15.09.2024, 18:33 ✶
Tym razem to sobie pozwoliłem na wywrócenie oczami nawet w momencie, kiedy Geraldine na mnie patrzyła. Z reguły robiłem tak, kiedy wiedziałem, że umyka to moim rozmówcom, a przynajmniej tak myślałem, że nie widzieli, ale... nie chodziło to, czy wywracam oczami, czy nie, tylko o to, że...
- Geeeraldiiine... Ja cię kocham, mocno, ale wyluzuj. Gdybym potrzebował matkowania na polowaniu, to bym zabrał z nami Jennifer. Albo co gorsza - Gerarda. By ci mówił nawet o tym, gdzie chuchać, a gdzie dmuchać - stwierdziłem rozbawiony, bo w przeciwieństwie do Geraldine, to polowanie na tego wampira było dla mnie czystą formalnością. Jedną z wielu. To przecież nie było moje pierwsze polowanie, zdecydowanie nie ostatnie, więc nie byłem pewien, co się udzielało siostrze, ale... Ja byłem zdecydowanie od tego wolny. Tylko byłem pewien, że nim wrócimy do domu, to będzie z tego ambarasu tyle złego, iż po prostu z pewnością zmarznie mi dupsko.
- Ja obstawiam, że to nic groźnego. I że sobie poradzimy bez problemu - z tym mogę się z tobą zgodzić. Mam nadzieję, że uwiniemy się szybko, bo nie chcę odmrozić sobie jajek - stwierdziłem żartem, żeby nieco odstresować siostrę. Miałem nieodparte wrażenie, że to moja obecność ją tak stresuje. Kiedy polowaliśmy w większych grupach, zwykle przejawiała charakter zaciekłej wojowniczki, a nie przerażonej (ł)owcy.
Sprawdziłem, czy wszystko mam na swoim miejscu, żeby potem przypadkiem się nie zdziwić w trakcie największej akcji, że jednak czegoś nie zabrałem albo - co gorsza - zgubiłem po drodze. Na szczęście byłem w komplecie, więc jedynie ściągnąłem kuszę z pleców i chwilę się zastanowiłem nim ją załadowałem.
- Lepiej mi powiedz, czy lecimy zgodnie z tradycją - osikowym kołkiem w serce i bawimy się przy tym wesoło w polowanie? Czy raczej lecimy nudą i zabijamy go magicznymi strzałami? - zapytałem ją, bardziej zachęcając ją, a właściwie wręcz kusząc do tej pierwszej opcji. Mówiła o tym moja intonacja przy przedstawianiu obu opcji. Pierwsza nad wyraz elektryzująca, a druga faktycznie brzmiała nuuudąąą w moich ustach. Nawet ziewnąłem teatralnie.
- Ewentualnie, no wiesz, mogę sam wkroczyć do ciemnego boru, jeśli się boisz... I tak czuję, że dorwę go pierwszy - stwierdziłem niewinnie, zamierzając tym samym obudzić w Geraldine tę potężną nutę rywalizacji. Oj, miała to we krwi. Wszyscy mieliśmy to we krwi. Stałem nawet sobie i na nią nie patrzyłem, sprawdzając ostrość trzymanej w dłoni strzały z drewna. Ojć.
- Geeeraldiiine... Ja cię kocham, mocno, ale wyluzuj. Gdybym potrzebował matkowania na polowaniu, to bym zabrał z nami Jennifer. Albo co gorsza - Gerarda. By ci mówił nawet o tym, gdzie chuchać, a gdzie dmuchać - stwierdziłem rozbawiony, bo w przeciwieństwie do Geraldine, to polowanie na tego wampira było dla mnie czystą formalnością. Jedną z wielu. To przecież nie było moje pierwsze polowanie, zdecydowanie nie ostatnie, więc nie byłem pewien, co się udzielało siostrze, ale... Ja byłem zdecydowanie od tego wolny. Tylko byłem pewien, że nim wrócimy do domu, to będzie z tego ambarasu tyle złego, iż po prostu z pewnością zmarznie mi dupsko.
- Ja obstawiam, że to nic groźnego. I że sobie poradzimy bez problemu - z tym mogę się z tobą zgodzić. Mam nadzieję, że uwiniemy się szybko, bo nie chcę odmrozić sobie jajek - stwierdziłem żartem, żeby nieco odstresować siostrę. Miałem nieodparte wrażenie, że to moja obecność ją tak stresuje. Kiedy polowaliśmy w większych grupach, zwykle przejawiała charakter zaciekłej wojowniczki, a nie przerażonej (ł)owcy.
Sprawdziłem, czy wszystko mam na swoim miejscu, żeby potem przypadkiem się nie zdziwić w trakcie największej akcji, że jednak czegoś nie zabrałem albo - co gorsza - zgubiłem po drodze. Na szczęście byłem w komplecie, więc jedynie ściągnąłem kuszę z pleców i chwilę się zastanowiłem nim ją załadowałem.
- Lepiej mi powiedz, czy lecimy zgodnie z tradycją - osikowym kołkiem w serce i bawimy się przy tym wesoło w polowanie? Czy raczej lecimy nudą i zabijamy go magicznymi strzałami? - zapytałem ją, bardziej zachęcając ją, a właściwie wręcz kusząc do tej pierwszej opcji. Mówiła o tym moja intonacja przy przedstawianiu obu opcji. Pierwsza nad wyraz elektryzująca, a druga faktycznie brzmiała nuuudąąą w moich ustach. Nawet ziewnąłem teatralnie.
- Ewentualnie, no wiesz, mogę sam wkroczyć do ciemnego boru, jeśli się boisz... I tak czuję, że dorwę go pierwszy - stwierdziłem niewinnie, zamierzając tym samym obudzić w Geraldine tę potężną nutę rywalizacji. Oj, miała to we krwi. Wszyscy mieliśmy to we krwi. Stałem nawet sobie i na nią nie patrzyłem, sprawdzając ostrość trzymanej w dłoni strzały z drewna. Ojć.