16.09.2024, 00:35 ✶
Nie miała zbyt dobrego pojęcia o widmowidzeniu; tak, wiedziała, że to spoglądanie w przeszłość, ale sama wybiegała umysłem do przodu w linii czasu tak często, że cokolwiek co wydarzyło się kiedyś, blakło i przestawało mieć znaczenia. Nie interesowała się patrzeniem wstecz, więc kiedy ujrzała ten krąg i świece, pomyślała wpierw o duchach. No i zawiodła się nieco, usłyszawszy, że wcale żadnych dzisiaj nie spotka.
- A próbowałaś? Może drzemie w tobie ukryty talent, może jesteś mostem łączącym zaświaty z planem ziemskim? - Zabrzmiało to tak, jakby ironizowała i się z niej naśmiewała, ale Scylla pytała zupełnie szczerze. Patrzyła na nią szeroko rozwartymi oczyma, jakby zależało jej na dojściu do sedna sprawy, może nawet do nakłonienia Lyssy, aby spróbowała sztuki seansów. Greyback osobiście uważała je za niezwykle ekscytujące i zawsze cieszyła się, gdy miała okazję w nich uczestniczyć.
Czekała jednak cierpliwie na odpowiedź, widząc, że Lyssa weszła w jakiś trans. Po chwili do niej dotarło, co robi dziewczyna, bo skoro opcja z duchami nie była obecnie możliwa, to drugie w kolejce w końcu zajaśniało w umyśle Scylli widmowidzenie. Chciała opatulić kolana szczelniej rękoma, ale zachwiała się i musiała rozwiązać supeł z własnych ramion, bo inaczej wywaliłaby się prosto do kręgu. Wsparła się o jego brzeg, naruszając go nieznacznie. Miała nadzieję, że to nie wpłynie na przebieg transu.
No a potem lusterko się stłukło i Lyssa wzniosła larum.
Niedobrze, oj, niedobrze, pomyślała Scylla, łapiąc swoje policzki w dłonie. Spojrzała na rozbite szkło i westchnęła smutno. Czeka ją siedem lat nieszczęścia, a my to będziemy musieli znosić.
- Jestem, ale sobie pójdę, jeśli będziesz krzyczeć - odpowiedziała wyjątkowo spokojnym głosem, jeśli wziąć pod uwagę, że Mulciberówna jej tutaj oślepła i panikowała. Można powiedzieć, że brzmiała na zupełnie nieprzejętą sytuacją. - Siedzisz w kawałkach szkła, ptaszyno. Nie miotaj się, bo się skaleczysz - oznajmiła łagodnie, a czułe słowo pojawiło się praktycznie znikąd. Złapała Lyssę za ręce mocnym, pewnym uściskiem, a następnie zaczęła się podnosić, żeby pomóc jej wstać i wyjść z kręgu. Nie chciała, żeby była nie tylko niewidoma, ale także kaleka i zakrwawiona. Wtedy ciężko byłoby z nią wytrzymać.
- Zaprowadzę cię do krzesełka, dobrze? A potem popatrzę ci w oczy - zaproponowała, chcąc skierować ją w kierunku stołu, przy którym wcześniej sama siedziała. Minęła chwila ciszy, zanim zorientowała się, że druga część wypowiedzi zabrzmiała... dwuznacznie. - Żeby zobaczyć, czemu oślepłaś, oczywiście - dodała, po czym uciekła wzrokiem. Nie wiedziała po co - przecież Lyssa nie widziała teraz jej zażenowania.
- A próbowałaś? Może drzemie w tobie ukryty talent, może jesteś mostem łączącym zaświaty z planem ziemskim? - Zabrzmiało to tak, jakby ironizowała i się z niej naśmiewała, ale Scylla pytała zupełnie szczerze. Patrzyła na nią szeroko rozwartymi oczyma, jakby zależało jej na dojściu do sedna sprawy, może nawet do nakłonienia Lyssy, aby spróbowała sztuki seansów. Greyback osobiście uważała je za niezwykle ekscytujące i zawsze cieszyła się, gdy miała okazję w nich uczestniczyć.
Czekała jednak cierpliwie na odpowiedź, widząc, że Lyssa weszła w jakiś trans. Po chwili do niej dotarło, co robi dziewczyna, bo skoro opcja z duchami nie była obecnie możliwa, to drugie w kolejce w końcu zajaśniało w umyśle Scylli widmowidzenie. Chciała opatulić kolana szczelniej rękoma, ale zachwiała się i musiała rozwiązać supeł z własnych ramion, bo inaczej wywaliłaby się prosto do kręgu. Wsparła się o jego brzeg, naruszając go nieznacznie. Miała nadzieję, że to nie wpłynie na przebieg transu.
No a potem lusterko się stłukło i Lyssa wzniosła larum.
Niedobrze, oj, niedobrze, pomyślała Scylla, łapiąc swoje policzki w dłonie. Spojrzała na rozbite szkło i westchnęła smutno. Czeka ją siedem lat nieszczęścia, a my to będziemy musieli znosić.
- Jestem, ale sobie pójdę, jeśli będziesz krzyczeć - odpowiedziała wyjątkowo spokojnym głosem, jeśli wziąć pod uwagę, że Mulciberówna jej tutaj oślepła i panikowała. Można powiedzieć, że brzmiała na zupełnie nieprzejętą sytuacją. - Siedzisz w kawałkach szkła, ptaszyno. Nie miotaj się, bo się skaleczysz - oznajmiła łagodnie, a czułe słowo pojawiło się praktycznie znikąd. Złapała Lyssę za ręce mocnym, pewnym uściskiem, a następnie zaczęła się podnosić, żeby pomóc jej wstać i wyjść z kręgu. Nie chciała, żeby była nie tylko niewidoma, ale także kaleka i zakrwawiona. Wtedy ciężko byłoby z nią wytrzymać.
- Zaprowadzę cię do krzesełka, dobrze? A potem popatrzę ci w oczy - zaproponowała, chcąc skierować ją w kierunku stołu, przy którym wcześniej sama siedziała. Minęła chwila ciszy, zanim zorientowała się, że druga część wypowiedzi zabrzmiała... dwuznacznie. - Żeby zobaczyć, czemu oślepłaś, oczywiście - dodała, po czym uciekła wzrokiem. Nie wiedziała po co - przecież Lyssa nie widziała teraz jej zażenowania.
i poklękli spóźnieni u niedoli swej proga
by się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga
by się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga