na stole kubków. W świecie Lorraine legilimencja pozostawała odpowiedzią na większość jej problemów. Zmarszczyła na chwilę brwi w zastanowieniu. – Oby w Lecznicy dusz zdołali przywrócić jej umysłowi równowagę, może wtedy coś z niej wydobędziecie – pocieszyła Atreusa – swoją drogą – Lorraine jednym machnięciem różdżki odsunęła na bok kociołek, pozostawiając na stole tylko dwa kubki wypełnione parującym eliksirem i przybory do pisania – część magomedyków z Lecznicy dusz współpracuje z sekretarkami medycznymi – zauważyła Lorraine, zasiadłszy w krześle obok. – Połowę czasu spędzają na notowaniu rozmów z pacjentami, połowę zaś – próbując rozczytać bazgroły uzdrowicieli. Może zagadaj do którejś z nich, czy nie chciałaby się przebranżowić z zagadek medycznych na kryminalne? – Przechyliła przekornie głowę, a cień uśmiechu zabłąkał się przez moment na jej ustach. – Ile tych raportów musisz napisać?
Odstawiła kubki na stół, sama zaś odwróciła się bokiem do Atreusa, wsparta o kredens, decydując się skreślić kilka słów do Maeve. Chciała zaprosić ją na noc, żeby mogły na spokojnie porozmawiać – nie o ubiegłej nocy, lecz o tysiącu przyszłych, jakie ich czekają. Wolała myśleć o przyszłości, bo inaczej musiałaby skonfrontować się z przeszłością, a nie chciała rozwodzić się nad popełnionymi błędami. Nie potrafiła cofnąć wczorajszych błędów, ale mogła zadbać o to, by jutro nie popełnić kolejnych. Nie przestała przy tym słuchać Atreusa, zerkając na niego co chwilę znad króciutkiego listu – także wtedy, kiedy niewerbalnie pieczętowała pergamin zaklęciem ochronnym i przywiązywała przesyłkę do nóżki sowy – zgodnie z prawdą pokręciła przecząco głową, kiedy zapytał, czy zna znaczenie tajemniczych słów Agathy: po co miała dzielić się własnymi przemyśleniami na ten temat, stwierdziła, nie wniosłoby to nic do jego raportu, a tylko na tym mu przecież zależało. Nie chciała zaprzątać mu głowy czymś, co uznałby za religijne bzdury – zbyt zmęczona, by kłócić się, czy widzenie Dziewicy było faktem, czy zbiorową halucynacją – pomagał jej, więc nie warto było go drażnić.
Podeszła do stołu, aby ostatni raz zamieszać przygotowywaną miksturę. Płomień pod kociołkiem zgasł – precyzyjnie odmierzyła czas, bo ten był istotny w wypadku tego eliksiru – czuła się lepiej w ruchu, działając. Poczuła się rozczarowana, kiedy usłyszała w jakim tonie auror wypowiada się na temat losów Isobell. ”Naćpają ją i będzie siedzieć w swoim pokoju, odcięta już całkowicie.” Szaleństwo wydawało się Atreusowi czymś banalnym, ale Lorraine widziała wnętrza umysłów targanych szaleństwem – umysły głodne, histeryczne, nagie – wielki intelekt złamany w jednej chwili, jak różdżka po przegranym pojedynku z życiem: widziała skazanych na wieczne odtwarzanie wciąż na nowo doznanej traumy w błędnym kole reminiscencji, widziała sploty psychotycznych myśli – niby bukiety sztucznych kwiatów, tak doskonałych w swej kreacji, że nawet dotykając ich płatków, niemal nie dało się ich odróżnić od realnych wspomnień – bujające w schizofrenicznym szale, widziała destrukcję, jaką przynosiła postępująca demencja, plaga pamięci, niosąca śmierć wszystkiemu, co napotkała na swojej drodze. Isobell wciąż pozostawała Arcykapłanką. Nieważne, kto przejmie jej obowiązki w kowenie Whitecroft: umysł czarownicy pozostawał skarbnicą wiedzy tajemnej – grymuarem mądrości, które przekraczały pojęcie zwykłych czarownic i czarodziejów – cokolwiek naruszyło jego kruchą równowagę, pomyślała Lorraine,
– Wierzę, że nie powinniśmy lekceważyć słów Isobell tylko dlatego, że nie pojmujemy ich znaczenia. Co ona właściwie mówi? Plecie trzy po trzy, ale co konkretnie?
Pokiwała ze zrozumieniem głową słysząc o niepowodzeniu prowadzonych przez aurorów przesłuchań. Więcej zdziałaliby posadziwszy Isobell w konfesjonale zamiast za lustrem weneckim.
– Istnieją inne sposoby wydobycia z niej niezbędnych informacji – stwierdziła obojętnie, skupiając się na rozlewaniu gorącego naparu do stojących na stole kubków. W świecie Lorraine legilimencja pozostawała odpowiedzią na większość jej problemów. Zmarszczyła na chwilę brwi w zastanowieniu. – Oby w Lecznicy dusz zdołali przywrócić jej umysłowi równowagę, może wtedy coś z niej wydobędziecie – pocieszyła Atreusa – swoją drogą – Lorraine jednym machnięciem różdżki odsunęła na bok kociołek, pozostawiając na stole tylko dwa kubki wypełnione parującym eliksirem i przybory do pisania – część magomedyków z Lecznicy dusz współpracuje z sekretarkami medycznymi – zauważyła Lorraine, zasiadłszy w krześle obok. – Połowę czasu spędzają na notowaniu rozmów z pacjentami, połowę zaś – próbując rozczytać bazgroły uzdrowicieli. Może zagadaj do którejś z nich, czy nie chciałaby się przebranżowić z zagadek medycznych na kryminalne? – Przechyliła przekornie głowę, a cień uśmiechu zabłąkał się przez moment na jej ustach. – Ile tych raportów musisz napisać?