15.09.2024, 19:00 ✶
Zignorował pytania dzieciaka – co mógłby mu zresztą powiedzieć? ”Nie mam pojęcia i nie obchodzi mnie to”, rzucone tonem tak obojętnym, jak i szczerym: Alexandra nigdy nie interesowały genealogiczne zawiłości rodu Mulciber, nie widział sensu w utrzymywaniu kontaktu z rodziną ojca, która nie dawała jebania o jego istnienie. To Donald był pierworodnym, to Donald był dziedzicem, to Donald miał dźwigać na barkach brzemię dziedzictwa Mulciberów, nie on – on był tylko drugim synem. Drugi syn, przed którym stoi drugi syn drugiego syna, szumiał wiatr, ale Alexander zignorował głupie podszepty intuicji, prychnąwszy tylko cicho, kiedy usłyszał poirytowany ton młodzieńca.
– Ty też nie musiałeś tu przychodzić. Mogłeś utopić się w kałuży szczyn pod sklepem z tymi waszymi obsranymi kadzidełkami na Nokturnie – zauważył trzeźwo Mulciber, wzruszywszy nieznacznie ramionami – a jednak obaj stoimy tutaj i rozmawiamy. Nic nie dzieje się bez powodu… – mrugnął, widząc, jaka karta odwróciła się awersem – …Charles.
Trójka mieczy. Skinął krótko głową, przypatrując się sercu przebitemu przez trzy ostrza w otoczeniu burzowych chmur. Nawykł do widoku tej karty we własnych rozkładach, tak samo jak nawykł do widoku starzejącego się odbicia swojej twarzy w lustrze: da się przyknąć do wszystkiego, pomyślał Alexander, nawet do narkotykowego głodu, który z czasem nie stawał się wcale słabszy, ale zlewał się w jedno z innymi nieuświadomionymi instynktami. Z pulsem, z oddechem. Westchnął, rzuciwszy marynarkę na skalne podłoże: pozwolił Charlesowi napatrzeć się na kartę, sam zaś przysiadł na skałach, opierając się plecami o kamienie. Co ten dzieciak wiedział o rozpaczy? Co mógł wiedzieć o bólu? Wcześniej, zanim pozwolił Charlesowi wyrwać rękę ze swego uścisku, zdążył spojrzeć na jego linię życia: nienaturalna przerwa na samym początku – strata przeżyta we wczesnym dzieciństwie, śmierć matki, która odcisnęła na dziecku fizyczne piętno – nie zakłócało to jednak ogólnej harmonii jego dłoni. Nie miał żadnych blizn, odcisków, nawet jego nos był prosty, bez śladów po przeszłych złamaniach. Nie trzęsły mu się ręce, tak jak Alexandrowi, kiedy próbował wkłuć się w mało eksploatowane naczynie meandrujące na grzbiecie dłoni, bo bał się rozwalić swoją ulubioną, mocno już zmaltretowaną żyłę przebiegającą w zgięciu łokcia. Chłopak – ile on może mieć, kurwa, lat, pomyślał z irytacją – miał przed sobą całe życie, był doskonałą tabula rasa, jak pusta strona książki, na której ktoś zamiast wpisać dedykację narysował kutasa w rogu – wciąż była to jednak tylko karta tytułowa, za którą czekała prawdziwa treść.
Trójka mieczy Trójce mieczy nierówna. Alexander oddałby wiele, by być na jego miejscu.
– Rozumiem. – Znów pokiwał głową, uosobienie surowej kordialności, przysiadłe na marynarce rzuconej na stos wygładzonych przez wiatr skał niczym pokurwiała wyrocznia delficka, gdyby ta mówiła nieco chryplawym głosem zniszczonego ćpuna. – Przydałby ci się przyjaciel. Niestety, masz tylko, kurwa, mnie. – Rozłożył ramiona w geście ni to kpiącym ni to pełnym powagi, utrzymując cały czas kontakt wzrokowy ze stojącym przed nim młodzieńcem. Przesunął spojrzeniem po twarzy chłopaka, a niebieskie oczy zalśniły jak w nagłym postanowieniu. – Zobaczyłem cię w lustrze, Charles. – Zaczął szukać po kieszeniach papierosów, dając chłopakowi czas na przetrawienie tej informacji. Dopiero po chwili zerknął na niego, ciekaw jego reakcji, wsadzając papierosa między zębami. – Powiedz mi – przechylił w zamyśleniu głowę – co czujesz, kiedy patrzysz na tę kartę?
– Ty też nie musiałeś tu przychodzić. Mogłeś utopić się w kałuży szczyn pod sklepem z tymi waszymi obsranymi kadzidełkami na Nokturnie – zauważył trzeźwo Mulciber, wzruszywszy nieznacznie ramionami – a jednak obaj stoimy tutaj i rozmawiamy. Nic nie dzieje się bez powodu… – mrugnął, widząc, jaka karta odwróciła się awersem – …Charles.
Trójka mieczy. Skinął krótko głową, przypatrując się sercu przebitemu przez trzy ostrza w otoczeniu burzowych chmur. Nawykł do widoku tej karty we własnych rozkładach, tak samo jak nawykł do widoku starzejącego się odbicia swojej twarzy w lustrze: da się przyknąć do wszystkiego, pomyślał Alexander, nawet do narkotykowego głodu, który z czasem nie stawał się wcale słabszy, ale zlewał się w jedno z innymi nieuświadomionymi instynktami. Z pulsem, z oddechem. Westchnął, rzuciwszy marynarkę na skalne podłoże: pozwolił Charlesowi napatrzeć się na kartę, sam zaś przysiadł na skałach, opierając się plecami o kamienie. Co ten dzieciak wiedział o rozpaczy? Co mógł wiedzieć o bólu? Wcześniej, zanim pozwolił Charlesowi wyrwać rękę ze swego uścisku, zdążył spojrzeć na jego linię życia: nienaturalna przerwa na samym początku – strata przeżyta we wczesnym dzieciństwie, śmierć matki, która odcisnęła na dziecku fizyczne piętno – nie zakłócało to jednak ogólnej harmonii jego dłoni. Nie miał żadnych blizn, odcisków, nawet jego nos był prosty, bez śladów po przeszłych złamaniach. Nie trzęsły mu się ręce, tak jak Alexandrowi, kiedy próbował wkłuć się w mało eksploatowane naczynie meandrujące na grzbiecie dłoni, bo bał się rozwalić swoją ulubioną, mocno już zmaltretowaną żyłę przebiegającą w zgięciu łokcia. Chłopak – ile on może mieć, kurwa, lat, pomyślał z irytacją – miał przed sobą całe życie, był doskonałą tabula rasa, jak pusta strona książki, na której ktoś zamiast wpisać dedykację narysował kutasa w rogu – wciąż była to jednak tylko karta tytułowa, za którą czekała prawdziwa treść.
Trójka mieczy Trójce mieczy nierówna. Alexander oddałby wiele, by być na jego miejscu.
– Rozumiem. – Znów pokiwał głową, uosobienie surowej kordialności, przysiadłe na marynarce rzuconej na stos wygładzonych przez wiatr skał niczym pokurwiała wyrocznia delficka, gdyby ta mówiła nieco chryplawym głosem zniszczonego ćpuna. – Przydałby ci się przyjaciel. Niestety, masz tylko, kurwa, mnie. – Rozłożył ramiona w geście ni to kpiącym ni to pełnym powagi, utrzymując cały czas kontakt wzrokowy ze stojącym przed nim młodzieńcem. Przesunął spojrzeniem po twarzy chłopaka, a niebieskie oczy zalśniły jak w nagłym postanowieniu. – Zobaczyłem cię w lustrze, Charles. – Zaczął szukać po kieszeniach papierosów, dając chłopakowi czas na przetrawienie tej informacji. Dopiero po chwili zerknął na niego, ciekaw jego reakcji, wsadzając papierosa między zębami. – Powiedz mi – przechylił w zamyśleniu głowę – co czujesz, kiedy patrzysz na tę kartę?
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat