15.09.2024, 22:04 ✶
- Dziękuję.
Miłe słowa, życzące matce udanego odpoczynku, zawsze były na miejscu i Charles przyjmował je z wdzięcznością. Prawdą było, że był bardzo mały, gdy matka umarła, i pamiętał ją jak przez mgłę. Jej jasne włosy w świetle poranka, czułe dłonie, miękki głos, który czytał bajki na dobranoc. Wiele mógłby oddać, by zmienić bieg wydarzeń i wrócić Rebeccę tak sobie i Leonardowi, jak i Richardowi. Choć nie miał pewności, Charles spodziewał się, że to odejście żony tak zmieniło Richarda. Mimo to, nie mógł mu niczego zarzucić.
Charles podrapał się po dłoni. Tak, z pewnością złapał świerzb.
- Twoja matka to piękna kobieta. - Skomentował, podchodząc bliżej portretu pani Malfoy. - Masz na myśli... - Zawahał się na moment. - Rozmawiasz z portretem, Baldwinie? - Przeniósł spojrzenie na mężczyznę. Ostrożne, nieco ciekawskie. Choć nie robił tego umyślnie, oceniał go. - To dobry sposób na uporządkowanie myśli. Pisujesz do niej listy? - Dopytał jeszcze, bo skoro się nie widywali, czy było to przez poróżnienie, czy przez dystans? Nie była to jego sprawa, lecz pytał, choćby z grzeczności.
Mulciber zaczął manewrować w stronę kolejnego obrazu. Ostrożnie stawiał stopy, by nie nadepnąć na żaden ze skarbów Baldwina, unikał plam, unikał wszystkiego, co nie wydawało się odpowiednim do stanięcia. Jeśli odpowiednio rozplanowałby tę podróż, może zabrałaby go do drzwi wyjściowych?
- Och... siostra. - Charlie uśmiechnął się pod nosem. - Też mam siostrę, nazywa się Scarlett. - Pochwalił się. Czy byłby w stanie zrobić coś podobnego dla Scarlett? Namalować jej portret, chwalić się nim przed gośćmi? Obecnie mógłby jej co najwyżej ulepić penisa z wosku. Zresztą, nikt nie spodziewał się po nim niczego więcej. - Ciężko mi powiedzieć, czy mogłaby być piękniejsza od twojej siostry. Jak to jest? Czy łatwo jest oddać piękno, czy trudniej skupić się na elementach brzydoty? - Zapytał z czystej ciekawości. Przedstawiani na płótnach czarodzieje najczęściej szczycili się nieskazitelną cerą, ułożonymi włosami, szlachetnie wyrzeźbionymi rysami. Rzadko można było dostrzegać niedoskonałości. Czy to artysta wybierał takie cele malowania, czy też upiększał je dla zadowolenia klienta?
Pojawienie się pędzla w dłoni było nowe, niespodziewane. Charles nie wypuścił go chyba tylko przez ciekawość. Narzędzie nie wydawało się brudne.
- ...ach? - Zdziwił się delikatnie. - Ja nie jestem artystą. Nie potrafię malować... - Zaparł się, lecz teraz, gdy Baldwin zdradził się ze swoją spostrzegawczością, Charles nie miał wyboru, by znów nie urazić gospodarza. - Nie chcę zmarnować tego wspomnienia. Wolałbym obserwować ciebie przy pracy.
A jednak dał się skusić i zanurzył pędzel, zaraz też uniósł go, spoglądając na srebrzyste nitki. Wraz ze wspomnieniem skapującym z włosia pędzla do Charlesa zaczynały docierać kolejne emocje. Chłód wieczoru i pośpiech. Szybki oddech, niepewność, gdy stopy uderzały o bruk.
- Czuję... - Potwierdził, dotykając pędzlem płótna.
Miłe słowa, życzące matce udanego odpoczynku, zawsze były na miejscu i Charles przyjmował je z wdzięcznością. Prawdą było, że był bardzo mały, gdy matka umarła, i pamiętał ją jak przez mgłę. Jej jasne włosy w świetle poranka, czułe dłonie, miękki głos, który czytał bajki na dobranoc. Wiele mógłby oddać, by zmienić bieg wydarzeń i wrócić Rebeccę tak sobie i Leonardowi, jak i Richardowi. Choć nie miał pewności, Charles spodziewał się, że to odejście żony tak zmieniło Richarda. Mimo to, nie mógł mu niczego zarzucić.
Charles podrapał się po dłoni. Tak, z pewnością złapał świerzb.
- Twoja matka to piękna kobieta. - Skomentował, podchodząc bliżej portretu pani Malfoy. - Masz na myśli... - Zawahał się na moment. - Rozmawiasz z portretem, Baldwinie? - Przeniósł spojrzenie na mężczyznę. Ostrożne, nieco ciekawskie. Choć nie robił tego umyślnie, oceniał go. - To dobry sposób na uporządkowanie myśli. Pisujesz do niej listy? - Dopytał jeszcze, bo skoro się nie widywali, czy było to przez poróżnienie, czy przez dystans? Nie była to jego sprawa, lecz pytał, choćby z grzeczności.
Mulciber zaczął manewrować w stronę kolejnego obrazu. Ostrożnie stawiał stopy, by nie nadepnąć na żaden ze skarbów Baldwina, unikał plam, unikał wszystkiego, co nie wydawało się odpowiednim do stanięcia. Jeśli odpowiednio rozplanowałby tę podróż, może zabrałaby go do drzwi wyjściowych?
- Och... siostra. - Charlie uśmiechnął się pod nosem. - Też mam siostrę, nazywa się Scarlett. - Pochwalił się. Czy byłby w stanie zrobić coś podobnego dla Scarlett? Namalować jej portret, chwalić się nim przed gośćmi? Obecnie mógłby jej co najwyżej ulepić penisa z wosku. Zresztą, nikt nie spodziewał się po nim niczego więcej. - Ciężko mi powiedzieć, czy mogłaby być piękniejsza od twojej siostry. Jak to jest? Czy łatwo jest oddać piękno, czy trudniej skupić się na elementach brzydoty? - Zapytał z czystej ciekawości. Przedstawiani na płótnach czarodzieje najczęściej szczycili się nieskazitelną cerą, ułożonymi włosami, szlachetnie wyrzeźbionymi rysami. Rzadko można było dostrzegać niedoskonałości. Czy to artysta wybierał takie cele malowania, czy też upiększał je dla zadowolenia klienta?
Pojawienie się pędzla w dłoni było nowe, niespodziewane. Charles nie wypuścił go chyba tylko przez ciekawość. Narzędzie nie wydawało się brudne.
- ...ach? - Zdziwił się delikatnie. - Ja nie jestem artystą. Nie potrafię malować... - Zaparł się, lecz teraz, gdy Baldwin zdradził się ze swoją spostrzegawczością, Charles nie miał wyboru, by znów nie urazić gospodarza. - Nie chcę zmarnować tego wspomnienia. Wolałbym obserwować ciebie przy pracy.
A jednak dał się skusić i zanurzył pędzel, zaraz też uniósł go, spoglądając na srebrzyste nitki. Wraz ze wspomnieniem skapującym z włosia pędzla do Charlesa zaczynały docierać kolejne emocje. Chłód wieczoru i pośpiech. Szybki oddech, niepewność, gdy stopy uderzały o bruk.
- Czuję... - Potwierdził, dotykając pędzlem płótna.